Przeżył powstanie wielkopolskie, pierwszą i drugą wojnę światową. Do dziś cieszy się dobrym zdrowiem. Ze szpitalem pierwszy raz miał styczność w wieku..99 lat
Życiorysem Wojciecha Zdrenki z Podróżnej można by obdzielić kilka osób. Nadawałby się również na doskonały scenariusz filmowy. Człowieka, który widział powstańców wielkopolskich, pamięta czasy pierwszej i wziął udział w drugiej wojnie światowej, rzadko można spotkać. Obdarzony niesamowitą pamięcią potrafi opowiedzieć ze szczegółami najdrobniejsze fragmenty swojego życia. 23 kwietnia ukończył 100 lat. Zgodnie z tradycją na chrzcie otrzymał imię patrona w dniu, w którym się urodził, Wojciecha. Kiedy jechałem do Podróżnej wyobrażałem go sobie jako schorowanego staruszka, ledwo poruszającego się po domu. Zatrzymałem się koło jakiegoś ogrodu i zapytałem pracującą w nim kobietę, gdzie mieszka stulatek. – To on – wskazała na drobnego mężczyznę grabiącego grządkę. – To mój teść – dodała. Chwilę później zacząłem słuchać opowieści stulatka…
Wszystkiego się można nauczyć Urodziłem się w pobliskim Czajcze w dzień świętego Wojciecha. Mój ojciec Teodor Zdrenka pochodził z Wiśniewki, był z drugiego małżeństwa mojego dziadka, babcia z kolei była z domu Massel. Na początku I wojny światowej nie wzięli go jednak do wojska, bo był krótkowidzem. Dopiero na ostatnie dwa lata wojny został wcielony. Musiał na Wileńszczyźnie pilnować jeńców robiących drogi. Kiedy w 1918 roku wojna się skończyła przyjechał do Wysokiej. Do Poznania w tym czasie przyjechał Ignacy Paderewski i wybuchło powstanie wielkopolskie, którego działania dotarły aż niemal do Wysokiej, bo tutaj była granica polsko–pruska. Pamiętam jak przyjechali powstańcy na koniach i namawiali ojca, aby wziął w nim udział. Poszedł, ale przez to został zwolniony z pracy w majątku u Niemca w Czajcze. Razem ze swoim bratem Józefem poszukiwali pracy, aż wreszcie trafili do Nowej Rudnej. Właściciel majątku kazał im pracować w oborze, ale ojciec uznał, że nie umie doić krów. „Żaden majster z nieba nie spadł” – stwierdził właściciel gospodarstwa. No i ojciec doił krowy. Ożenił się z panną z domu Budnik z Białośliwia. W Nowej Rudnej mieszkaliśmy do 1939 roku, do wybuchu wojny. W wojsku, w służbie czynnej, byłem w latach 1936-37. W kwietniu 1939 roku byłem cztery tygodnie na ćwiczeniach. Po powrocie wszyscy się dziwili, że wróciłem do domu, ponieważ kilka kilometrów dalej, przy granicy, Niemcy robili okopy, wszyscy twierdzili, że będzie wojna. Długo nie trzeba było czekać. Kiedy ogłoszono mobilizację trafiłem do 62. Pułku Piechoty w Bydgoszczy. Zanim nas ubrali i wyposażyli, minął tydzień. Nic się nie działo, nie było żadnej odprawy, nudziliśmy się. Byliśmy zakwaterowani w szkole, więc ostatniego sierpnia wyruszyliśmy w okolice Świecia, bo 1. września rozpoczynał się rok szkolny. Nad ranem wybuchła wojna.
Nie drasnął mnie żaden pocisk Dostałem pluton pod swoją komendę, mieliśmy kilka dział przeciwpancernych i za zadanie iść na wschód. Maszerowaliśmy w nocy, po drodze modliłem do Matki Boskiej o to, aby przeżyć. Widać poskutkowało, bo nigdy nie musiałem do nikogo strzelać. Do mnie strzelano, ale nie zostałem nawet ranny. Tak doszliśmy na linię frontu koło Lęborka. Dostaliśmy rozkaz, żeby wycofywać się na południe. Nocami szliśmy, w dzień kryliśmy się po lasach. Nie miałem żadnych map, nikt nam nic nie powiedział, nie widziałem nawet, gdzie jesteśmy. Po kilku dniach trafiliśmy w okolice Łodzi. Rozstawiliśmy działa przeciwpancerne i czekaliśmy. W pewnej chwili odszedłem na kilkadziesiąt metrów od swojego działa i pierwszy raz w życiu widziałem jak leci pocisk, ciągnęła się za nim smużka dymu. Pocisk trafił w miejsce, gdzie stało moje działo. Zaczął się ostrzał artyleryjski, zacząłem więc uciekać. Nie wiedziałem wówczas, czy ktokolwiek z obsługi mojego działa przeżył. Z daleka zobaczyłem dwóch sanitariuszy, chciałem ich o coś zapytać, ale ci na mój widok uciekli. Wróciłem do miejsca, gdzie był nasz oddział. Okazało się, że nikt nie ucierpiał, nikt nie został nawet ranny. Przyjechał jakiś oficer i zaczął krzyczeć, żeby wycofywać się w stronę Warszawy. Ruszyliśmy, po chwili pojawiły się nad nami samoloty, ogromne, z ryczącymi silnikami - niemieckie bombowce. Wszyscy rozbiegli się po krzakach. Kiedy odleciały, szliśmy dalej. Po kilku kilometrach nadleciały trzy samoloty, myśliwce, zrobiły nad nami koło, dwa odleciały, ale jeden się uparł na mnie. Zaczął strzelać z broni maszynowej, schowałem się za grubą brzozą. Kiedy skończyła mu się amunicja, odleciał. Zobaczyłem, że brzoza na wysokości mojego pasa była niemal ścięta od pocisków, mnie żaden nawet nie drasnął. Dla mnie to był znak, że Matka Boska, do której się tak modliłem o opiekę, czuwa nade mną.
[[reklama]]
W niewoli Maszerowaliśmy dalej, nagle patrzę: polami po jednej stronie drogi i po drugiej jadą żołnierze na koniach. Myślałem, że to nasi. Kiedy się zbliżyli zobaczyłem, że to Niemcy, młodzi chłopcy, może mieli po dwadzieścia parę lat. Okrążyli nas, pokazali na migi, że mamy złożyć broń. Nie było sensu się bronić, więc położyliśmy broń na ziemi. Kazali nam iść przed siebie. Po kilku kilometrach dotarliśmy do ogromnego, ogrodzonego sadu. Niemcy otworzyli bramę i wpędzili nas tam. Tak to dostałem się do niewoli bez jednego wystrzału. W sadzie byliśmy przez trzy dni, potem zapędzili nas do jakiegoś miasta, gdzie była fabryka włókiennicza. Umieścili nas w jakiejś hali. Okazało się, że w tej fabryce przebywa dwanaście tysięcy jeńców, ja mieszkałem w hali, gdzie było nas sześciuset. Spaliśmy na podłodze na boku, ramię przy ramieniu, bo nie było miejsca. Cierpieliśmy głód. Kiedyś przywieźli chleb na przyczepie rzuciliśmy się na niego, ale wartownik zagroził, że będzie strzelać. Byliśmy tam tydzień, schudłem niemiłosiernie. Któregoś dnia przyszli sanitariusze i zapisywali, co kogo boli i na co cierpi. Ja robiłem krwią, więc się zgłosiłem. Podobnych do mnie było ponad pięciuset jeńców, dostaliśmy skierowania do szpitala.
Woźnica Paweł Bamberski Tak trafiłem do szpitala prowadzonego przez siostry zakonne. Prosiły nas, żebyśmy nie uciekali, bo Niemcy zaostrzą dyscyplinę. Tam nas odżywili, po tygodniu wypisali i kazali wracać do hali. Po drodze zobaczyłem plakat z informacją, że chętnym wypisują przepustki do domu. Zapisałem się, ale był problem, jak i czym dojechać do domu. Pociąg z Lublina do Bydgoszczy miał być dopiero za kilka dni. Wsadzili więc nas do tramwajów, ścisk był niesamowity i tak dojechaliśmy do Łodzi. Kiedy przyjechał wreszcie pociąg, znowu w ścisku po kilku dniach dojechałem aż do Białośliwia. Tu zatrzymał mnie niemiecki patrol i zażądał przepustki. Odeszli na bok, dosyć długo czytali i dyskutowali między sobą. Po jakimś czasie kazali iść, ale rzeczy oddać sołtysowi. Ponieważ w Białośliwiu mieszkała moja kuzynka, więc u niej przenocowałem. Rano powiedziała mi, że nie muszę się martwić, jak dostać się do Wysokiej, bo codziennie przyjeżdża do Białośliwia wóz ze zbożem, to się z powrotem zabiorę. No i przyjechał wóz, patrzę, a woźnicą jest Paweł Bamberski, z którym chodziłem do szkoły w Wysokiej. I tak trafiłem do domu, do Nowej Rudnej. Po jakimś czasie przyjechałem do Podróżnej szukać gospodarstwa, w którym mógłbym zamieszkać. Trafiłem na to, w którym jestem do tej pory. Ponieważ byłem kawalerem, a kawalerom gospodarstwo nie przysługiwało, zapisałem je na ojca. W styczniu 1945 roku, jak weszli Ruski, to kazali zagnać na łąkę konie, bydło, owce, co kto miał i pognali to do siebie. W marcu wszystkich mężczyzn wcielili do wojska, ale zanim ruszyliśmy na front to wojna się skończyła.
Dieta to wymysł lekarzy Ożeniłem się z panną o niemieckim nazwisku Ertman, urodziła się tu, w Podróżnej. Mieliśmy trójkę chłopców. Niewiele, bo ja pochodziłem z wielodzietnej rodziny, było nas dziesięcioro, ja byłem drugi z kolei. Doczekaliśmy się pięcioro wnucząt i sześcioro prawnucząt. Recepta na długowieczność? Przede wszystkim pracować, bo jak człowiek nic nie robi to zaczyna chorować. Ja całe życie pracowałem, do ubiegłego roku nie widziałem lekarza. W wieku 99 lat miałem zawał, ale już jest dobrze. Nigdy w życiu nie paliłem. Od czasu do czasu wypiję lampkę wina. Wódki i piwa nie uznaję, ale mam powody. Zaraz po wojnie kolega wziął kredyt w banku na kupno konia i chciał się nam, żyrantom, odwdzięczyć. W Krajence w jakimś barze postawił po piwie i wlał do niego wódkę. Po jakimś czasie Rynek zaczął mi się kręcić, od tej pory w zasadzie nie piję. Dieta? To są wymysły lekarzy, jem wszystko, oczywiście z umiarem. Myślę, że to, iż dożyłem takiego wieku, jest zasługą Pana Boga i Matki Bożej. Widocznie uznali, że tu jestem bardziej potrzebny niż tam.
Spisał Ryszard Mikietyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze