Śnieg był!
Klub Motocyklowy Burning Few, zapraszając na organizowaną imprezę, zapewniał, że podczas jej trwania śnieg jest zawsze. Przy czym najczęściej na szczycie Czumulungmy. Tym razem niestety było podobnie. Wielu z uczestników było zawiedzionych deszczem i powstającym wskutek niego błotem, z którym wszakże dzielnie radzili sobie na motocyklach. Zapewniali przy tym jednak, że dużo łatwiej jest wytrwać noc w mrozie niż przy temperaturach bliższych zeru. A patenty na przetrwanie były przeróżne: od puchowych śpiworów, poprzez termofory, po piecyki w namiocie. Zwłaszcza te ostatnie bardzo dobrze zdawały egzamin pod warunkiem jednak, że wyznaczony palacz nie zagadał się z Morfeuszem…
Ale dlaczego?
Ano dlatego, że zimowymi wieczorami, tęskniąc za zlotowymi harcami i fikołkami z koleżkami, zaczęliśmy myśleć jak to odmienić… - o genezie krajeńskich zlotów mówi Robert „Pilot” Łobodziński, prezydent BFMC. Wiele grup spotyka się w takich czy innych okolicznościach na różnych zimowych imprezach. Jednak wszystkie one lubią ciepło i odbywają się w przytulnych zakamarkach sal czy klubów. My, zapatrzeni na naszych zachodnich sąsiadów, postanowiliśmy zrobić zlot. Tak. Zimowy zlot motocykli.
Koncerty? Konkurencje? Nie! Nic takiego tam się nie odbywa! Oni jadą tam by spotkać się z kumplami. By wraz z nimi zbudować obóz. I wspierając się wzajemnie, przetrwać ten trudny czas. To najwyższy cel tego przedsięwzięcia!
Zupa
Skąd zupa w tytule motocyklowej imprezy? Bo coś jeść trzeba. - tłumaczy Pilot - Przyrządzamy przecież świetne wynalazki podczas naszych letnich wypraw. I to nie w restauracyjnych kuchniach, tylko w naszym podróżnym garnku. Wrzucając do niego wszystko, co w zabranym worku znajdziemy. I to jest właśnie ten „jeden gar”! W tym roku o tytuł najlepszego zlotowego kuchmistrza walczyło aż siedem drużyn. Komisja konkursowa miała niełatwe zadanie, ponieważ zdecydowana większość zgłoszonych dań, zasługiwała na nagrodę. Jednakże, po burzliwej naradzie i głosowaniu, udało się ustalić werdykt. Zwycięskim daniem okazała się buraczkowo-pierogowa, przygotowana przez Gerarda na piecu będącym jednocześnie mini-kuźnią. Drugie miejsce zajęła zupa Rysia, za nimi uplasował się Bą żur w wykonaniu załogi z Żółtego Wigwamu.
Nudy nie było
Mimo deszczowej pogody, motocykliści urozmaicali dzień pokazami jazdy po podmokłej łące przy czym chętnie zabierali na przejażdżki wszystkich spragnionych błotnistych wrażeń obserwatorów. Największe zainteresowanie wzbudzało zlotowe jacuzzi, czyli pomysłowo skonstruowany basen z... ciepłą wodą! Chętnych do skorzystania z gorącej kąpieli było jeszcze więcej niż rok temu. Niektórzy okazali się na tyle odważni, że kilkukrotnie z gorącej wody wskakiwali wprost do rzeki i z powrotem do basenu. Wieczorem, przy ogniskach, wspominano sezon miniony, planując zarazem nadchodzący. Domorośli konstruktorzy wymieniali się pomysłami i patentami na ulepszanie swoich motocykli, czemu sprzyjają długie zimowe wieczory. Tak nastał niedzielny poranek i czas rozjazdów. W pożegnalnych uściskach obiecywano sobie kolejne spotkanie, a to najbardziej wyczekiwane odbędzie się zwyczajowo w pierwszy weekend sierpnia w Nowym Dworze.
Podziękowania
Organizatorzy pragną podziękować wszystkim osobom, które swoją pracą i zaangażowaniem wsparły organizację imprezy. Wyrazy wdzięczności składają również Krajeńskiemu Ośrodkowi Kultury i firmie Elgraf Mariusza Buczyńskiego.
Andrzej Biesek
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze