Jedni uważają go za zbyt twardego, inni wręcz odwrotnie. Przywilejem przewodniczącego rady miejskiej jest mieć zawsze ostatnie słowo. Czy go nadużywa?
Po ostatniej sesji Rady Miejskiej można było odnieść wrażenie, że jest Pan bardzo rygorystyczny jeśli chodzi o prowadzenie obrad. Nie chciał Pan dopuścić do głosu zaproszonego na sesję lekarza weterynarii. Uwziął się Pan na radnego Michała Kruszyńskiego?
Rolą przewodniczącego jest organizacja pracy rady, w związku z czym trochę dyscypliny musi być. Nie postrzegam siebie jako nadmiernego służbisty, tylko uznałem, że na temat psów i kotów – bo o to tu chodziło – sporo czasu radnym już zajęliśmy. Uważałem, że starczy już tego tematu. Jak wynikało z wypowiedzi lekarza weterynarii, to nie chodziło tak do końca o problem samotnych psów czy kotów, ale o ich czipowanie. W podtekście należy przypuszczać, że pan weterynarz miał w tym swój interes. [[reklama]]
Pan Kruszyński nie powiedział na komisjach, że ma zamiar zaprosić lekarza weterynarii. Gdyby to zrobił, nie byłoby problemu. Zresztą ja mu od razu zaznaczyłem, że się nie zgadzam, ale jeśli radni zadecydują inaczej, to przecież nie będę się upierać. Nie upierałem się, chociaż do wyłącznych kompetencji przewodniczącego rady należy ustalanie porządku. Poddałem propozycję pod głosowanie, radni pozwolili lekarzowi weterynarii zabrać głos. I tyle.
Gdyby nie wprowadzać dyscypliny, to sesja by mogła jeszcze długo trwać. Tym bardziej, że nie chodziło o sprawę pierwszorzędną.
Zaraz zostanie Pan posądzony, że jest Pan przeciwnikiem zwierząt.
Nie jestem przeciwnikiem, wręcz przeciwnie. Ale trzeba też wziąć pod uwagę, że w mieszkańcy bloku, w którym mieszka przewodnicząca Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, która była również na tej sesji, w większości są przeciwni trzymaniu tylu kotów w mieszkaniu. Ciągle dostajemy listy z protestami, że na klatce schodowej jest smród i możliwość wystąpienia różnych chorób. To nie jest tak, że jak ktoś chroni zwierzęta to wszyscy powinniśmy wokół tego chodzić. Trzeba wyważyć racje.
Poza tym ja lubię zwierzęta, jestem synem rolnika, pasłem krowy z pieskiem. Jednocześnie w domu przeforsowałem, że żadnego psa nie będzie. To jest udręka zarówno dla ludzi, jak i dla psa. Pies musi mieć przestrzeń, żeby się wybiegać. Ludzie kupują psa, bo dziecko chce, potem piesek się dziecku znudzi i wywala się zwierzę z domu. Tu jest problem i tym Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami powinno się zająć, czyli również edukacją.
Niedługo minie rok działalności nowej rady. Jak się Panu z nią pracuje? Ma Pan możliwość porównania, po czterech latach przerwy stoi Pan znowu na jej czele.
Jakiejś specjalnej różnicy nie widzę. Jest w tej radzie dużo „świeżej krwi” i to jest dobre. Ci młodsi mają czasami różne ode mnie podejście do tych samych spraw. Nie rozumiem na przykład, dlaczego uparli się, żeby zlikwidować przejście dla pieszych koło Lewiatana. To nie jest droga administrowana przez gminę. Przepisy mówią, że przejścia dla pieszych nie mogą być bliżej siebie niż sto metrów. Od świateł jest nieco mniej, ale to była wygoda, głównie dla starszych ludzi. Poza tym to przejście istniało już tyle lat i ludzie się do niego przyzwyczaili, boję się, że będą i tak w tym miejscu przechodzić. Niektórzy radni mieli pretensję do burmistrza, że jak nie daj Boże dojdzie w tym miejscu do wypadku, to on poniesie za to winę. Do ostatniego wypadku śmiertelnego w Jastrowiu, rowerzysty, doszło na przejściu dla pieszych na ulicy Roosevelta. Nawet nie chce mi się myśleć, co by było, gdyby do niego doszło właśnie tu, przy Lewiatanie. Nie wolno tak mówić. Nie wiem, po co wkładamy palce między drzwi. Skoro wyjdzie pismo „my radni żądamy likwidacji przejścia’, to przecież wiadomo, że Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad się raczej do tego przychyli.
Tworzy się nowy budżet, rada będzie musiała się niedługo nim zająć. Jak Pan widzi kondycję ekonomiczną gminy Jastrowie? Jak ona wygląda na tle sąsiadów, na przykład Okonka?
Nie da się ukryć, że nie tylko w Wielkopolsce, ale i w całym kraju należymy do gmin o najniższych dochodach na jednego mieszkańca. W związku z tym trzeba uważnie przyglądać się każdej wydanej złotówce. Oczywiście, chciałoby się robić dużo, ale w tym roku na inwestycje przekażemy wyjątkowo mało pieniędzy. Podobnie będzie i w przyszłym. Jeśli już jakieś rozpoczniemy, to takie, które przyniosą korzyści dla jak największej liczby mieszkańców. Nie chciałbym porównywać sytuacji naszej gminy do Okonka, ale jestem naprawdę tamtą sytuacją zdziwiony. Myśmy też otrzymali jakieś pieniądze z wyrównania podatku, około 3 mln zł. W Okonku było tego 12 milionów i nagle się okazało, że w ciągu jednej kadencji zostały one wydatkowane. Być może to, co zrobiono, spowodowało wzrost wydatków bieżących. To jest problem Okonka i nie chciałbym wchodzić do nie swojego ogródka.
Wszędzie mówi się o likwidacji szkół. W gminie Jastrowie też coś takiego planujecie?
Na razie o tym się nie rozmawia, myślę, że w przyszłym roku nie dojdzie do likwidacji żadnej szkoły. Na pewno na pierwszy „ogień” poszłaby szkoła podstawowa w Samborsku, tylko nie wiem, czy jej likwidacja przyniosłaby aż tak wymierne korzyści.
Nie miał Pan takiego odczucia przez tych kilka miesięcy: „po co mi to wszystko było potrzebne. Po co szarpać się z niektórymi radnymi”?
Ja lubię tę pracę. Przez te cztery lata, kiedy nie byłem radnym i przewodniczącym, nie byłem na księżycu. Ja tu mieszkałem i żywo interesowałem się problemami gminy, czytałem w gazecie, co się tu dzieje, spotykałem się z ludźmi, rozmawiałem. Przynajmniej raz w tygodniu składałem wizytę byłemu burmistrzowi Ryszardowi Sikorze. Zresztą uważam się za jego jeśli nie przyjaciela, to bliskiego kolegę. [[reklama]] No właśnie, ma Pan teraz skalę porównawczą. Jak się pracowało z burmistrzem Ryszardem Sikorą, a jak pracuje się z Piotrem Wojtiukiem?
Zasadniczej różnicy na styku burmistrz – przewodniczący rady nie widzę. Z burmistrzem Sikorą, co zrozumiałe, znamy się przecież kilkadziesiąt lat, miałem nieco bliższe kontakty, również na gruncie prywatnym. Poza tym jesteśmy z tego samego rocznika. Tutaj jest jednak różnica pokolenia.
Ryszard Sikora był bardzo długo burmistrzem i był ze swoimi współpracownikami bardziej zżyty. Jeśli chodzi zaś o burmistrza Piotra Wojtiuka, to ma on taki trochę większy dystans do podległych mu ludzi, ale tak jest zawsze na początku. Nasze relacje są poprawne, co prawda na razie nie było większych powodów do starć i, mam nadzieję, że ich nie będzie. Zresztą widać to zapewne na sesjach. Jestem zaskoczony pozytywnie znajomością przez Piotra Wojtiuka poruszanych zagadnień. Kiedy przyszedł nie na wszystkim się przecież znał, ale widzę, że ma ambicję wiedzieć jak najwięcej.
Poza tym ja mam taki zwyczaj, że z rozwiązywaniem niektórych problemów nie czekam do sesji. Niektórzy, tak mi się wydaje, czekają z tym, żeby zabrać głos na sesji, bo ewentualnie pan redaktor coś napisze i wyjdzie, jaki to radny jest aktywny.
Lubi Pan podróżować. Był Pan w ostatnim czasie w jakimś ciekawym miejscu?
Byłem w Siedmiogrodzie w Rumunii. Piękny kraj, zwłaszcza podobały mi się te ich monastyry, które jednocześnie były w średniowieczu twierdzami obronnymi. Ciągle byli narażeni na najazdy ze strony Turków. Rozmawiałem też z miejscowymi ludźmi, jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że tam nauczyciel zarabia jedną trzecią tego co nasz, a pracuje ponad trzydzieści godzin w tygodniu.
Namawiam ludzi do podróżowania, podróże naprawdę kształcą.
Rozmawiał Ryszard Mikietyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze