Reklama

Wypluty przez system

09/06/2012 00:00
Prowadził bezrobotnych na władzę. Szukał dla nich pracy i przyjaźnił się z Lepperem. Sam jest bezrobotny od 1991 roku i dlatego twierdzi: - Ja tylko czekam do emerytury, bo całą aktywizację zawodową można psu o dupę potłuc

Pracy i chleba!

Precz z kliką! Żądamy dotrzymania obietnic przedwyborczych! 25 lipca 2003 roku ulicami Złotowa kroczą bezrobotni. Zimny deszcz rozmiękcza dykty z hasłami sprzeciwu: Stop biedzie. Sprzeciw beznadziei. Brodzącą w kałużach kolumnę prowadzi 55-letni inżynier rolnictwa. Sam od 12 lat szuka pracy. Przesiąknięci letnią burzą protestujący docierają do starostwa powiatowego. Mężczyzna w ciemnym garniturze pozostaje w tyle. Przygląda się. Wzrokiem zdaje się kontrolować wzburzenie tłumu.

Taśma się kończy. Witold Janowski wyciąga kasetę z magnetowidu. – Ja się tej akcji obawiałem. Większa inicjatywa była kolegi Zygmunta Muzioła. On nie mógł takiej akcji przeprowadzić, a ja tak, bo moja organizacja miała osobowość prawną – szczupły mężczyzna trzyma kasetę VHS w wątłej dłoni. Przez 10 lat był prezesem. Kierował Stowarzyszeniem Obrony Bezrobotnych i Ludzi Pracy.

Stryczek od państwa

Witold Janowski założył je w 1994 roku. Chciał pomóc bezrobotnym. Sam od trzech lat nie mógł znaleźć stałego zatrudnienia. - Takie nadeszły czasy za Balcerowicza, że niszczono wszystko jak buldożer – mężczyzna splata szczupłe palce. Wspomina 22 lata pracy w służbie rolnej i kolejne 2 w Pilskim Przedsiębiorstwie Produkcji Leśnej „Las”. - Ja nie upierałem się, żeby pracować w zawodzie. A w tamtych czasach mogłem mieć tytuł magistra, doktorat, a i tak byłbym bezrobotny – w zapadniętych oczach 64-latka kryje się żal do urzędu pracy.
Czoło bezrobotnego marszy się jeszcze bardziej, gdy wspomina pomoc, jakiej udzielił mu pośredniak. Za pieniądze z urzędu inżynier rolnictwa otworzył sklep ogrodniczy. Miał go prowadzić przez dwa lata. Wytrzymał, ile musiał. - Co z tego, że umorzyli mi 50% tej kwoty, jak 4 razy tyle ściągnął ze mnie ZUS? – W. Janowski poprawia przerzedzone włosy. - Doprowadzili mnie do tego, że po śmierci mamy zmuszony byłem sprzedać kawalerkę - ten dach nad głową. Te pieniądze też poszły w spłaty. Działalność gospodarcza to była od razu pętla.

Zygmunt Wojtuń, znajomy W. Janowskiego: - On był bardzo mało samodzielny, chyba przez nadopiekuńczość mamy.

Na co komu PUP?

Lekko znoszona, ale czysta koszula, wyprasowane na kant spodnie starają się zaprzeczyć tym słowom. - Łapałem zajęcia, jakie się dało. Pracowałem na budowie, później pół roku miałem kuroniówkę, potem znów coś podłapywałem – siedzący w fotelu mężczyzna wyrzuca z siebie potok słów. - Jak na człowieka, który ma studia rolnicze, to jest rzadkością decydować się zrobić kurs palacza c.o. i dwa lata palić. Uprawnienia te znaczyły dla mnie więcej niż dyplom inżyniera. Gorzkie to, ale prawdziwe... – urywa bezrobotny.
Od 1991 roku W. Janowski zrobił szereg kursów. Nie pomogły. - Biuro pracy ma wyłącznie szkolenia, po których nic się nie uzyskuje. Robiłem np. kurs komputerowy – nie było możliwości zatrudnienia, przekreślał mnie wiek.

Łucja Greczyło, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Złotowie: - Szkolenia robimy głównie na wniosek bezrobotnych. Część osób, mimo uzyskania kwalifikacji, nie osiąga umiejętności gwarantujących podjęcie pracy.
Mężczyzna próbował szkolić się sam. Zrobił kurs pedagogiczny. - Liczyłem na posadę nauczyciela przedmiotów biologicznych za granicą, na terenie Rosji, bo w Polsce to było niemożliwe – złotowianin miał dość kolejnych polskich rządów.

Romans z Lepperem

W tym czasie Polaków do działań podrywał Andrzej Lepper. Populistyczne hasła Samoobrony trafiły do byłego członka Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. - Urzekł mnie wspólny przeciwnik – skrajny liberalizm. Człowiek ubogi jest nikim, należy go zdeptać. Takie miałem poczucie – mężczyzna związał się z partią w 1991 roku. – Byłem w bliskim kontakcie z Lepperem – W. Janowski pociera dłonią o granatowe spodnie. Z romansu z ugrupowaniem późniejszego wicepremiera złotowianin wyniósł znajomość kodeksów. - Byłem szkolony do wystąpień prawnych przez wybitną prawniczkę Różę Żarską. Miałem ludziom w terenie pomóc.

Czego Pana nauczono? - Od tej odpowiedzi się uchylę.
Komu Pan pomagał? - Nie mogę odpowiedzieć. Ja chcę ich chronić.
Trzeba ich chronić? - Może się nie opłaca, ale dałem słowo.
W 1996 roku W. Janowski opuścił szeregi partii. Drażnił go mariaż ludzi pracy z biznesmenami. - Z czasem w partii zaczął przeważać interes tych najbogatszych. To już nie była ta Samoobrona, do której wstąpiłem – uzasadnia były sekretarz wojewódzki Samoobrony.

Ja wam pomogę

Od dwóch lat Janowski działał na rzecz bezrobotnych. Rzucił partię i zajął się stowarzyszeniem. Wciąż nie miał stałego zajęcia. - Działałem dla biednych ludzi, a nie dla foteli przyszłych posłów. Współpracowaliśmy z podobnymi organizacjami z innych partii. Z kimkolwiek, ale na temat – wówczas to utopijne hasło brzmiało prawdopodobnie.
Do pracy w organizacji zaprosił Katarzynę Kuczkowską-Jabkowską, Dariusza Sarnowskiego, Krzysztofa Deresza. Działał tam również Zygmunt Wojtuń: –– Witek był bardzo zaangażowany, to ideowiec.

SOBiLP zająć się miało pomocą w poszukiwaniu zatrudnienia, szkoleniami, tworzeniem nowych miejsc pracy. - To jest człowiek dość inteligentny. Już wówczas napisał projekt o dofinansowanie z województwa i te pieniądze dostał – przewodniczącego Janowskiego komplementuje Z. Wojtuń. - Organizowaliśmy pracę na 2-3 dni. Dowiadywaliśmy się, że potrzebny jest ktoś do skopania ogródka, do zaopiekowania się dzieckiem. Przekazywaliśmy tę informację osobie szukającej pracy i już – zgłoszeń tego typu było do 50 rocznie. Biuro stowarzyszenia mieściło się w budynku starostwa. Był to efekt marszu z 2003 roku. Część z tamtych protestujących na 3 miesiące otrzymała zajęcie w ramach prac interwencyjnych. To jedyny pewny sukces organizacji.



Śmierć nie całkiem naturalna

Klepsydra: „W głębokim smutku i żalu informujemy, że w dniu 13 listopada 2004 roku po bólach i cierpieniach odeszła od nas organizacja pozarządowa Stowarzyszenie Bezrobotnych i Ludzi Pracy w Złotowie, przeżywszy 10 lat, o czym powiadamiają zarząd oraz długoletni działacze, jak również człowiek wojewódzkiej komisji do spraw dialogu społecznego.”
Zygmunt Wojtuń: - Władze nam sprzyjały, dały nam lokal, bo nie wypadało nam nie sprzyjać. Ale specjalnego zainteresowania taką organizacją nie było.

Podobne poczucie miał Janowski. - Władza lokalna zawsze próbowała przekonać ludzi, że to co robimy to jest polityka. Może dlatego na dłuższą metę nic nie zmieniliśmy – mój rozmówca spuszcza głowę, ale tylko na chwilę. - Miałem takie poczcie, że robię coś ważnego dla ludzi.
Łucja Greczyło: - Gdyby taka organizacja działała właściwie, dostarczała konkretnych informacji i pomagała rozwiązywać problemy bezrobotnych, to miałaby rację bytu.

Byle do emerytury

Stowarzyszenie Obrony Bezrobotnych i Ludzi Pracy umarło. Witold Janowski żyje myślą o emeryturze. Korzysta z pomocy opieki społecznej, czasem złapie jakąś drobną pracę. Na stałą nie liczy. – Pracodawcy mówią wprost: dziadków nie potrzebujemy – żal słychać w każdym słowie mężczyzny. Żal do urzędu pracy, do rządu, do systemu. - Jaki to system? Budowany był jakiś zakład pracy? Budowało się tylko banki, a teraz może drogi. Jak można odnaleźć się w tym systemie, gdzie likwiduje się stocznie, a stoczniowców przekwalifikowuje się na tancerzy? – zniechęcenie człowieka widać w każdym jego geście. Ma dość biegania za pracą, której nie ma i pomagania innym też. - Ja tylko czekam do emerytury, bo całą aktywizację zawodową można psu o dupę potłuc. Rok mi został, a później podziękuję w biurze pracy za pomoc.

Łukasz Opłatek
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości