Pan Zbigniew najpierw stracił pracę, później rodzinę, a na końcu dach nad głową. Przez 12 lat nie miał domu, przez 9 mieszkał w złotowskiej noclegowni. Dziś, schorowany i samotny, ze wzrokiem utkwionym w ekran telewizora marzy o poznawaniu świata
Dyskiem o fotel
Pan Zbigniew, rocznik 1953, to postawny mężczyzna o silnych dłoniach i łagodnych rysach twarzy. Jego swoistą dobrotliwość oblicza raz po raz łamie grymas bólu. – Człowiek ma zwyrodnienie kręgosłupa, dwa dyski wysunięte – mówi o sobie rodowity złotowianin, z trudem obracając się w głębokim, brązowo-beżowym fotelu. Twarz przeszywa mu kolejny grymas. - Bez tabletki nie idzie ani nic zrobić, ani się schylić, nic – pokryta ciemnym włosami ręka mężczyzny przesuwa się wzdłuż kręgosłupa. - Brałem diclo, potem ketonal, teraz od 2 lat biorę 150 poltramu retardu, ale też coraz słabiej działa.
To już jest bardzo silny lek, częściowo na narkotykach chyba – po minie mężczyzny widać, że 59-letni organizm przyzwyczaił się do przyjmowanej dawki specyfiku. Ulżyć w bólu mogłaby mu operacja kręgosłupa, ale tej pan Zbigniew się boi. - Bo to strach. Nie wiadomo, czy się uda, czy nie. Jak by się nie udało, to bym wylądował na wózku, a tak to chociaż się ruszam... Listę jego chorób dopełnia dna moczanowa. – To jest za wysoki poziom kwasu moczowego we krwi, tego też się nie da wyleczyć. Do końca życia muszę brać tabletki – mieszkaniec Złotowa codziennie przyjmuje zaleconą porcję milutardu.
Codziennie też rozmyśla nad własnym życiem. Dlaczego rozpadła się jego rodzina? Po co los „obdarzył” go bezdomnością?
Flaszka na dwóch, dwie na trzech
W wieku 22 lat pan Zbigniew rozpoczął pracę w Spółdzielni Transportu Wiejskiego w Złotowie. Przez kilka lat był konwojentem – rozwoził towar po wiejskich sklepach, potem pracował w dziale kadr i płac. Przyznaje, że w tamtym czasie zawarł ściślejszą „znajomość” z mocniejszymi trunkami. - Alkohol był na kartki, ale człowiek był konwojentem i miał dostęp do tego towaru. A to kolega wziął, a to ja i po pracy się wypiło. Piwo też, ale przeważnie wódkę. Wypiło się pół litra we dwóch albo jak trzech było, to już trzeba było litra wypić. I tak od czasu do czasu się popijało. Po pracy zjeżdżało się na bazę, brało się alkohol i jak była pogoda, to się szło nad jezioro czy gdzieś i już – mężczyzna spuszcza okraszoną siwymi włosami głowę. - Ja wiem, czy miałem problem z alkoholem? Wypiłem od czasu do czasu... A że okazja do wypicia zawsze się znajdzie... – Zaczął mi alkohol smakować, o kłopotach trochę się zapominało – barczysty złotowianin odwraca wzrok w kierunku okna. Być może to spojrzenie utkwione w dal przywołuje wspomnienia, a może po prostu nasz rozmówca chce się usprawiedliwić. - W domu rodziców alkoholu nie było wcale. Ojciec w ogóle nie pił, nie palił, matka to samo. Jak było jakieś święto, to było pół litra dla wszystkich gości – wypili po kieliszku i to wszystko – wysłużony fotel skrzypi pod niespokojnym ruchem. – Mój najstarszy brat nigdy w życiu nie pił i nie palił. Średni i palił, i wypił od czasu do czasu. Ja też popijałem, ale u mnie nie było patologii w rodzinie.
Dla dziecka wszystko
W 1975 roku pan Zbigniew założył rodzinę, w następnym roku miał już syna, a po kolejnych dwóch latach urodziła mu się córka. Mężczyzna pracował, cieszył się rodziną i czekał na przydział mieszkania. - Wtedy trzeba było długo czekać, mimo że się cały wkład wpłaciło od razu. Po 10 latach, w październiku 1985 roku zamieszkaliśmy w bloku – kontynuuje. Kłopoty zaczęły się w 1994 roku, kiedy rozwiódł się z żoną, jednak rodzina nadal mieszkała pod jednym dachem. - Alkohol może też był częściowo przyczyną rozwodu, ale jak się dwoje upartych ludzi spotkało, to tak się skończyło. Ja miałem 1 pokój, była żona z dwójką dzieci 2 pokoje – mówi pan Zbigniew, zaznaczając, że rozwód odbył się bez orzekania o winie. Dwa lata później padł zakład, w którym mężczyzna przepracował 21 lat.
Chwilę później okazało się, że mieszkanie jego i byłej żony jest zadłużone. - Ja dawałem jej pieniążki na opłatę czynszu i ona miała opłacać. Potem, po 3 czy 4 latach okazało się, że ona w ogóle nie płaciła. Narosło zadłużenie około 5 tys. zł. I trzeba było coś robić, bo mieszkanie zabiorą, a dług i tak trzeba będzie spłacić – grymas bólu na twarzy 59-latka wywołuje nie tylko wspomnienie sprzed blisko 14 lat. W międzyczasie była żona naszego rozmówcy się wyprowadziła, a synowi urodziło się dziecko. Bezrobotny mężczyzna musiał podjąć jakąś decyzję. - Syn ze swoją dziewczyną miał okazję zamienić się na mniejsze mieszkanie z kimś, kto pokryje to zadłużenie. Powiedziałem: dobra, wy jesteście młodzi, to tam zostańcie, a ja jakoś sobie poradzę – grube palce przeczesują równo przystrzyżonego siwego wąsa. - Oni poszli na mniejsze mieszkanie, na dwa pokoje, a ja opuściłem to mieszkanie i się trochę tułałem...
Człowiek sięgnął bruku
Przez krótki okres pan Zbigniew mieszkał u kolegi, dłuższy przystanek zaliczył na podłodze w mieszkaniu rodziców. Była jesień 1998 roku. - W 1999 roku, w marcu tata umarł i zostałem tam z mamą. W 2000 roku, w sierpniu, umarła mama – po śmierci rodziców okazało się, że mieszkanie należy do brata naszego rozmówcy. - Po roku brat powiedział, że muszę opuścić mieszkanie, bo jego córka z dwójką dzieci jest w trudnej sytuacji mieszkaniowej i muszą się tam wprowadzić – człowiek bez pracy, bez środków do życia, z podręcznym bagażem w dłoni wyszedł na ulicę, która miała być teraz jego domem. - Przykro mi było, ale trzeba było jakoś żyć. Trudno, tak wyszło w życiu i nie można się poddać – silne dłonie mężczyzny zaciskają się na poręczach fotela. Złotowianin nie wiedział, co robić, ale był pewien, że nie chce mieszkać na ulicy i grzebać w śmieciach. Wybrał noclegownię. - Gdzie miałem iść? Pod most? Lepiej tam iść niż się tułać po śmietnikach, spać po piwnicach brudny i śmierdzący. Są tacy, którzy tak robią, bo wolą wypić niż iść do noclegowni – twierdzi człowiek, którego pierwsze wspomnienie związane z budynkiem przy ulicy 8 marca najlepsze nie jest.
Odpychający odór
- Jak się wchodziło to odór aż odrzucał – 59-latek wspomina 1 czerwca 2001 roku. - Teraz to tam jest ładnie, ale wtedy to wyglądało nieciekawie. No była łazienka, wszystko było, ale takie stare, odrapane. Po remoncie to teraz wygląda dużo lepiej – zauważa masujący bolący kręgosłup mężczyzna. Jedno się jednak nie zmieniło – ludzie. - To jest zbiorowisko różnego typu ludzi i każdy chce po swojemu rządzić. Pod koniec mojego pobytu już nerwowo nie wytrzymywałem. Człowiek dbał o to, żeby tam było czysto, żeby sam był czysty i nie chciał wąchać czyichś smrodów – pan Zbigniew poprawia pasiastą flanelową koszulę. - Jak człowiek zwracał uwagę, to tamten pyskował, do bicia się brał, to się człowiekowi nie chciało nic mówić, a mają przecież ludzie warunki odpowiednie, ciepłą wodę i żeby nie pójść się wykąpać? – mieszkaniec noclegowni do dziś nie może zrozumieć swoich współlokatorów. - Wolał taki śmierdzieć jak cap, a inny musiał to wąchać. To by nie wkurzało? – pyta retorycznie.
Poza brakiem higieny w noclegowni dochodzić miało także do kradzieży i rękoczynów. Zdaniem pana Zbigniewa bezdomni sami pracują na złe zdanie o nich. - Jeżeli bezdomny nikomu nie wchodzi w paradę, to ludzie ich tolerują. Ale jak są niektórzy natrętni i chodzą po mieszkaniach, to ludzie psioczą na nich. Mnie też by się nie podobało, gdyby ktoś co chwilę walił do drzwi i wołał: daj mi coś, bo jestem głodny. A jak dostanie kawałek chleba, to się będzie wkurzał, bo on chciał pieniądze. A pieniądze na co? Przecież nie na chleb. A potem jeszcze chodzi po trochę wody, bo musi denaturat rozcieńczyć – w ciągu lat spędzonych w noclegowni mężczyzna miał okazję dobrze poznać to środowisko. - Niech żyją między ludźmi, ale trzeba być na jakimś poziomie. Tym bardziej powinien o siebie zadbać, chociaż jest bezdomny. Trudno, każdego może spotkać coś takiego w życiu. Ale nie żeby chodzić jak łajza i śmierdzieć. Ja nigdy się nikomu nie narzucałem. Nie dawałem ludziom powodu, żeby mnie uważali za jakiegoś wyrzutka – twierdzi człowiek, który w budynku zarządzanym przez Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Złotowie spędził ponad 9 lat – był w nim do listopada 2010 roku.
Świat w 18 m²
Jesienią 2010 roku złotowianin przeniósł się do mieszkania socjalnego, które przyznało mu miasto Złotów. Mógł zamieszkać w nim wcześniej, ale nie chciał wprowadzić się do zaproponowanej mu „nory”. - Drzwi na śruby były poskręcane, zlewu nie było, a grzyb na ścianach taki – mężczyzna na dwa centymetry rozchyla palce prawej dłoni. W 18-metrowym pokoju zamieszkał po jego kapitalnym remoncie. Do dyspozycji ma zlew i kilka szafek podarowanych przez kolegę. Wyposażenia dopełnia niska ława, mały telewizor, wysłużony wypoczynek i głęboki fotel. System grzewczy stanowi piec kaflowy. Ubikację jest na korytarzu niższej kondygnacji. - Tutaj mam miskę do mycia, ale codziennie się myję. A rowerem jadę raz lub dwa razy tygodniu do noclegowni się wykąpać. Mam pozwolenie od kierownika. Pralka tam jest, to jadę też tam rzeczy wyprać – ubranie byłego pracownika STW zdecydowanie potwierdza jego słowa. – Dobrze się tu żyje. Sam dla siebie tu jestem. Brat od czasu do czasu wpadnie, takie towarzystwo, które alkoholu nie pije, bo odór samego alkoholu mnie odrzuca, drażni mnie – nasz rozmówca zapewnia, że alkoholu w ustach nie miał od 6 lat.
440 i 4
Pan Zbigniew od 16 lat nie ma stałej pracy. Trochę popracował interwencyjnie, przez pewien czas zajmował się podpisywaniem z mieszkańcami powiatu umów energetycznych. Wszystkiego zebrało się może 22,5 roku pracy. Do emerytury za mało. - Jakoś człowiek sobie radził. Później z opieki się dostawało zapomogę – początkowo 50 zł, później 80. Teraz chyba dostają po 200 złotych zapomogi – pan Zbigniew jednak od 2005 roku ma stałą rentę w wysokości 444 zł. To niewiele. - Opłaty się porobi (około 200 zł), leki się wykupi i na życie prawie nic nie zostaje – złotowianin wymownie patrzy na stojącą w kącie pokoju małą lodówkę, wątku jednak nie gubi. - Jak komuś człowiek pomoże, to parę groszy wpadnie, trochę brat pomoże i jakoś się to ciągnie – mówi wciąż w trzeciej osobie. – Najważniejsze to opłacać wszystko, żeby nie mieć długów, to jest najważniejsze – zaznacza, wstając z fotela, w którym spędził pół godziny. – Trzeba zmienić pozycję, pochodzić trochę, to mniej boli...
Poza nawiasem
Bólu po zmarnowanym życiu pozbyć się dużo trudniej. – Pewnie, że żałuję, że tak się kiepsko to potoczyło. Szkoda rodziny, że się rozwaliło wszystko. Człowiek jakby drugi raz od nowa zaczynał, to może by to inaczej wyszło, może człowiek by tym inaczej pokierował... – w zmęczonych oczach mężczyzny widać cień żalu. Nie przelewa go jednak na innych. Każdy jest kowalem własnego losu i dlatego każdego może spotkać to, co pana Zbigniewa. - Noga się komuś powinie, źle pokieruje życiem i może kiepsko na tym wyjść. Mnie się akurat nie udało w życiu... - głos siwiejącego 59-latka nagle się urywa. Nie zamierza jednakże wstydzić się tego, że przez kilkanaście lat nie miał domu. - A czego tu się wstydzić? Co innego, jakbym był elementem aspołecznym, gdzieś się szlajał po brukach. Wtedy człowiek mógłby się wstydzić. Są tacy, co wyglądają jak luje jeden z drugim. A ja się nie wstydzę, wyszło jak wyszło. Nigdy nikomu nie zaszkodziłem, po więzieniach się nie czołgałem, z policją nie miałem do czynienia i nie chcę mieć. Całe życie byłem uczciwy, a nie wszyscy dobrze wychodzą na tym – zauważa już zniecierpliwiony rencista.
Dzięki mieszkaniu socjalnemu pan Zbigniew dostał od życia drugą szansę i nie chciałby jej zmarnować. - Człowiek by chciał dużo rzeczy zrobić. Chciałby sobie wyjechać na jakąś wycieczkę dookoła świata, tylko skąd tu kasę mieć? Pozostało mi popatrzeć w telewizji jak pokazują zdjęcia różne, pejzaże – 59-latek wskazuje na stojący obok okna mały odbiornik i dodaje: - W totolotka gram, ale nie mogę wygrać. Nawet trójki nie mogę trafić. A wygrywają ludzie po 34 miliony. Nawet nie chciałbym tyle, tylko te 4 chociaż. Za to już by pożył...
Łukasz Opłatek
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze