„Ło Matko Bosko, baba przyjechała!” - takimi słowami przywitali Anię górale, którzy zaoferowali pomoc motocykliście (motocyklistki absolutnie się nie spodziewali) zmagającemu się w trasie z usterką. Była ona niezbędna, ponieważ podczas jednej z wycieczek, tym razem do Zakopanego, od motocykla naszej rozmówczyni oderwał się uchwyt tablicy rejestracyjnej. Trzeba go było przyspawać. - Gaździna pół miejscowości obdzwoniła, by znaleźć kogoś, kto to zrobi – wspomina ze śmiechem Ania, dodając, że tym gestem góralka zafundowała jej ciekawe wspomnienia, ponieważ miny górali, gdy na motocyklu zobaczyli kobietę, były bezcenne. - Kiedy wjeżdżałam do ich garażu przyglądali mi się z niedowierzaniem. Chyba nie byli pewni moich umiejętności – wspomina Ania Pietruszko.
Każdy kto w ten sposób, czyli powierzchownie, ocenia moje rozmówczynie, jest w dużym błędzie, bowiem obie radzą sobie ze swoimi maszynami doskonale. Ania ma harleya sportstera, Kasia – hondę shadow. Pierwszy z nich to „potwór” o pojemności 1200 cm³. - Pierwszy motocykl, jaki kupiłam, to była „siedemset pięćdziesiątka”. Suzuki intruder – wspomina Ania. By wybrała taki właśnie model namówił ją mąż. - Dlatego, że jest on bardzo przyjazny dla kobiet. Jest nisko zawieszony i zwrotny – argumentuje Zbyszek. A poza tym... - Poza tym z czasem i tak chciałaby się przesiąść na większy, więc po prostu przeskoczyliśmy kilka etapów – uśmiecha się.
Kasia jeździ „pięćsetką” i – jak mówi – to jej wystarcza. Motocyklowe szaleństwo zaczęło się od jej męża. To on, zajeżdżając na podwórko Pietruszków yamahą virago, rozprzestrzenił wirusa pasji. Pierwszy „chwycił” go Zbyszek. Potem kobiety, które dość miały jeżdżenia jako „plecaki”. To po pierwsze. Po drugie – poszło o dziewczynę. - To był gwóźdź do trumny – śmieje się mąż Ani. Ona natomiast wspomina: - Przyjechała taka niska, chuda i kupiła od nas motocykl. Dla siebie. Pomyślałam wtedy: „ona jeździ, a ja nie?” - opowiada. Odezwała się w niej kobieca duma.
- W ciągu tygodnia zapisałam się na kurs prawa jazdy – dodaje. Kasia, mimo namów, nie zdecydowała się na taki krok. Przynajmniej nie od razu. - Bałam się – wspomina, dodając, że zdanie zmieniła natychmiast, gdy tylko jej koleżanka wyjechała w pierwszą, samodzielną trasę. Kilka miesięcy później sama miała już prawo jazdy kategorii A – obie nasze rozmówczynie zdały pierwszy egzamin. To historia sprzed pięciu lat.
- Kobiety, jak już wsiadają na motocykl, naprawdę to czują. I ta pasja im nie mija – Ania Pietruszko i Kasia Poturalska są zgodne. Inaczej, jak uważają, jest z mężczyznami. Niektórzy, tacy w wieku 40 +, kupują sobie motocykl, by się odmłodzić, zaszpanować. Dopada ich kryzys wieku średniego – śmieją się. Mężczyźni od kobiet różnią się czymś jeszcze – ci pierwsi są gadżeciarzami. Nasze rozmówczynie – broń Boże. Mają przy swoich motocyklach tylko to, co niezbędne. W chopperach wcale nie pociąga ich chrom. Raczej wygoda poruszania. Bardzo ważna, zwłaszcza, że Kasia i Ania nie jeżdżą tylko „wkoło komina”. Ulubionym kierunkiem Kasi jest morze, a więc rodzinne strony. Ania wypuszcza się w dłuższe wyprawy, oczywiście nie sama. Za plecami zostawiła już nie tylko kawał Polski, ale i Europy. Najdalszym punktem, do którego (póki co) dotarła, były greckie Saloniki, a po drodze m.in. Czechy, Austria, Słowenia, Chorwacja, Czarnogóra i Albania. Wszystkie kraje przemierzyła z prędkością turystyczną – 80-90 km/h. - Nie chodzi nam, bo zwykle jedziemy grupą, tylko o to, by dotrzeć do celu. Chcemy coś przy okazji zobaczyć – opowiadają mieszkanki Brzeźnicy. Nie ukrywają przy tym, że czasami lubią mocniej podkręcić manetkę. Wtedy, kiedy obok nich nie ma mężów albo kiedy jadą na przedzie. - Lubię nadawać tempo – szczerze przyznaje Ania. Jak zaznaczają jednak obie – prędkość zawsze mieści się w granicach rozsądku. - Po to, by nikomu nie stała się krzywda – a w grupie motocyklistów, np. przy nagłym hamowaniu, naprawdę o to nie trudno.
Kobietom – teoretycznie płci słabszej – nie daje się na drodze forów. Zresztą nie ma ku temu powodów, bo umiejętnościami mogłyby pewnie przebić niejednego „zielonego” mężczyznę. Opanowanie maszyny ważącej około 250 kg to dla nich nie problem. - Jak tylko ustawisz motocykl w pion, to już jest twój – podsumowuje Ania. Krzepy zresztą jej nie brakuje. - Kiedyś zabrakło mi paliwa. Położyłam motocykl, żeby resztka wleciała gdzie trzeba i podniosłam go w górę. W bardzo szybkim tempie, bo rzecz działa się na trasie ekspresowej – wspomina. Nasze rozmówczynie radzą też sobie z drobnymi naprawami – np. z wymianą świec. Coś więcej? Nie bardzo... Ale też mało który mężczyzna (a już na pewno nie ten, który za młodu nie musiał „grzebać” przy WSK), ma większe umiejętności.
W jaki sposób motocykl uzależnia? Proste pytanie: to jasne – daje przyjemność. Z jazdy. Daje też niezależność, masę znajomości i wolną głowę. Spycha rutynę, codzienne kłopoty na dalszy plan. A to doskonały przepis na życie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze