Urodził się w domu, którego nie ma. Za torami, po lewej. Ojciec Ernst pracował u gospodarza, mama Agnieszka zajmowała się nim i siostrą. Żadne z nich nie znało języka polskiego (skąd mieli wiedzieć, że po latach ich córka wyjedzie do Niemiec na stałe... ze strachu o syna, który ruszy za lepszym chlebem, choć nie będzie znać niemieckiego ni w ząb). W końcu nazywali się Wolter i mieszkali w Niemczech – w Linde (niemal do końca II wojny światowej Lipka była niemiecka). Dlatego dla nich światowa zawierucha była krótka.
Myśmy tutaj na początku wojny nie mieli. Ona toczyła się dalej
Reklama
– mówi Franciszek Wolter, rocznik 1937. Z wojny pamięta listy od ojca, który, jak gros mieszkańców tych terenów, służył w Wehrmachcie. Służył w Prusach Wschodnich.
Pewnego razu przyszły jego wszystkie dokumenty, bo został zabity, chyba w 1944 roku
– staruszek z Lipki nie pamięta dokładnie.
Taki Zdrenka wydał książkę i tam są wszyscy, którzy zginęli na wojnie. Tam ojciec jest zapisany. Zginął gdzieś koło Ełku
– chodzi o książkę „Mieszkańcy Ziemi Złotowskiej polegli w II wojnie światowej 1939–1945” profesora Joachima Zdrenki, wydanej w 2011 roku.
Ojciec nie wrócił i do widzenia. Przysłali jego zegarek, rzeczy osobiste, wiadomo było, że na pewno zginął
– pan Franciszek opowiada ze wzrokiem wbitym w blat stołu. Przez otwarty balkon co i rusz do pokoju wdziera się ryk traktorów. Za oknem trwają żniwa.
Jak ruskie tu przyszli, to myśmy poszli do Strzeczonej, tam skąd matka pochodziła
– wspomina rok 1945. Z nimi zamieszkało dwóch Rosjan, dzięki czemu rodzina z niemiecko brzmiącym nazwiskiem czuła się całkiem bezpiecznie. Jeden z nich po wojnie został w Debrznie, był tam szewcem.
Matka chodziła na majątek, do Ukrainki, krowy doić. To było trzy kilometry od naszego zamieszkania, a zawsze dwa wiadra mleka przynosiła, miała drewniane tragi, co się na plecy zakładało
– pan Franciszek grzebie w pamięci.
Raz mama nie poszła tych krów doić, bo zachorowała, ale jakiś facet powiedział im, że ona nie chciała przyjść. Wtedy w Lipce matka znalazła rodzinę, oni dali jej wózek na dwóch kółkach i na nim rychło rano poszliśmy ze Strzeczonej do Lipki. A o 8 już po matkę byli. Jakbyśmy nie poszli, to by ją chyba zabili. To już było po wojnie
Reklama
– nie wiadomo, czy to wspomnienie ośmiolatka, czy też rodzinna opowieść przetworzona przez kilka pamięci.[[pay]]
Za to wyraźny jest obraz szkoły. Najpierw niemieckiej, a później polskiej. Franciszek Wolter uczęszczał do obu, tyle że w tej drugiej najpierw musiał nauczyć się języka. Chwali się, że zrobił to migiem.
Polacy gorzej umieli jak ja, miałem same piątki. I jedną czwórkę z rysunku, bo rysować nie umiałem. Chyba dali mi ją na krechę, żeby świadectwa nie obniżyć
– sukcesy zwykle lepiej zapisują nam się w pamięci. Pan Franciszek nie pamięta, by ktoś go szykanował z powodu nieznajomości polskiego czy nazwiska. Był swój i już.
Moja matka też nauczyła się polskiego po wojnie, ale bardzo go kaleczyła. Szło ją zrozumieć, ale nie mówiła tak dobrze jak ja
– staruszek zapewnia, że nikt by się nie poznał, że jego dziecięcym językiem był niemiecki. Rzeczywiście jego głos nie zdradza tego choćby echem. Zastanawiać się można tylko, jak Agnieszka Wolter porozumiewała się z przybyszami ze wschodnich rubieży Rzeczpospolitej, którzy po wojnie napłynęli do Lipki. Jakoś musiała, była ich listonoszem.
Po skończeniu podstawówki (zarówno niemiecka jak i polska mieściły się w tym samym miejscu, tam gdzie obecnie) Franciszek Wolter pojechał do Chojnic. Pociągiem to rzut beretem, a jego pociągają liczby.
Tam było technikum rachunkowości rolnej, a na świadectwie mam finanse przedsiębiorstw przemysłowych
– opowiada, nie przerywając konsumpcji francuskich ciastek posypanych cukrem. Po pierwszym roku lipczanin chciał rzucić naukę, by pomóc matce w zarabianiu na życie, ale dyrektor mu nie pozwolił.
Poszedłem po dokumenty, ale on mi ich nie dał. Mówił, że średnie wykształcenie za parę lat nie będzie miało żadnego znaczenia
– to pogląd z połowy lat 50–tych XX wieku.
Dyrektor dobry był, jak ojciec.
Po szkole pan Franciszek od razu rzucił się w wir pracy. Znalazł ją w lipkowskim geesie. Został bufetowym.
Knajpa mieściła się naprzeciwko ośrodka kultury. Sprzedawałem tam alkohol i nosiłem jedzenie z kuchni do stołówki. Byli tam stali bywalcy
– o personach ówczesnego życia rozrywkowego opowiadać jednak nie chce. Za to chętnie dzieli się wspomnieniem o inspektorze z Sanepidu. Kontroler regularnie uprzykrzał firmie życie.
Aż raz kierownik Heniek Byzdra napoił go alkoholem tak, że ten zwymiotował. Posprzątałem i obiecałem, że nikomu o tym nie powiem. Od tego czasu miałem spokój – przychodził do nas, ale już nie kontrolował
Reklama
– na twarzy byłego bankowca pojawia się delikatny uśmiech. Szybko jednak znika. Za to do pokoju mieszczącego się nad Bankiem Spółdzielczym w Lipce wchodzi żona pana Franciszka. Prosi o jakieś upoważnienie. Do rozmowy z jej mężem.
Przez telefon to pełno naciągaczy
– tłumaczy pani Teresa. Państwo Wolter poznali się na poczcie, gdzie pracowała kobieta. Wróciła do Lipki ze Szczecina ze względu na gospodarkę i brata.
On to był taki wielki działacz. Jak tylko usłyszał syrenę strażacką, to wszystko rzucał, konia w polu zostawiał i wio do straży
Reklama
– mówi pan Franciszek.
To musiała wrócić, żeby gospodarki dopilnować
– dodaje. W tym czasie jego żona ogląda legitymację prasową.
O, dziennikarz, tak powinno być
– rzuca i wychodzi do sklepu po mleko. A F. Wolter idzie do wojska. Do Mrągowa. Służbę przygotowawczą pamięta jako okres głodu.
Jeden dowódca mówił „siad i jeść”, a drugi „wstawać, wyjść”. Oni się najedli, a my głodni. Tyle co udało się kawałek chleba do kieszeni wcisnąć
– w ustach znika kolejne ciastko. Za chwilę zostaną tylko te z galaretką, oblane czekoladą. Na Mazurach wojskiem dowodził Rosjanin, nasz bohater zapamiętał go z dwóch rzeczy: nakrycia głowy i języka.
Czolem żolnierze, mówił. I miał czapkę z takim daszkiem, że jak zza drzewa wychodził, to najpierw był daszek, daszek, a później on
– 80–latek znowu ledwie się uśmiecha. Twarz ma pokerową, niczym prawdziwy bankier. Do banku zaraz dojdziemy.
Teraz czas pochwalić pana Franciszka.
Kto miał dobre wyniki w wyszkoleniu, mógł sobie wybrać jednostkę, do której chce iść. Wybrałem Bydgoszcz, żeby bliżej domu. Tam już było bardzo dobre wyżywienie
– opowiada lipczanin. W wojsku nauczył się alfabetu Morse’a.
Ti ti ta, ti ti ta
– naśladuje dźwięk przesyłanych wiadomości. Podobno przełożeni chcieli, by został służyć Polsce Ludowej, a przecież mało brakował, by w kamasze w ogóle nie poszedł.
Na badaniach prześwietlili mnie z medalikiem na piersi i stwierdzili, że mam dziurę w płucach
– twierdzi.
W cywilu we Franciszku Wolterze odżyła miłość do liczenia. Został księgowym.
Bank był przy drodze na dworzec, w rozlewni piwa. U góry były nasze biura, na które wszyscy mówili geesowska kasa. Później kupiliśmy ten budynek, w którym bank jest do dzisiaj, od prywatnego. Tylko że kilka pokoi było wykończonych, a reszta w stanie surowym
– staruszek wspomina początek lat 60–tych. To dziwny czas w bankowości. Przynajmniej w Lipice. Kierownikiem banku był kowal Eugeniusz Rozmus.
Pokazywał mi, jak się ze sztaby robi podkowy. To był prawdziwy kowal
– podkreśla nasz rozmówca.
Miał tu księgowych, to się nie musiał znać
– dodaje. Tyle że ów księgowy szybko zniknął.
Miał coś na sumieniu, bo kogoś zakatrupili, ale tam gdzieś w Polsce. Tutaj był księgowym po cichu, ale wyjechał na stałe do Stanów Zjednoczonych
– pan Franciszek zajął jego miejsce. Oprócz kierownika i księgowego obsługę stanowiła jeszcze osoba wypłacająca i przyjmująca pieniądze w okienku.
Kasjerem swego czasu był organista Stanisław Mikrut. Jak miał coś w kościele, to ja za niego wypłacałem
– to lokator mieszkania nad bankiem pamięta doskonale. Tak samo jak czas, gdy został szefem banku w Lipce.
Kowal poszedł na emeryturę. Chyba przez tę spółkę, którą miał z jednym rolnikiem, w banku był dług. Ja sobie z tym długiem poradziłem, bo gdy ktoś chciał tego rolnika gospodarstwo przejąć, to powiedziałem, że tylko jeśli dług spłaci. I tak było
– sukcesy prywatne i zawodowe F. Wolter pamięta jakoś tak najlepiej.
Szefem zostałem jak miałem chyba 24 lata. A jak! Maturę miałem i księgowość miałem w jednym palcu. Jak ten co do Ameryki wyjechał. Nic mi nie musiał tłumaczyć…
A potknięcia? Raz tylko ktoś próbował obrobić kasę, która znajdowała się w Łąkiem.
A przy kasie było pokrętło, czymś dookoła rowek zrobił, aż w końcu łomem kółko podważył, a ono było tak zrobione, że zaraz się ułamało. Może i go złapali
– próbuje sobie przypomnieć, ale jego mózg jakby wymazywał złe wspomnienia. Jakby nie było w nim miejsca na porażki. Bank pod jego przewodnictwem funkcjonował znakomicie. Bez strat i pomyłek. – Żeby nie bank to rolnicy by tu splajtowali. Bank zawsze ich ratował – udzielał kredytów, później ściągał i znowu udzielał… – F. Wolter przez lata był też prezesem zarządu instytucji finansowej. W tym kilkuosobowym gronie miał najwięcej do powiedzenia.
Członkowie byli spoza banku, ale ja wiedziałem, czy dać, czy nie dać komuś pożyczki
– zapewnia.
I choć od lat jest już na emeryturze, to jakby nadal czuwał nad Bankiem Spółdzielczym w Lipce. Z wysokości balkonu lustruje jego klientów. Ciekawe, czy w duchu odpowiada sobie na pytanie: dać czy nie dać?[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Pan Franciszek wspaniały człowiek.
Pan Franciszek wspaniały człowiek.