Prowadził bezrobotnych na władzę. Szukał dla nich pracy i przyjaźnił się z Lepperem. Sam jest bezrobotny od 1991 roku i dlatego twierdzi: - Ja tylko czekam do emerytury, bo całą aktywizację zawodową można psu o dupę potłuc
Pracy i chleba!
Precz z kliką! Żądamy dotrzymania obietnic przedwyborczych! 25 lipca 2003 roku ulicami Złotowa kroczą bezrobotni. Zimny deszcz rozmiękcza dykty z hasłami sprzeciwu: Stop biedzie. Sprzeciw beznadziei. Brodzącą w kałużach kolumnę prowadzi 55-letni inżynier rolnictwa. Sam od 12 lat szuka pracy. Przesiąknięci letnią burzą protestujący docierają do starostwa powiatowego. Mężczyzna w ciemnym garniturze pozostaje w tyle. Przygląda się. Wzrokiem zdaje się kontrolować wzburzenie tłumu.
Taśma się kończy. Witold Janowski wyciąga kasetę z magnetowidu. – Ja się tej akcji obawiałem. Większa inicjatywa była kolegi Zygmunta Muzioła. On nie mógł takiej akcji przeprowadzić, a ja tak, bo moja organizacja miała osobowość prawną – szczupły mężczyzna trzyma kasetę VHS w wątłej dłoni. Przez 10 lat był prezesem. Kierował Stowarzyszeniem Obrony Bezrobotnych i Ludzi Pracy.
Stryczek od państwa
Witold Janowski założył je w 1994 roku. Chciał pomóc bezrobotnym. Sam od trzech lat nie mógł znaleźć stałego zatrudnienia. - Takie nadeszły czasy za Balcerowicza, że niszczono wszystko jak buldożer – mężczyzna splata szczupłe palce. Wspomina 22 lata pracy w służbie rolnej i kolejne 2 w Pilskim Przedsiębiorstwie Produkcji Leśnej „Las”. - Ja nie upierałem się, żeby pracować w zawodzie. A w tamtych czasach mogłem mieć tytuł magistra, doktorat, a i tak byłbym bezrobotny – w zapadniętych oczach 64-latka kryje się żal do urzędu pracy. Czoło bezrobotnego marszy się jeszcze bardziej, gdy wspomina pomoc, jakiej udzielił mu pośredniak. Za pieniądze z urzędu inżynier rolnictwa otworzył sklep ogrodniczy. Miał go prowadzić przez dwa lata. Wytrzymał, ile musiał. - Co z tego, że umorzyli mi 50% tej kwoty, jak 4 razy tyle ściągnął ze mnie ZUS? – W. Janowski poprawia przerzedzone włosy. - Doprowadzili mnie do tego, że po śmierci mamy zmuszony byłem sprzedać kawalerkę - ten dach nad głową. Te pieniądze też poszły w spłaty. Działalność gospodarcza to była od razu pętla.
Zygmunt Wojtuń, znajomy W. Janowskiego: - On był bardzo mało samodzielny, chyba przez nadopiekuńczość mamy.
Na co komu PUP?
Lekko znoszona, ale czysta koszula, wyprasowane na kant spodnie starają się zaprzeczyć tym słowom. - Łapałem zajęcia, jakie się dało. Pracowałem na budowie, później pół roku miałem kuroniówkę, potem znów coś podłapywałem – siedzący w fotelu mężczyzna wyrzuca z siebie potok słów. - Jak na człowieka, który ma studia rolnicze, to jest rzadkością decydować się zrobić kurs palacza c.o. i dwa lata palić. Uprawnienia te znaczyły dla mnie więcej niż dyplom inżyniera. Gorzkie to, ale prawdziwe... – urywa bezrobotny. Od 1991 roku W. Janowski zrobił szereg kursów. Nie pomogły. - Biuro pracy ma wyłącznie szkolenia, po których nic się nie uzyskuje. Robiłem np. kurs komputerowy – nie było możliwości zatrudnienia, przekreślał mnie wiek.
Łucja Greczyło, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Złotowie: - Szkolenia robimy głównie na wniosek bezrobotnych. Część osób, mimo uzyskania kwalifikacji, nie osiąga umiejętności gwarantujących podjęcie pracy. Mężczyzna próbował szkolić się sam. Zrobił kurs pedagogiczny. - Liczyłem na posadę nauczyciela przedmiotów biologicznych za granicą, na terenie Rosji, bo w Polsce to było niemożliwe – złotowianin miał dość kolejnych polskich rządów.
Romans z Lepperem
W tym czasie Polaków do działań podrywał Andrzej Lepper. Populistyczne hasła Samoobrony trafiły do byłego członka Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. - Urzekł mnie wspólny przeciwnik – skrajny liberalizm. Człowiek ubogi jest nikim, należy go zdeptać. Takie miałem poczucie – mężczyzna związał się z partią w 1991 roku. – Byłem w bliskim kontakcie z Lepperem – W. Janowski pociera dłonią o granatowe spodnie. Z romansu z ugrupowaniem późniejszego wicepremiera złotowianin wyniósł znajomość kodeksów. - Byłem szkolony do wystąpień prawnych przez wybitną prawniczkę Różę Żarską. Miałem ludziom w terenie pomóc.
Czego Pana nauczono? - Od tej odpowiedzi się uchylę. Komu Pan pomagał? - Nie mogę odpowiedzieć. Ja chcę ich chronić. Trzeba ich chronić? - Może się nie opłaca, ale dałem słowo. W 1996 roku W. Janowski opuścił szeregi partii. Drażnił go mariaż ludzi pracy z biznesmenami. - Z czasem w partii zaczął przeważać interes tych najbogatszych. To już nie była ta Samoobrona, do której wstąpiłem – uzasadnia były sekretarz wojewódzki Samoobrony.
Ja wam pomogę
Od dwóch lat Janowski działał na rzecz bezrobotnych. Rzucił partię i zajął się stowarzyszeniem. Wciąż nie miał stałego zajęcia. - Działałem dla biednych ludzi, a nie dla foteli przyszłych posłów. Współpracowaliśmy z podobnymi organizacjami z innych partii. Z kimkolwiek, ale na temat – wówczas to utopijne hasło brzmiało prawdopodobnie. Do pracy w organizacji zaprosił Katarzynę Kuczkowską-Jabkowską, Dariusza Sarnowskiego, Krzysztofa Deresza. Działał tam również Zygmunt Wojtuń: –– Witek był bardzo zaangażowany, to ideowiec.
SOBiLP zająć się miało pomocą w poszukiwaniu zatrudnienia, szkoleniami, tworzeniem nowych miejsc pracy. - To jest człowiek dość inteligentny. Już wówczas napisał projekt o dofinansowanie z województwa i te pieniądze dostał – przewodniczącego Janowskiego komplementuje Z. Wojtuń. - Organizowaliśmy pracę na 2-3 dni. Dowiadywaliśmy się, że potrzebny jest ktoś do skopania ogródka, do zaopiekowania się dzieckiem. Przekazywaliśmy tę informację osobie szukającej pracy i już – zgłoszeń tego typu było do 50 rocznie. Biuro stowarzyszenia mieściło się w budynku starostwa. Był to efekt marszu z 2003 roku. Część z tamtych protestujących na 3 miesiące otrzymała zajęcie w ramach prac interwencyjnych. To jedyny pewny sukces organizacji.
Śmierć nie całkiem naturalna
Klepsydra: „W głębokim smutku i żalu informujemy, że w dniu 13 listopada 2004 roku po bólach i cierpieniach odeszła od nas organizacja pozarządowa Stowarzyszenie Bezrobotnych i Ludzi Pracy w Złotowie, przeżywszy 10 lat, o czym powiadamiają zarząd oraz długoletni działacze, jak również człowiek wojewódzkiej komisji do spraw dialogu społecznego.” Zygmunt Wojtuń: - Władze nam sprzyjały, dały nam lokal, bo nie wypadało nam nie sprzyjać. Ale specjalnego zainteresowania taką organizacją nie było.
Podobne poczucie miał Janowski. - Władza lokalna zawsze próbowała przekonać ludzi, że to co robimy to jest polityka. Może dlatego na dłuższą metę nic nie zmieniliśmy – mój rozmówca spuszcza głowę, ale tylko na chwilę. - Miałem takie poczcie, że robię coś ważnego dla ludzi. Łucja Greczyło: - Gdyby taka organizacja działała właściwie, dostarczała konkretnych informacji i pomagała rozwiązywać problemy bezrobotnych, to miałaby rację bytu.
Byle do emerytury
Stowarzyszenie Obrony Bezrobotnych i Ludzi Pracy umarło. Witold Janowski żyje myślą o emeryturze. Korzysta z pomocy opieki społecznej, czasem złapie jakąś drobną pracę. Na stałą nie liczy. – Pracodawcy mówią wprost: dziadków nie potrzebujemy – żal słychać w każdym słowie mężczyzny. Żal do urzędu pracy, do rządu, do systemu. - Jaki to system? Budowany był jakiś zakład pracy? Budowało się tylko banki, a teraz może drogi. Jak można odnaleźć się w tym systemie, gdzie likwiduje się stocznie, a stoczniowców przekwalifikowuje się na tancerzy? – zniechęcenie człowieka widać w każdym jego geście. Ma dość biegania za pracą, której nie ma i pomagania innym też. - Ja tylko czekam do emerytury, bo całą aktywizację zawodową można psu o dupę potłuc. Rok mi został, a później podziękuję w biurze pracy za pomoc.
Łukasz Opłatek
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze