Reklama

Boże, ratuj! - rozmowa z M. Gniotem o pożarze z 8 maja

11/06/2018 18:00
Co czuł Mieczysław Gniot, widząc zbliżający się ogień? Jak ratował swój zakład?

Jak dowiedział się Pan o pożarze, który wybuchł 8 maja?

Mieszkam niedaleko, zobaczyłem chmurę dymu nad naszym zakładem. W pierwszej chwili pomyślałem, że to u nas się pali i mocniej zabiło mi serce.

Na miejscu okazało się, że to u sąsiada, Andrzeja Chałubka.

Poczułem ulgę, że to za płotem, a po chwili przestraszyłem się, że zaraz my zaczniemy się palić. To jednak było bardzo blisko.

Co tu się działo?

Zwykle pracujemy na jedną zmianę, ale wyjątkowo tego dnia część ludzi została na drugą w hali bocznej. Gdy zobaczyli dym, podlecieli patrzeć, co się dzieje. Gdy byłem na miejscu złapaliśmy za gaśnice i weszliśmy na halę główną, za oknami której się paliło. Od temperatury zaczęły pękać szyby, wtedy zrobiło mi się ciepło koło serca. Lada moment nasze drewno się zajmie!

Reklama

Użyliście tych gaśnic?

Nie było sensu. Mieliśmy je i wężyk z wodą w razie przedostania się ognia do nas. Takie małe, miejscowe ognisko byśmy zagasili, ale nie coś takiego... Wtedy zawołaliśmy strażaków, żeby podjechali na nasz zakład, żeby go bronili. I z naszych okien oni gasili materiały zgromadzone za płotem, u Andrzeja. Wtedy okazało się, że od tej temperatury coś już się zaczęło dziać na naszym dachu. Folia izolacyjna zaczęła się topić i palić. Strażacy zaczęli polewać dach, więc szybko zrobiło się u nas jezioro.

To wy wzywaliście straż?


Pozostało jeszcze 86% tekstu
Zaloguj się i zostań stałym Czytelnikiem

[[pay]]

Reklama

Strażacy już działali u Andrzeja, tylko że zajmowali się tylko tym dużym ogniem na hali mebli tapicerowanych, a nikt nie polewał naszego dachu, żeby go schłodzić. Namiot, który płonął między nami był w pierwszym momencie zostawiony sam sobie, a od niego groziło niebezpieczeństwo dla naszego zakładu. W tym namiocie paliły się pianki, materiały do produkcji – coś, co intensywnie się spala i daje wysoką temperaturę.

Musieliście być mocno wystraszeni...

Byliśmy w strachu, że zaraz się sfajczymy. Jakieś krzyki były, ale mózg tego nie notuje. Pamiętam, że nasi ludzie byli bardzo zaangażowani w ratowanie swoich miejsc pracy. Zabrali materiał produkcyjny spod ściany, podnosili strażaków na widlakach, żeby ci mogli z wodą dojść do poddasza.

Reklama

W hali sąsiadującej z zakładem produkującym meble było kilka kubików drewna.

To było drewno do bieżącej produkcji, sosna, która bardzo łatwo się zapala. Gdyby one się zapaliły, to poszedłby łańcuszek.

Patrzył Pan na wiatr? Był niewielki, ale jednak skierowany na Wasz zakład.

Wiało lekko na naszą halę, całe szczęście, że nie na zasiek z trocinami, bo tego nikt by nie uratował. A jak my byśmy się zapalili, to zapaliłby się i Bełka. A on ma magazyn z saletrą, z której robią bomby! Niedaleko jest też stacja benzynowa...Gdyby pożar ogarnął nasze drewno, to musiałoby być ewakuowane pół Zakrzewa. Szczęście od Boga, że to tylko tak się skończyło.

O tym Pan myślał, patrząc na rozwój wypadków? Blisko 30 lat Pańskiej pracy mogło pójść z dymem.

Szczerze mówiąc nic nie myślałem. Nie kalkulowałem strat. Myślałem: Boże, ratuj!

Reklama

Szalejący ogień, kłęby dymu, dziesiątki strażaków – to musiało być dla Pana jedno z najmocniejszych życiowych doświadczeń.

To nie był mój pierwszy pożar. Gdy miałem 10-11 lat widziałem, jak płonie stodoła u wujka. Drewniana, kryta strzechą. Słup dymu i ognia był podobny jak tutaj. Nie siedział mi jednak ten obraz jakoś mocno w pamięci, przypomniałem sobie o tym pod wpływem pańskiego pytania.
Powiem jednak, że ludzie nie zdają sobie sprawy, my zresztą też nie, jak toksyczne mogą być te pianki. Na szczęście dym szedł przy ziemi tylko po naszym terenie, a później się podnosił i nie powinien nikomu zagrozić. A widok był niesamowity, dlatego gapiów było pełno.

Oszacował Pan już straty?

U Andrzeja poszło około 2 mln zł, u nas mogło około 1 mln, gdyby ta hala stanęła w ogniu. A cały zakład to byłoby kilka milionów złotych. Po pożarze poczułem ulgę, zeszło ze mnie to ciśnienie, ale nie myślałem o pieniądzach.
Dopiero później stwierdziliśmy, że strat mamy na kilkadziesiąt tysięcy złotych. Zniszczony dach, sufit, bo strażacy dziurawili go bosakami, instalacja oświetleniowa jest do przejrzenia, szyby i może okna do wymiany. … Szacowanie szkód wciąż trwa.

Reklama

Jednak po dwóch dniach pracownicy znowu stanęli przy maszynach.

Najpierw, w dniu pożaru i w nocy, nasi pracownicy parami czuwali w zakładzie. Nigdy nie wiadomo przecież, czy nie pojawią się ukryte źródła pożaru. Strażacy pilnowali hali Andrzeja, u nas byli nasi ludzie. Następnego dnia, około 10:00, przekazano nam zakład, przyjechał behapowiec i sami oglądaliśmy straty. Cały dzień porządkowaliśmy halę, sprawdzaliśmy instalację i maszyny. Kolejnego dnia produkcja ruszyła - warunkowo, bo w 100% nikt nie był pewny, czy od temperatury konstrukcja hali nie ucierpiała.

W trakcie pożaru i po nim ludzie pytali, co się tam stało?

Znajomi z terenu dzwonili, bo myśleli, że to u nas się pali. Mówiłem, że na szczęście nie. Znajomi i dziś pytają: co tam u was? Odpowiadam krótko: nic, udało nam się. Wiem, że ludzie interesują się tym pożarem, ale nie pytają nas czy Andrzeja. Chodzą tylko plotki.

Reklama

Zastanawiał się Pan, co wywołało ten pożar?

W trakcie akcji gaśniczej nie myślałem o tym. Paliło się, i to mocno, i trzeba było z tym żywiołem walczyć. Potem zastanawiałem się, gdzie to się zaczęło. A zaczęło się na rogu, blisko naszej hali. Prawdopodobnie od młynka, choć inni mówią, że od linii energetycznej, bo ta „piętnastka”, która szła nad halami, pękła (może od temperatury, a może przed pożarem). Przyczynę ustalą strażacy i biegli.

Czego to zdarzenie Pana nauczyło?

Tego, że trzeba pilnować porządku. Co jakiś czas sprzątamy zakład, ale mija tydzień – dwa i ludzie znowu rzucają w różne miejsca różne rzeczy. Ludzie nie szanują swojego miejsca pracy.

Reklama

Myśli Pan o wyższym ubezpieczeniu zakładu?

Mamy takie, które nam wystarcza. Trzeba pamiętać, że to też są koszty. To nie jest tak, że mam wartość 10 mln zł, to na tyle ubezpieczam. Robię polisę może na 2 mln zł, bo składki są bardzo duże. Poza tym nie każdy chce ubezpieczać zakłady drzewne, bo one są mocno ryzykowne.

Rozmawiał Łukasz Opłatek[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości