- Do szczęścia nie potrzeba wygodnego życia, lecz zakochanego serca. O przekazywaniu wartości, powołaniu do służby Bogu i ludziom, latach spędzonych w seminarium i byciu wesołym człowiekiem opowiada ks. Wojciech Ciołek
Zacznijmy od czerpanych wzorców. Jak było u Ciebie w domu? Silnie zakorzeniona tradycja, zwyczaje przekazywane następnemu pokoleniu - to wszystko sprawiło, że wybrałeś tak a nie inaczej?
Poeta Jan Zych w wierszu „Do domu” wyjaśnia fenomen „domu”. Pisze, że jest to miejsce, gdzie wszystko jest piękniejsze, zwyczajne; latem chłodne, zimą ciepłe; miejsce ciche, zadbane, obiadem pachnące; miejsce z drzwiami szeroko otwartymi i oknami dużymi, miejsce gościnne. Mój dom… Tak naprawdę pierwszy świadomy krok dotyczący kreowania mojej wiary uczyniłem dzięki młodszemu bratu, który, choć młodszy o 2 lata, pierwszy wstąpił w szeregi Liturgicznej Służby Ołtarza. Nie chciałem być gorszy i poszedłem za nim. Rodzice zarazili mnie „bakcylem” wiary – tradycyjnej, takiej polskiej, takiej wyjątkowej – zasmakowałem, zaryzykowałem i skoczyłem…
Czy jako młody chłopak, nastolatek, myślałeś już o tym, że chcesz zostać księdzem?
Myśl o podążeniu w sposób wyjątkowy za Chrystusem przewijała się na przestrzeni wielu lat. Raz ten głos był wyraźny, dobitny, sugestywny, krzyczący. Kiedy indziej – prawie niesłyszalny, dyskretny, łagodny. Ostateczna decyzja została podjęta w drugiej klasie liceum. Ktoś podzielił się ze mną pewnym przysłowiem, że świat należy do Boga, a On wynajmuje go ludziom dzielnym. Zamyśliłem się nad tym. I zaryzykowałem, i skoczyłem…
Wcześnie zacząłeś udzielać się w życiu parafii, byłeś ministrantem, lektorem. Jak wspominasz te czasy?
Lata ministrantury, bycie lektorem i głoszenia Słowa Bożego, oaza to czas bogaty, te ziarna, które wtedy posiali kapłani, siostra zakonna w sercu młodego chłopaka – pomału wyrastają, czekamy na kwiaty i owoc. Z nostalgią wracam do chwili, gdy jako ministrant wraz z księdzem chodziłem po kolędzie, grałem z kolegami w piłkę nożną, tenisa stołowego, jak z młodzieżą organizowaliśmy apele jasnogórskie w piątki. Uczyłem się odpowiedzialności, pilności, lojalności i myślę, że to już na zawsze zostanie w mojej pamięci.
W jaki sposób odczytuje się powołanie? Jak to było u Ciebie?
Pytanie trudne. Chciałem być w życiu szczęśliwy, a do szczęścia nie potrzeba wygodnego życia, lecz zakochanego serca. I dałem się prowadzić głosowi serca.
Gdy już zdecydowałeś, co na to powiedziała Twoja rodzina? Pamiętasz? Byli zaskoczeni, szczęśliwi, czy jednak nie?
Pamiętam… Pamiętam, że bałem się reakcji rodziców. Pamiętam, że moja najbliższa rodzina nie dowiedziała się jako pierwsza o mojej decyzji, najpierw byli przyjaciele. Czemu tak? Strach, lęk, bojaźń, niepewność. Nie wiem. Wiem jedno – żałuję tego. Od początku miałem ogromne wsparcie moich rodziców. Na przestrzeni lat seminaryjnych nieraz opierałem się na ich silnych ramionach, dziś dziękuję im za to.
Formacja w Seminarium trwa 6 lat. Jak to wygląda od środka? Czego przyszły ksiądz uczy się z każdym kolejnym rokiem? Udzielania sakramentów, liturgii, czego jeszcze?
Na każdym roku jedynym zadaniem kleryka jest poznawać Boga. Poznać Boga, by móc poznać siebie; poznawać siebie, by poznać Boga.
[[reklama]]
Jakie najtrudniejsze zadania wykładowcy stawiają przed przyszłymi księżmi? Jak przygotowują ich do tej misji powołania, gdy mówi się o kryzysie wiary, odchodzeniu od Kościoła?
Profesorowie – mogłaby powstać książka na ich temat. Różne kwiatki – każdy wyjątkowy. Od tych, którzy swoją dziedzinę wiedzy traktowali jako najważniejszą i takich, którzy znali swoje miejsce w Bożym szeregu. Jestem pewny, że adepci sztuki duchownej potrzebują dobrej formacji w obliczu lawiny ludzi, która spadnie na każdego z nich z konkretnym, wymagającym pytaniem: „Dobrze, co mamy zrobić?”. Im bardziej wymagający profesor tym lepszy.
Czy będąc w Seminarium miałeś chwile zwątpienia, myślałeś sobie, że jednak nie podołasz, to jednak nie dla Ciebie?
Podoba mi się hasło: „Niech każdy wędrowiec idzie swoją drogą”, tą, którą Bóg mu wyznaczył, z wiernością, z miłością, chociażby go to kosztowało.
Jak wspominasz te 6 minionych lat? Przetarły Ci one drogą do kapłaństwa, a czy dały coś jeszcze?
Lata seminaryjne kosztowały wiele, ale bycie w seminarium to nie skok, to przygotowywanie się do niego… Dopiero teraz się zacznie…
Na Twoim obrazku prymicyjnym odczytać można, że swoje życie oddajesz innym. Jak to rozumiesz, jak chcesz realizować? Jak postrzegasz siebie jako księdza?
Rozumiem to tak: zapomnieć o sobie. Moją ambicją jest żyć jedynie do moich braci i sióstr, dla dusz, dla Kościoła. Jednym słowem – dla Boga.
Masz dość specyficzne poczucie humoru i sposób bycia, co można było zaobserwować choćby na Mszy Prymicyjnej. To bardziej pomaga czy przeszkadza?
Różni ludzie mają różne pasje. Jedni lubią zbierać znaczki, inni chodzą na grzyby – dla mnie fascynujące jest poznawanie… poznawanie ludzi, kolejnych osób, ich historii, życia, sposobu myślenia. Liczy się człowiek, by mógł liczyć się Bóg. Nie zapominam, że czasem potrzebujemy mieć obok siebie uśmiechnięte twarze. Jestem radosny – radość jest konsekwencją oddania. Wzrasta z każdym okrążeniem kieratu. Trudno ocenić, czy to pomaga, czy przeszkadza. Czasem tak łatwiej jest trafić do ludzi, innym razem ktoś może poczuć się urażony, że ksiądz tak żartuje. Tu nie ma reguły.
Jakie to uczucie odprawić swoją pierwszą Mszę?
Zadowolenie, satysfakcja. Chociaż nie… Nie wynaleziono jeszcze słów dla wyrażenia wszystkiego, co czułem, co czuję – sercem i wolą – gdy uświadomię sobie, że jestem kapłanem Boga Najwyższego.
Jak przygotowuje się po-prymicyjną uroczystość? Wygląda to trochę jak wesele. Jest sala, jest jedzenie, goście, muzyka. Przygotowania trwały długo?
Będąc do samych święceń kapłańskich w seminarium trudno coś przygotować. Dlatego po-prymicyjnym przyjęciem zajęli się moi rodzice. Na ich barkach spoczęło sporządzanie listy gości, wybór lokalu, sama aranżacja przyjęcia. W seminarium podkreśla się, aby to „wesele” kapłana miało charakter kameralny, stonowany, bez tańców. I u mnie prawie też tak było (śmiech) – może poza małymi wyjątkami. (śmiech)
Teraz czekasz na dekret. Chciałbyś być bliżej rodzinnego domu czy niekoniecznie? Wolałbyś parafię wiejską czy jednak miasto?
Tak, czekam na pismo, w którym dowiem się, gdzie mój biskup pośle mnie na pierwszą parafię. Teraz jest to czas beztroski – jestem w domu, sprawuję Mszę Świętą tam gdzie na przestrzeni ostatnich 6 lat zaznaczyłem swoją obecność. Na Mszy Świętej Prymicyjnej podkreśliłem kilka razy, że jestem z Luchowa – ze wsi. Jest takie przysłowie: „czym się martwisz, czym się smucisz – ze wsi jesteś, na wieś wrócisz”. Jeśli biskup pośle mnie na parafię wiejską, z radością tam skieruję swą twarz, jeśli do miasta - tym bardziej udam się z radością.
Gdyby nie powołanie, kim chciałbyś zostać? Myślisz o tym czasami?
Brak alternatywy. Nie odwracać się do tyłu. Po co?…
Jak widzisz siebie za kilka lat? Znajomi prorokują Ci, jakim księdzem będziesz?
Trzeba zapytać przyjaciół, jaki jestem i gdzie mnie widzą. Na pewno wiem jedno – dobrze jest umieć się poprawiać. Mało osób tę umiejętność nabyło. Bóg jeszcze mnie szlifuje jak swoją perłę. Co w tym jest najtrudniejsze? Właśnie poddać się obróbce Boga. Nie wiem, co za rok, za dwa, za dwadzieścia pięć lat będę robił, jakim człowiekiem będę, ale być zawsze blisko Boga – to wystarczy.
***
Wszystkim czytelnikom „Aktualności Lokalnych” dziękuję za życzliwość, dobre słowo i modlitwy. Z mojej strony obiecuję prosić Boga o Boże błogosławieństwo dla całej redakcji i Czytelników. Szczęść Boże!
Ks. Wojciech Ciołek
Rozmawiał Sz. Chwaliszewski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze