W 1969 roku Henryk Klessa rozpoczął pracę taksówkarza. W Złotowie i jego okolicach woził ludzi przez trzydzieści siedem lat, chociaż jego wyuczony fach to instalator centralnego ogrzewania.
Pracowałem u ojca, w jego zakładzie
– w komisie przy Obrońców Warszawy, gdzie od lat prowadzą z małżonką komis „To i owo”, do teraz wisi jego dyplom czeladnika.
Ojciec ciągnął dalej, ja zrezygnowałem
– wspomina chwilę, gdy przesiadł się na taksówkę. Czarną wołgę, którą dostał zresztą od ojca.
Dał ją, ale co jego – musiałem oddać. Dlatego kupiłem mu później fiata
Reklama
– podkreśla moment rozliczenia. Małżonka z sentymentem wspomina wołgę.
Piękna była. Czarna, z tymi chromami
– uśmiecha się Anna Klessa, z domu Gappa. To również rodzona złotowianka.
Później miałem też warszawę, mercedesa „puchatka”, trochę było tych aut. To były czasy, gdy w Złotowie jeździło ponad czterdziestu taksówkarzy
– Henryk Klessa unosi wskazujący palec.
Pamiętam, jak Henryk Cherek nagrywał nas ze swoich okien kamerą, gdy staliśmy na postoju na Paderewskiego. Albo grał nam w oknie na akordeonie. To były piękne czasy. Zawsze powtarzam i zdania nie zmienię: to była Ameryka. I finansowo, i tak zwyczajnie, po ludzku
Reklama
– mówi Henryk Klessa. Jego najmłodsza siostra wyjechała wraz z całą falą do Niemiec. On też mógł, ma w końcu niemieckie nazwisko.
Teściowa to Niemka przecież
– wtrąca małżonka.
Nie wyjechałem, bo dobrze mi tutaj było. Jedynie do pracy pojechałem na trzy miesiące. Przez ten czas zarobiłem sześć tysięcy marek
– pociera palce. Jak zarabiał w Rajchu?
Przez pierwszy miesiąc jako gitarzysta
– śmieje się, wykonując gest machania łopatą.
Później jeździłem wywrotką. To było chyba w 1981 roku… Tak, to był ten rok, w którym postrzelili papieża
Reklama
– upewnia się w datach.
Wtedy można było wyjechać tylko na zaproszenie, bez tego nie było wizy. Gdybyśmy wyjechali na stałe, Heniu miał już nawet załatwioną robotę, miał jeździć osiedlowym autobusem
– mówi Anna Klessa.
Jedynkę mam przecież
– mąż mówi o szerokich uprawnieniach do prowadzenia pojazdów.
Komuna robiła ten błąd, że ludziom paszportów nie dawała. Jakby ludzie mieli wtedy paszporty, wielu wcale by nie uciekło. Pojechaliby, zarobiliby pieniądze i wróciliby do Polski. To był jedyny feler za komuny. A tak to nie było źle
Reklama
– poza problemami z paszportami Henryk Klessa dobrze wspomina tamte realia. Choć są zgodni z żoną, że mogą żałować tego, iż najlepszy czas ich zawodowej aktywności nie przypadł na lata kapitalizmu.
Odnaleźlibyśmy się w tym. Zawsze ciężko harowaliśmy. Heniu, jak jeździł na taksówce, nie pracował osiem, ale piętnaście godzin. W dni robocze, w weekendy. Bo dużo robił też dodatkowych rzeczy. Wszystko umiał
– mówi Anna Klessa.
Samochody się ściągało, naprawiało. Nawet silniki się przywoziło. Diesle do polonezów wstawialiśmy. Sam silniki robiłem, żeby do skrzyni biegów pasowały. Bo z samej taksówki ciężko było przeżyć
Reklama
– potwierdza posiwiały mężczyzna w okularach z przyciemnionymi szkłami.
Jak w PGR–ach były wypłaty, wszyscy jeździli taksówkami. Kobiety się składały i było na przejazd. Gdy zlikwidowali gospodarstwa, tak zaraz taksówki siadły. To był ten największy taksówkarski krach w Złotowie. Zrezygnowałem, jak wprowadzili kasy fiskalne
– dodaje.
Na swoje – Anna Klessa najpierw pracowała jako magazynier w Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej. W 1973 roku porzuciła pracę i do 1987 nie była aktywna zawodowo...
Wszystkich przetrwaliśmy – Rozwijanie działalności przyszło nam w czasach gospodarczo trudnych, ale nie narzekaliśmy – Klessowie przyznają, że biedy nigdy nie klepali...
Weekendowa harówa – Rytm ich życia na lata wyznaczyły przejazdy między Polską a Niemcami. – Hannover, Braunschweig, Wolfsburg – Henryk Klessa wylicza miasta, w których
Złote czasy minęły – Pojemność auta była ograniczona. – Braliśmy tylko to, co wiedziałam, że sprzedam – mówi Anna Klessa. Każdy wyjazd miał też ograniczony budżet...
Kryształy wracają – Nikt nie uczył Klessów handlu w komisie, nikt nie podpowiadał, co ma jaką wartość. W zakupach pomagało im jedynie własne doświadczenie. Zdają sobie sprawę, że...
Nie samolot to kamper – Wspólny handel na lata określił sposób życia małżeństwa, które coraz częściej i coraz poważniej myśli o emeryturze. – Siedemdziesiątka coraz bliżej, dlatego...
Subskrybuj i czytaj wszystkie artykuły bez ograniczeń[[pay]]
Anna Klessa najpierw pracowała jako magazynier w Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej. W 1973 roku porzuciła pracę i do 1987 nie była aktywna zawodowo.
To był czas wychowywania dzieci. Sama się zwolniłam, dzięki temu Heniu, jako jedyny żywiciel rodziny, nie poszedł do wojska. Gdy się zwalniałam, byłam już w ciąży
Reklama
– opowiada. Po powrocie do pracy zatrudnienie znalazła w sklepie ogólnobranżowym Rzemieślniczego Domu Towarowego (z siedzibą w Poznaniu), jaki mieścił się w budynku Cechu.
Później pracowałam w drugim sklepie RDT Poznań, motoryzacyjnym, przy ulicy Wojska Polskiego, który 1 kwietnia 1991 roku odkupiłam z całym towarem i poszerzyłam o komis
– wspomina moment, gdy ruszył jej prywatny biznes. Od początku do chwili obecnej to Anna jest właścicielką interesu.
Na początku się w to nie angażowałem, miałem swoją pracę i jeździłem jeszcze na taksówce. Gdy uderzyliśmy w komis na dobre, nie nadążałem zwozić towarów
Reklama
– wspomina tamten czas Henryk Klessa. Dlatego w 2000 roku, definitywnie rezygnując z motoryzacyjnego, małżeństwo kupiło zdecydowanie większy lokal przy Obrońców Warszawy, w całości przeznaczając go na komis.
Rozwijanie działalności przyszło nam w czasach gospodarczo trudnych, ale nie narzekaliśmy
– Klessowie przyznają, że biedy nigdy nie klepali.
Ciężko pracowaliśmy i nie patrzeliśmy, żeby leciało nam z nieba
– mówi Anna Klessa.
Kredytów też nigdy nie braliśmy
– dodaje mąż.
Sama przerabiałam i szyłam ubrania dla dzieci, robiłam na drutach, wyszywałam, a nie że poszłam sobie kupić coś do sklepu.
ReklamaZa to często chodziliśmy na dancingi „Pod jeleniem”. Mama czy babcia pilnowały dzieciaków, a my na zabawę. Nie tak jak dzisiaj, że nie masz gdzie pójść się pobawić, a jak nawet się wybierzesz, to od razu się tłuką. Cherek grał, Grabek grał, Parys... To były dancingi!
– opowiada pan Henryk.
Tamte lata to jednak przede wszystkim praca. Przez ostatnie dekady Klessowie mieli sporo konkurencji. Czasami funkcjonowały dłużej, inne trwały krócej, małżeństwa nikt jednak z tego interesu nie wykosił.
Wszystkich przetrwaliśmy
– przyznają. Znaleźć można było u nich wszystko. Od drobiazgów po duże, zabytkowe meble.
Gdy w Złotowie nie było jeszcze lumpeksów, żona już sprzedawała u nas rzeczy
– mówi pan Henryk.
Już wtedy można było tutaj kupić nawet firmowe buty
– potwierdza małżonka.
Rytm ich życia na lata wyznaczyły przejazdy między Polską a Niemcami.
Hannover, Braunschweig, Wolfsburg
– Henryk Klessa wylicza miasta, w których małżeństwo regularnie, do teraz, choć obecnie znacznie rzadziej, odwiedza flomarki.
Tam mają jedne z największych. Stąd te miasta
– wyjaśnia.
W piątek stawialiśmy sprzedawczynię za ladę, a my w trasę. Wracaliśmy w niedzielę. Spaliśmy w samochodzie, nie w żadnych hotelach
– podkreśla.
Po przyjeździe w piątek przez kilka godzin trzeba było odespać podróż, a w sobotę od wczesnych godzin rannych, prawie jeszcze nocnych, kupowaliśmy. Z soboty na niedzielę była kolejna nocka w samochodzie. W niedzielę rano znowu jechaliśmy kupować i wieczorem wracaliśmy do Polski
– pan Henryk opisuje weekendowy rytm. W ostatnich latach wyjazdów jest zdecydowanie mniej, ale w złotych czasach Klessowie jeździli do Niemiec dwa razy w miesiącu.
Pojemność auta była ograniczona. Braliśmy tylko to, co wiedziałam, że sprzedam
– mówi Anna Klessa. Każdy wyjazd miał też ograniczony budżet.
Żeby kupić trochę rzeczy te tysiąc euro trzeba było przy sobie mieć
– przyznaje.
Perełki też zdarzało nam się kupić. Pamiętam lampę witrażową Tiffany, oryginalną, wyprodukowaną w USA
– pani Anna pokazuje na inną, podobną, stojącą na wystawie.
Po wielu latach wspólnego handlu przyznają, że niemiecki rynek jest wydrenowany.
Poumierali już starzy ludzie, którzy mieli coś w domach. Przez lata wszystko posprzedawali, teraz ktoś może jedynie chcieć na tym zarobić i wszystko, co faktycznie wartościowe, jest dużo droższe
– oceniają.
Jednocześnie jest coraz mniej ciekawych rzeczy. Zwłaszcza tych naprawdę wartościowych, a coraz więcej bubli. A to co godne uwagi znacznie więcej kosztuje. Nie biorę takich rzeczy, bo w Złotowie raczej nie znajdę klientów
– Anna Klessa przyznaje, że nawet w tak niewielkim mieście można jednak sprzedać rzeczy za ponad tysiąc złotych. Zagraniczna konkurencja też jest w Niemczech coraz silniejsza. – Wchodzi Wschód: Litwini, Białorusini, a za chwilę Ukraińcy. Poza tym jest też coraz więcej niemieckich handlarzy, którzy kupują tak jak my, przenoszą do swojego stanowiska i też sprzedają.
Nikt nie uczył Klessów handlu w komisie, nikt nie podpowiadał, co ma jaką wartość. W zakupach pomagało im jedynie własne doświadczenie. Zdają sobie sprawę, że jest całkiem możliwym, iż mieli cenne przedmioty, które sprzedawali za niewielkie pieniądze.
Przyjechał kiedyś mężczyzna, chciał filiżanki. Miałam po 35 czy 40 zł za zestaw, były porcelanowe. Gdy dał do zrozumienia, że to chyba pomyłka, że są cenniejsze, poprosiłam otwarcie, żeby powiedział, jak jest rzeczywiście. Zapewniłam, że sprzedam po wystawionej cenie. Przyznał, że gdzieś w Warszawie zaledwie dwie sztuki poszły za 250 zł
– Anna Klessa wspomina sytuację sprzed kilku lat.
Z ryzykiem handlowym trzeba się liczyć
– stwierdza jej mąż. Nigdy nie zlecali nikomu żadnej fachowej wyceny.
Kupowaliśmy, dodawaliśmy marżę i rzecz trafiała na półkę. Nawet gdyby, to jest jednak Złotów. Zawsze trzeba było dostosowywać cenę do możliwości tutejszych klientów. Choć przyjezdni też oczywiście są. Jeżdżą, szukają, są gotowi płacić duże pieniądze
– przyznaje Anna Klessa. Potwierdza, że profil klienta z czasem się zmienia. Widać to chociażby w podejściu do kryształów czy porcelany.
Dzisiaj młodzi ludzie inaczej patrzą na te rzeczy. Kiedyś domy były nimi przepełnione, ale one jedynie stały. Teraz rzeczywiście ich się używa.
Wspólny handel na lata określił sposób życia małżeństwa, które coraz częściej i coraz poważniej myśli o emeryturze.
Siedemdziesiątka coraz bliżej, dlatego chcemy to zakończyć
– zgodnie stwierdzają.
Jeśli będzie okazja, nawet w tym roku
– Henryk Klessa przyznaje, że puszcza już w miasto informacje o chęci sprzedaży lokalu przy Obrońców Warszawy. Zresztą podczas naszej rozmowy w komisie pojawia się mężczyzna dopytujący o transakcję.
Jestem po operacji kolana
– pani Anna wyjaśnia przyczynę poruszania się o kulach.
Mnie już dwa razy kręgosłup operowali. Człowiek się jednak nadźwigał przez te lata
– dodaje mąż.
Chcemy podróżować, choć będzie pewnie kłopot, bo Heniu boi się latać samolotami. Poza tym on nie jest taki rozrywkowy. Woli siedzieć w domu
– mówi żona.
Kupię kampera. Będziemy jeździć
– w szybkiej odpowiedzi deklaruje mąż. Tak czy inaczej…
Chcemy wreszcie odpoczywać. Choć coś tam pewnie będziemy robić, bo tak całkiem bez pracy to chyba się nie da...
[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
To prawda Heniu dużo pracował szczególnie na postoju, a wołga miała powodzenie
To prawda Heniu dużo pracował szczególnie na postoju, a wołga miała powodzenie