Przemyka między ludźmi, bo takie ma powołanie. Zawsze z uśmiechem, na wszelki wypadek. W życiu monastycznym jeszcze się nie odkochał i zapewnia: Jezus nie poszedł na urlop. - Komunę żeśmy przeżyli. Palikot nam nie grozi
Już kilka dni jest Ojciec w Łobżenicy. Był Ojciec kiedyś w tych okolicach?
Najbliżej to chyba w Wągrowcu i kiedyś przelotem z grupą w Górce Klasztornej. Ale wiem, że to tutaj właśnie Polska się zaczynała, to ciekawy teren. Niestety czas nie pozwolił mi na to, aby obejrzeć miasto. Jestem w pracy, ale bardzo radosnej, z przemiłymi ludźmi, nie mówiąc już o plebanii. Mógłbym tu zostać na dłużej.
Do zakonu wstąpił Ojciec w 1958 roku. Dawno temu…
Najpierw miałem powołanie do kapłaństwa. Jeszcze przed maturą rozmawiałem ze znajomym i on uznał, że mam powołanie, z czym się zgodziłem. Wstąpiłem do seminarium duchownego. W trakcie studiów słyszałem o Tyńcu. Po siedmiu latach, gdy przyjeżdżałem do Tyńca, okazało się, że to powołanie będzie miało drugi stopień. Poza kapłaństwem jeszcze życie monastyczne. Teraz mijają 54 lata w zakonie i jestem zadowolony. Jeszcze się nie odkochałem.
Czego brakowało Ojcu w kapłaństwie?
To jest bardzo trudne do wyrażenia. Dlaczego podoba się Franek, a nie Antek? Nie ma ku temu racjonalnych przesłanek. Tak samo było ze mną. Najpierw było przeświadczenie, że Pan Bóg chce, żebym był księdzem. To było wewnętrzne przeświadczenie. A potem pojawiło się pytanie, czy moje powołanie ma się zrealizować w kapłaństwie czy w zakonie? Miałem wiele przeszkód, które by świadczyły, że raczej powinno zostać tak jak jest. Ale wszystkie te trudności padły w ciągu dwóch tygodni. Skoro biskup puścił, a zakon zgodził się przyjąć, to wstąpiłem do zakonu. Pan Bóg uważał, że mam tu być. Dla mnie, jako człowieka wierzącego, to jest normalne.
Jak wygląda życie zakonnika? Jak wygląda Ojca życie, cały czas na walizkach?
Nie. Może w tym roku mam trochę więcej zaproszeń, w tym sześć podróży zagranicznych, a przypomnę, że mam 82 lata… Była Bruksela i Wilno, jeszcze czeka mnie Londyn, Niemcy. Jest jednak stałość miejsca, polegająca na tym, że składam śluby nie na zakon, ale na dany klasztor. Jestem mnichem Opactwa św. Apostolstwa w Tyńcu. To jest moje miejsce stałe. Natomiast przełożony decyduje o tym, jaka będzie proporcja między pobytem w klasztorze, zajęciami klasztornymi, a wyjściem w pracę apostolską. W klasztorze pełniłem rozmaite funkcje, byłem przeorem, podprzeorem, proboszczem, kantorem, oprowadzałem wycieczki, uczyłem dzieci, byłem na furcie, myłem naczynia. Wiadomo, że każdy wyjazd wiązał się z kłopotami z zastępstwem. Teraz te zadania objęli młodsi. (Po osiemdziesiątce człowiek ma prawo być starszym odrobinę. Chociaż zawsze mówię, że mam cztery razy po dwadzieścia plus dwa. Zawsze jedna dwudziestka jest w dowodzie). Skoro obecność młodszych nie wymaga ode mnie obecności, a są zaproszenia na spotkania autorskie, z młodzieżą, to przeor pyta: czy ojciec może? Mogę, więc wyjeżdżam. Natomiast muszę przyznać, że atmosfera w Łobżenicy jest taka, że gdyby kazali, to zostałbym tutaj do końca życia. Natomiast jest świadomość, że do Tyńca się wraca i tak już będzie na wieki wieków Amen. Mam swoje miejsce w chórze klasztornym, w celi. Wcześniej miałem celę przyszłościową, z widokiem na cmentarz. Piętnaście lat tam mieszkałem, aluzji nie zrozumiałem. Teraz mieszkam w celi od południa, jak jest pogoda widzę Babią Górę. Mam mnóstwo zieleni, gdy spojrzę przez okno. Tak można żyć a żyć.
We wspólnocie, bo przecież wszystkich braci jest chyba kilkudziesięciu.
To życie we wspólnocie to tak jak w małżeństwie. Jak się bardzo kochają, to raz on jest w gorszym humorze, raz ona, ale przejdzie i jest dobrze. W klasztorze też są humory, ale zamiast jednego, mamy trzydziestu ośmiu współbraci, którzy mają swoje humory. Zawsze jest przynajmniej paru takich, z którymi człowiek nie ma problemów z obcowaniem.
Ale Ojciec, mimo wieku, jest niezwykle nowoczesnym zakonnikiem. Z powodzeniem wykorzystuje Ojciec środki masowego przekazu, od telewizji przez prasę i Internet, do tego, aby dotrzeć do jak najszerszej grupy ludzi.
Ale to nie tylko ja, wielu zakonników, księży wykorzystuje do tego media. Nasz Opat też jest medialny.
Skąd taki pomysł na głoszenie Słowa Bożego?
O tym, co mam robić, decyduje przełożony, ale jak mam to zrobić, to już wyłącznie moja sprawa. Przełożony zdecydował, że mam tu przyjechać z rekolekcjami, a jeśli media – bardzo proszę. Jeśli zapraszają mnie to jadę, wcześniej zgłaszam to, tylko potem wywiady pokazuję Opatowi, tak na wszelki wypadek, żeby sprawdził, czy czasem nie powiedziałem jakiegoś głupstwa. Na razie, przez dwadzieścia lat współpracy z mediami, nie poprawił mi niczego. Jeśli ja się na coś przydaję, ludzie lubią mnie słuchać, to jest to kolejny obowiązek, który poza spotkaniami i pisaniem mogę spełniać.
Ale nie każdy duchowny jest zdania, że media to dobry nośnik na głoszenie Słowa Bożego. Spotyka się wielu przeciwników, a wręcz niechętnie nastawionych duchownych do mediów, którzy uważają, że tu mieści się całe zło tego świata.
Często słyszę, że zło jest medialne, a dobro nie jest medialne, więc kiedy mówią mi, że jestem medialny, robię sobie rachunek sumienia…
W każdym razie posiada Ojciec łatwość komunikacji. W 2011 został Ojciec blogerem roku!
W kategorii blogi profesjonalne. Wydawnictwo podpowiedziało mi, aby prowadzić blog. Broniłem się, że nie mam czasu, nie znam się na komputerze na tyle, aby prowadzić blog. Powiedzieli: my Ojcu wszystko załatwimy, niech Ojciec tylko pisze. No i załatwili. Przez półtora roku było już 800 tysięcy zaglądających, 20 tysięcy korespondujących. Potem powstała nasza strona, no i piszę i to co piszę na razie nie było problemem. Przyznam, że dopiero tam poznaję siebie, bo jest oczywiście grupa sympatycznie dyskutująca, ale i grupa, która mnie objeżdża jak św. Michał diabła: judasz, zdrajca i tak dalej. Na początku jeszcze odpowiadałem, wyjaśniałem, ale, gdy ci anonimowi zaczęli obrażać i znieważać kobiety, które pisały, powiedziałem: koniec. Ja sobie jeszcze poradzę, nie lękam się. Dlatego wprowadziliśmy zasadę logowania się. Obrażające treści usuwa administrator i koniec.
Szybko nawiązuje Ojciec nić porozumienia z młodymi ludźmi. W czym tkwi tajemnica dotarcia do nich, bo dzisiaj wielu nauczycieli, ale przede wszystkim rodziców ma z tym problem?
Moja mamusia taka była, chyba w genach mi to przekazała. Kiedyś jechaliśmy pociągiem, byłem już mnichem, pięć minut i cały przedział do mamusi należał. Mam to po matce. Tyniec to jest oderwanie, ale to jest tak jak w boksie – dystans, żeby lepiej uderzyć. Tam blisko Pana Boga stoisz, namodlisz się i potem nie ma lęku w kontaktach z drugim człowiekiem.
Ale młodzi się buntują, chcą wolności
To nie jest dzisiejsza sprawa. Przychodzi moment, że się neguje wszystko, okres przekory. To nastroszenie zawsze było, ale i poszukiwanie prawdy. Młodzi wyczuwają szczerość intencji i radość, z jaką się do nich podchodzi. Papież, przecież już sędziwy człowiek, mówił do młodych: kocham was i mówił to szczerze, nie miał w tym żadnego interesu i oni to czuli. Kiedyś szedłem we Wrocławiu, dziewczynka mówi: mamusiu, ten ksiądz się do nas uśmiecha, chociaż nas jeszcze nie zna. Więc się uśmiechnij tak na wszelki wypadek. Kiedyś uściskałem się i pomodliłem z pewną młodą dziewczyną. Okazało się, że to była nieletnia prostytutka. Kto kiedyś uściskał ją bezinteresownie? Nie wiedziałem o tym, dopiero po modlitwie mi powiedziano. Każdy duchowny powołany jest do specjalnych zadań. Jedni muszą siedzieć na plebani jak te drzewa, inni przemykają się między ludźmi jak ta zwierzyna. Mnie wypadło, że jestem taki zwierz pod tytułem Ojciec Leon.
Promuje się jednak bezstresowe wychowanie. Co Ojciec o tym myśli?
Należy stawać wymagania, bezwzględnie. Mam to szczęście, od roku 1957 aż do śmierci Papieża byłem w jego blasku. On powtarzał, że bezwzględnie trzeba stawiać wymagania, choćby inni od was nie wymagali. Trzeba mówić prawdę, gdy potrzeba, ale jednocześnie nie wycofywać swojej życzliwości.
Coraz mniej ludzi chodzi do Kościoła. Co ich zraża?
Chyba to, że ludzie Kościoła nie są w prawdzie. Jeśli dzieci zauważą, że rodzice każą im klękać, chodzić do kościoła, a sami kręcą na prawo i lewo, to jest pierwszy powód do tego, aby już było źle. Potem zobaczą, że ksiądz nie dba za bardzo o wiarę. Przychodzę tutaj, bo mi za to płacą – tak ksiądz powiedział. Trudno żeby taka młodzież była potem w ogóle otwarta na człowieka. Wpływ ma też to co dociera z mediów. Nagłaśnia się afery, awantury, a nie tłumaczy się tego. Narkotyki: proszę bardzo, próbuj, a za dwa lata będziesz brudny, zasikany, nieogolony stał pod płotem i prosił o datek. Próbuj, nikt ci nie zabroni. Seks – nie da się więcej z seksu wydusić niż można. Po pewnym czasie, za przeproszeniem, rzygać się chce jak mówią doświadczeni. My z doświadczenia tego nie znamy, ale nie trzeba chorować na żółtaczkę, żeby żółtaczkę wyleczyć. Jeśli świat proponuje taki luz, a Kościół mówi: nie wolno, zastanów się albo wyspowiadaj się, pilnuj się, nie wal w gębę, która ci się nie podoba, rzuć skręty i alkohol. Aha – myśli młody człowiek - ograniczają. Cały klimat świata nie sprzyja temu, żeby chodzić do kościoła.
Ruch Palikota jest zagrożeniem dla Kościoła?
No zobaczymy, znaczna część młodzieży głosowała na Palikowa i mówili, że to tak dla jaj.
Ale ten polityk idzie trochę dalej w głoszeniu swoich przekonań. Publiczna apostazja, wychodzenie z Kościoła…
Ale trzeba najpierw poczytać czasopisma katolickie, żeby zrozumieć apostazję, a taki gest to jest dziecinada, aż nie przystoi poważnemu człowiekowi. Nie boję się tego ruchu, ale na pewno jeśli będzie tak dalej działał, to część ludzi przyciągnie do siebie. No i nawet wyrasta na trzecią siłę, bo SLD w swoich poglądach jest delikatniejsze, Palikot jest konsekwentny i oskarża SLD o kompromisowość, pragmatyzm. Zobaczmy, niech społeczeństwo pokaże, jak to będzie dalej szło. To jest taki papierek lakmusowy. Jest to też sprawa dla duszpasterstwa, mądrego, ale nie przez atak, ale przez mądrą promocję katolicyzmu. Jeszcze możemy trochę na dół zejść jako społeczeństwo, ale dokąd dojdziemy?
Co to będzie dalej?
Będzie dobrze. Jezus na urlop nie poszedł. Komunę żeśmy przetrzymali, Palikot nam nie grozi, ale zmusza do zastanowienia się, do stawiania pytań, dlaczego do Kościoła ludzie mają niechęć, dlaczego Palikot zyskał takie poparcie.
Jaki jest przepis Ojca na szczęśliwe życie?
Ja mam przepis na siebie, ten przepis nie musi każdemu pasować. Do dzieci: mieć dobrych rodziców. Do rodziców: bądźcie takimi rodzicami, żeby dzieci mogły powiedzieć o was dobrze i stawiać za wzór. Ponadto znalezienie swojej drogi zawodowej. To jest bardzo trudne, bo niejednokrotnie ta droga nie daje zabezpieczenia finansowego. Do tego odnalezienie powołania w życiu osobistym. Ważne, aby znaleźć się na swojej drodze.
Rozmawiała Agnieszka Głyżewska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze