Sebastian przechadza się i ostentacyjnie wypuszcza dym. Szkoła jest w szoku. Wyrzucą go, na pewno go wyrzucą
– szepce korytarz.
Myślę: akt odwagi czy desperacji, bo chce być wyrzucony ze szkoły?
– zastanawia się Zbigniew Bukowski, który od 1985 roku kieruje Zasadniczą Szkołą Zawodową nr 1 w Złotowie. Pod opieką ma ponad tysiąc uczniów, którzy teraz czekają na to, co „dyro” zrobi.
Wołamy mamę, a ta mówi: to nieprawda, mój syn Sebastian na pewno nie pali. Wołamy pedagoga, wychowawcę i Sebastiana, jeśli jest, bo często uciekał. Akurat w tym dniu jest (chciał być wyrzucony)
Reklama
– opowiada nauczyciel z Lipki.
Mama:
Może zapalił, ale widocznie go zdenerwowaliście...
Z. Bukowski:
Więc ja na przerwie wchodzę do pokoju nauczycielskiego i mówię: jak mi jeszcze raz będziecie Sebastiana denerwować, to ja mu pozwolę palić papierosy na dużej przerwie u góry...
Sebastian zostaje w szkole. Jednak, pomimo kary, za chwilę zalicza kolejną wpadkę. Bo przecież szkoła mu nie leży...
Zbigniew Bukowski pierwszych nauczycieli spotkał w Szczecinie. W podstawówce, do której poszedł w 1953 roku. W rodzinie belfrów nie było i jemu przez długi czas nie marzyło się nauczanie innych. Chciał być elektrykiem. Skończył politechnikę, pierwszą pracę podjął jednak w biurze projektowym. Długo awansował, był tuż przed egzaminem państwowym na projektanta, gdy poznał Ją. Dziewczyna była z Lipki (znanej wówczas ze „Słodkiej pani” – podobno wybornego wina) i chciała złamać klątwę „Obyś cudze dzieci uczyła”. Pani Jadzia nie dość, że zawróciła w głowie panu Zbyszkowi, co skończyło się ślubem, ale też wciągnęła go w nauczycielski kierat.
Później skończyłem Wyższą Szkołę Pedagogiczną, przyjechaliśmy do Lipki. Rok – dwa miałem spróbować w szkole, jak mi to nauczanie wyjdzie – w 1973 roku Z. Bukowski nie przeczuwał, że przez ponad trzydzieści lat będzie wyciągać młodzież z tarapatów.
Gdybym nie kochał młodzieży, to bym jej nie uczył. To, że w szkole są wagary, że młodzież się nie uczy, to było jak szkoła istnieje i jak istnieć będzie. Wiedziałem, że relegować ucznia ze szkoły jest najprościej. Natomiast uratować go to sztuka
– twierdzi, pokazując zdjęcia z życia „Zawodówki”. Są na nich nauczyciele i uczniowie, ale pan Zbigniew nie chce podawać nazwisk. Nie chciałby kogoś pominąć, urazić.
Może na jednej z tych fotografii jest ten pijący uczeń? Ten z rodziny, o której kurator mówił, że w niej nie pije tylko dziecko w kołysce i osiemdziesięciopięcioletnia babcia.
7 rano. Z warsztatów przyprowadzają mi ucznia, który nie trzyma pionu. Kierownik warsztatów mówi, że zawiezie go do domu, bo jeszcze gdzieś nam padnie...
– opowiada nauczyciel, który na emeryturę przeszedł w 2006 roku.
Okazało się, że to ojciec dał mu wódki. No to niech mama przyjdzie
– dodaje.
Godzina 13:00. Wchodzi tata. Rękawy podwinięte, koszula rozpięta, z daleka zalatuje Przemysławką.
To podła woda kolońska, ale skuteczna
– wyjaśnia Z. Bukowski. Dyrektor, pedagog, wychowawca mówią rodzicielowi, że syna rozpija, a tak nie wolno. To jest niemoralne i niezgodne z prawem.
A on mówi, że rano dał mu tylko pół szklanki. A że pili razem do tego rana...
– śmieje się lipczanin, choć wtedy tak wesoło nie było. W przeciwieństwie do Sebastiana, ten uczeń szkołę skończyć chciał.
Karę poniósł, ogłosiliśmy ją na apelu, ale mu pomagaliśmy wyjść z tej sytuacji. Więcej do mnie nie trafił
– pan Zbigniew na każdym kroku podkreśla zasługi kadry. Zaangażowanej i odpowiedzialnej. Kochającej młodzież jak i on.
Był to taki okres, że i młodzież chciała, i nauczyciele
– mówi o latach 70–tych i 80–tych. Nikogo jednak specjalnie nie wyróżnia.
Taka jest specyfika zawodu nauczyciela, że każdy chce być chwalony...

Na każdym kroku Z. Bukowski (w środku pierwszego rzędu) podkreśla, z jak wspaniałymi ludźmi miał okazję pracować
Gdy w 1978 roku Zbigniew Bukowski obejmował stanowisko wicedyrektora (jego szefem był Edward Kulwicki), „Zawodówka” pękała w szwach. Ponad trzydzieści oddziałów, przeszło tysiąc uczniów[[pay]], pełen internat i nauka na dwie zmiany. Od 8 do 21. Od poniedziałku do środy.
Uczniowie nie mieścili się w dzienniku...
– z rozrzewnieniem wspomina. Tylko pieniędzy wciąż było mało. Budynek szkoły był ponury, bo stać ją było na odmalowanie ścian raz na trzy lata.
Podobnie wyglądały warsztaty szkolne. Co prawda uczniowie produkowali na gotowo wiertarki WS 15, które rozchodziły się jak ciepłe bułeczki i (jako jedyni w Polsce) piło–tokarki Dyza 6 (obrabiarki wieloczynnościowe przede wszystkie do drewna jako pomoc do nauki techniki w szkołach podstawowych), ale sami narzekali na brak maszyn i narzędzi. Technika szła naprzód mocno.
Z czasem śmiano się z nas, że nasze obrabiarki nadają się do ostrzenia ołówków, bo nie zapewniają precyzji. Niemniej służyły do nauki
– twierdzi Z. Bukowski. Dlatego wiele pomocy dydaktycznych robili sami uczniowie. W ramach prac dyplomowych.
Za to z najnowszą technologią stykali się uczniowie obróbki skrawaniem. Na praktyki przyjmowały ich Zakłady Przemysłu Metalowego im. Hipolita Cegielskiego.
W Poznaniu zbierali same pochwały co do dyscypliny i umiejętności. Wielu uczniów znajdowało tam potem zatrudnienie
Reklama
– były dyrektor pamięta, że uczniowie ci mieszkali w hotelu robotniczym, mieli tam wikt i opierunek, a jak wyjeżdżali to dostawali (choć praktyki nie były płatne) pieniądze.
Mieli tam możliwość zetknięcia się z nowymi technologiami. Przecież tam produkowane były silniki okrętowe...
– podkreśla znacząco.
Z przerażeniem wspominam okres stanu wojennego
– pan Zbigniew niby był zaakceptowany jako dyrektor przez władzę ludową, ale do kościoła jednak chodził.
Pojawiał się w szkole oficer, który wszystko musiał wiedzieć. Ta inwigilacja, zbieranie informacji kto o czym mówił i o nastrojach... To był trudny czas
Reklama
– twierdzi.
Nie lepiej było co roku jesienią. Gdy z drzew spadały liście trzeba było się spowiadać. Oficerowi Służby Bezpieczeństwa.
Zbierał informacje o uczniach, którzy poszli do seminarium duchownego. Straszył nas konsekwencjami, a my w szkole przyjęliśmy strategię, że nic nie pamiętamy
– nauczyciel puszcza oko, jak to zrobił jego ówczesny przełożony.
Ja nie wiem, czy go uczyłem... To on mi zarządzenie przed nos, że ja muszę, zgodnie z literą prawa, przekazać dokładne informacje. Zgoda, ale czy ja mówię, że nie powiem? Powiedziałbym, ale nie pamiętam. I tak samo robił wychowawca
Reklama
– zbiorowa niepamięć zaprowadziła dyrektora do kuratorium. Dwa razy.
Kurator oko zrobił i niby zrugał mnie od góry do dołu, że nie wypełniam swoich obowiązków
– wspomina nasz rozmówca.
Zbigniew Bukowski zawsze tłumaczył uczniom, że do szkoły przyszli dobrowolnie. A jemu płacą za ich nauczanie. Prosta zależność. Nic na siłę.
Gdy uciekali z lekcji nie kładłem się w poprzek drzwi, ale konsekwencje wyciągałem. To skutkowało
– twierdzi pedagog z ponad czterdziestoletnim stażem. W końcu nadal naucza. Prowadzi kursy w Zakładzie Doskonalenia Zawodowego i Cechu Rzemiosł Różnych w Złotowie.

Zapanować nad tak silną, męską grupą to prawdziwe wyzwanie. Z. Bukowski zawsze ustalał jasne zasady
Co ciekawe, z miejscem tym kojarzą mu się zawodowe porażki. Bo i o tych nie zapomina.
To było w latach dziewięćdziesiątych. Jeździłem wtedy małym fiatem. Gdy podjechałem pod Cech zobaczyłem byłego ucznia, który specjalnie wsiadł do auta, żeby jeszcze raz wysiąść i strzelić drzwiami. „Phi, ja jeszcze rok popracuję w Holandii i pana, i tego malucha kupię. I tę szkołę też”.
Obyś tyle zarobił.
A ja uczniom tłumaczyłem: ty w Holandii nie tak dużo zarabiasz... „Jak to?! 1000 euro na miesiąc!” Tak, ale zarabiasz na granicy, bo przekraczając ją masz 4000 zł i w Polsce pożyjesz. Natomiast tam za 1000 euro wynajmij mieszkanie, zapłać rachunki i tak wiele ci nie zostanie...
– rolą nauczyciela jest nie tylko wbijać do głów wiedzę, ale też objaśniać świat.
Za trzydzieści trzy lata w zawodzie, w tym dwadzieścia jeden na stanowisku dyrektora ZSZ nr 1 w Złotowie, Zbigniew Bukowski otrzymał m.in. Medal Komisji Edukacji Narodowej, Złoty Krzyż Zasługi, odznakę honorową za zasługi dla województwa wielkopolskiego, wyróżnienia od rzemieślników.
Wszystkie je ceni, ale najważniejsi i tak są uczniowie.
To miłe, gdy dziś podchodzą i dobrze mnie wspominają. Ale najmilsze dla serca jest, gdy podchodzi uczeń, który miał problemy, a po latach zrozumiał, co chcieliśmy mu przekazać
– pan Zbigniew wzrusza się jak w 2006 roku, gdy żegnała go cała szkoła i władze powiatu. Wówczas zabrakło mu słów. Teraz szybko je odnajduje.
Nigdy nie żałowałem, że zostałem nauczycielem. Możliwość kształtowania młodego człowieka (przekazywanie wiedzy i wpajanie wartości) to spełnienie marzeń. [[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Zawodowka najlepsza szkola w miescie ,fantastyczni nauczyciele w zawodowce jaki i w technikum super atmosfera i wspaniali uczniowie.Ja chodziłam i zawodowkewspominam najlepiej a po niej zaliczyłam jeszcze dwie inne szkoly i tam juz tak nie bylo :(
Z.B. ma 70Lat no to teraz wybiórczo opowiada.
W czasach PRL kto nie był lojalny w stosunku do Władzy o jakimkolwiek awansie mógł jedynie pomarzyć, więc bajki o walce z nią to ściema. Teraz co drugi to kombatant walki z Komuną i zagorzały katolik, a w czasach PRL zagorzały aktywista PZPR i wróg Kościoła.
Zawodowka najlepsza szkola w miescie ,fantastyczni nauczyciele w zawodowce jaki i w technikum super atmosfera i wspaniali uczniowie.Ja chodziłam i zawodowkewspominam najlepiej a po niej zaliczyłam jeszcze dwie inne szkoly i tam juz tak nie bylo :(
Z.B. ma 70Lat no to teraz wybiórczo opowiada.
W czasach PRL kto nie był lojalny w stosunku do Władzy o jakimkolwiek awansie mógł jedynie pomarzyć, więc bajki o walce z nią to ściema. Teraz co drugi to kombatant walki z Komuną i zagorzały katolik, a w czasach PRL zagorzały aktywista PZPR i wróg Kościoła.