O pasji Remigiusza Küblera do turystyki rowerowej pisaliśmy w listopadowych „Aktualnościach Lokalnych”. 23-latek zapraszał wtedy wszystkich chętnych do udziału w jego kolejnej wyprawie. Założeniem było objechanie rowerem Polski w 26 dni, pokonanie zatem łącznie 3100 km. W niedzielę 2 sierpnia jego przygoda dobiegła końca, wspomnienia i niezapominane wrażenia jednak pozostały. O tym, jak wyglądała podróż, z Remigiuszem Küblerem rozmawiała Klaudia Siekańska.
Gratuluję. Cel osiągnięty w stu procentach, a nawet można powiedzieć więcej...
Tak, 3109 km dokładnie wyszło. Wyliczone co do milimetra. Chciałem zauważyć, że wcześniej mówiłem o 25 dniach, ale tata mnie poprawił, że 26, ponieważ nie policzyłem dnia wyjazdu, czyli 8 lipca. Trasa przejechana, plan w stu procentach zrealizowany. To co było do zwiedzenia - zwiedziliśmy, tak więc trzeba jechać dalej...
Mówisz „my” - na Twoje zaproszenie ogłoszone na portalu społecznościowym i podróżniczym odpowiedziało zatem kilka osób?
Na początku rzeczywiście było bardzo wielu chętnych, z czasem jednak zaczęli się wykruszać. Ostatecznie pojechali ze mną: o dwa lata młodsza Ania z Rybnika, około 50-letni Karol ze Szklarskiej Poręby i prawie 30-letni Grzesiu z Poznania.
Jak zatem wyglądała podróż w takiej grupie? Czy to był trafiony pomysł, czy jednak z perspektywy czasu uważasz, że lepiej było jechać samemu?
Jazda w grupie ma swoje plusy i minusy. Na pewno jest raźniej, jest się do kogo odezwać. Łatwiej szukać razem noclegów czy iść na zakupy, bo jest ktoś, kto popilnuje rowerów. Są jednak i wady. Każdy ma bowiem inne predyspozycje fizyczne, niektórzy muszą np. częściej i więcej odpoczywać. Dziennie razem robiliśmy około 120-130 km, na pewnym etapie zostałem sam no i tych kilometrów robiłem już więcej, bo około 160. Ekipa była naprawdę bardzo sympatyczna, ale nie wiem, czy zdecyduję się jeszcze raz na podróżowanie w grupie.
Jak zatem wyglądała Wasza podróż?
Ruszyliśmy z Kostrzyna nad Odrą, stamtąd kierowaliśmy się na południe przez Zgorzelec. Kolejno stroną czeską i polską kierowaliśmy się na strony zakopiańskie. Nasze piękne góry zachwyciły, naprawdę cudowne widoki tam były. Stamtąd dotarliśmy na ścianę wschodnią, część Polski, w której ma się wrażenie, że czas się zatrzymał. Spotkaliśmy tam wielu życzliwych ludzi. Co nas uderzyło, to fakt, że tam nikomu się nie spieszy, tak jak nam tutaj na „zachodzie’’. Na ulicach nie ma takiego tłoku, ruchu. Kolejny punkt na mapie to Suwałki, w których spotkała nas brzydka pogoda. Ostatecznie dotarliśmy do Łeby, tutaj się rozdzieliliśmy. Ania się rozchorowała, jeden z kolegów nie chciał natomiast jechać w deszczu, a drugi musiał wracać do domu. Wyruszyłem zatem do Szczecina sam. Co ciekawe, Grześ - kolega, który musiał wracać - znowu tutaj do mnie dołączył. Właściwe cały czas jeździł z nami, można powiedzieć weekendowo, ponieważ w tygodniu pracował. Na tym odcinku dołączył do mnie w sobotę, po nocnej zmianie. Pracę skończył o 5.00, a u mnie było o 21.00. Przejechał jakieś 260 km. Fajne jest to, że można poznać ludzi, którzy mają taką samą pasję (uśmiech). Metę wyznaczyłem w miejscu rozpoczęcia, czyli w Kostrzynie 2 sierpnia. Planowaliśmy wrócić pociągiem, ale tego dnia do domów wracali uczestnicy Przystanku Woodstock, na dworcu były ogromne tłumy. Postanowiliśmy zatem, że pojedziemy rowerami.

Spotkanie z Mohammad Tajeran, któy od grudnia 2006 jest cały czas w podróży.
Wrażeń zatem nie brakowało. Czy były takie chwile, które zapamiętasz szczególnie?
Tak. Spotkaliśmy człowieka, który od 9 lat podróżuje rowerem. Był to Mohammad z Iranu, który współpracuje z fundacją ekologiczną. To na pewno zostanie w pamięci. Ten człowiek od tylu lat jest w trasie, największy podróżnik, jakiego do tej pory spotkałem, oczywiście obok Aleksandra Doby.
Czy wszystko szło jak z płatka, czy były również i gorsze chwile?
Było takie załamanie chwilowe, głównie związane ze zmęczeniem. Poza tym miałem problemy z rowerem. Serwis nie uprzedził mnie, że koło jest na „wykończeniu”. Co 200-300 km musiałem wymieniać szprychy. Jak na złość miałem problem z czterema szprychami 10 km przed metą. Powiedziałem sobie jednak, że choćbym miał iść, to ukończę trasę. Poza tym ta presja, że ludzie patrzą, wiedzą, że jadę - to mnie motywowało. Nie chciałem, żeby potem mówili: „O patrzcie, to ten co wymiękł”.
Twoja przygoda jednak na tym się nie kończy, w planach masz już kolejne wyprawy?
Bardziej powiedziałbym, że wizje. Na pewno jednak chcę jechać dalej, tym razem myślę o podróży za granicę, Polskę już zjechałem. Nie wcześniej jednak jak w następne wakacje.
Twoje doświadczenie w turystyce rowerowej to 8 lat, zatem śmiało możesz już podpowiedzieć coś naszym Czytelnikom. Jak przygotować się do takiej podróży? Jeśli ktoś po przeczytaniu tego artykułu zapragnie wsiąść na rower i pojechać w świat, to na co powinien zwrócić uwagę?
Na pewno trzeba się do tego przygotować. Ktoś kto jeździ tak sobie od niedzieli, to oczywiście przejdzie jednego dnia 100 km, jednak na drugi dzień może już nie wstać. Trzeba zatem zadbać o swoje mięśnie. Ja na przykład przed wyjazdem nie tylko jeździłem rowerem, ale też biegałem, pływałem i dbałem ogólnie o dobrą kondycję całego ciała. Trzeba również pamiętać o przygotowaniu roweru. Mój w dniu wyjazdu, łącznie z bagażami, ważył 46 km, to jest nasze dodatkowe obciążenie. Rower musi być zatem przystosowany do tego. Poza tym chciałem zauważyć, że turystyka to raczej tani sposób podróżowania, jeśli decydujemy się na spanie pod namiotem, tak jak my to zrobiliśmy. Można oczywiście wynajmować na noc prywatne kwatery, jeść w restauracjach, wtedy te koszty będą większe.
Dziękuję za rozmowę.
Fot. prywatne archiwum Remigiusza Küblera
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze