- Wyrwałem dziecko z brudu i syfu - bez ogródek mówi Piotr Łaniucha, nie godząc się z decyzją sądu, który do czasu następnej rozprawy opiekę nad Rysiem powierzył matce chłopca
Piotr Łaniucha nie miał czasu być ojcem na pełen etat. Nie dlatego, że nie chciał. Zwyczajnie, po ludzku nie mógł. Zaraz kiedy jego synek się urodził, 4,5 roku temu, wałecki sąd odebrał mu prawa rodzicielskie. Powód? Półroczny pobyt w areszcie – kiedy Rysio przyszedł na świat, taty jeszcze nie było.
- Jak sąd mógł mu odebrać władzę, skoro on tej władzy nawet nie zaznał? Nie było podstaw prawnych - denerwuje się dziadek malca, pan Waldemar, który zresztą w zastępstwie syna wraz z małżonką wysłuchał tego wyroku. Wyroku, który swój byt miał tylko na papierze, bowiem w rzeczywistości pan Piotr przez cały czas pozostawał z chłopcem w kontakcie, jak mówi – bardzo dobrym zresztą.
- Jeździłem do niego do Jabłonkowa, zabierałem go tutaj – tłumaczy, mając na myśli rodzinny dom w Sypniewie. Rozpad więzi między nim a mamą Rysia nie przełożył się na relacje z malcem – przez pierwsze cztery lata życia chłopca jego tata regularnie się nim zajmował, sumiennie spełniał także obowiązek alimentacyjny.
[[reklama]]
Problemy miały się zacząć, kiedy była partnerka P. Łaniuchy w 2012 roku przeprowadziła się do Polkowic, aż w dolnośląskie. Wówczas pan Piotr zdecydował wystąpić do sądu z wnioskiem o przywrócenie mu praw rodzicielskich. W sierpniu odbyła się pierwsza rozprawa – w Lubinie, 320 km od Sypniewa.
Decyzja sądu, który wziął pod uwagę dotychczasowe relacje okazała się być dla mężczyzny pozytywna. Kiedy wyrok zapadł sprawy nie wyprostowały się jednak, a wręcz przeciwnie – skomplikowały. – Zaczęła utrudniać kontakty syna z wnukiem – mówi pan Waldemar, mając na myśli niedoszłą synową, która ułożyła sobie życie z innym mężczyzną. Wzburzony wspomina, że nie pozwalała mówić dziecku do pana Piotra „tato” - ten przywilej zyskał nowy partner kobiety. Prawdziwy tata został wujkiem. Role, za sprawą dziadków, odwróciły się dopiero kilka miesięcy później. [[nowa_strona]] Do Wielkanocy
Pan Piotr, napotykając trudności w kontaktowaniu się z synem, wystąpił do sądu w Lubinie, tego samego, który przywrócił mu władzę rodzicielską, o uregulowanie kontaktem z dzieckiem. Ten skierował młodych na mediacje. Mediator, z uwagi na sytuację życiową mamy Rysia, która potrzebowała czasu na uporządkowanie prywatnych spraw decyzją z 15 grudnia 2012 do Wielkanocy 2013 powierzył chłopca opiece pana Piotra. Mężczyzna odżył. I dowiedział się od syna zatrważających rzeczy.
- Że w domu jest zimno, że wujek z mamą siedzą przed telewizorem i piją piwo, że mama nie gotuje obiadów. Mały był zaniedbany – wylicza P. Łaniucha. - Dziecko nie umiało kółek rysować, trzymać w rączce ołówka, myć zębów – dodaje jego matka, pani Wiesława, dochodząc do kolejnego z punktów. - Odgryzając się za to, że syn wystąpił o przyznanie mu władzy rodzicielskiej zażądała wcześniej podwyższenia alimentów – przypomina się panu Waldemarowi. - Miało być na przedszkole – dodaje, pokazując uzasadnienie, w którym kobieta wskazuje na rosnące wraz z nim potrzeby dziecka i konieczność posłania go do przedszkola. Pan Piotr do Lubina pojechał i na podwyższenie alimentów – z 250 do 400 zł – przystał. - Skoro miało być na dziecko, to dlaczego miałbym odmówić? - pyta. - Dziecko nigdy do przedszkola nie poszło – streszcza dziadek malca. - Oszukała sąd – taką ma opinię o jego matce. [[reklama]]
Ostatecznie P. Łaniucha, mając na uwadze zaniedbania byłej partnerki, wystąpił do sądu z wnioskiem o powierzenie syna jego opiece na stałe. - Kiedy mały u mnie był ani razu się nim nie zainteresowała, nie zapytała, czy czegoś mu nie brakuje, czy jest zdrowy – streszcza mężczyzna, dodając, że malec do końca zdrowy nie był. Wymagał leczenia dermatologicznego, na takie też tata go wysłał. Wysłał go również do stomatologa, przedszkola, co wcześniej miała zaniedbać matka, kupił ubrania i zabawki, których w Polkowicach miało brakować. - Wyrwałem dziecko z brudu i syfu – otwarcie przyznaje jego tata, wspominając choćby stan, w jakim Rysiu wraz z mamą pojawił się u mediatora. Był brudny, mokry... - zasmuca się pani Wiesława, mąż dodaje, że są nie związani z rodziną świadkowie tej sytuacji. – Jechałem po syna z ciuchami, mam na to świadków. Kupiłem grube skarpety, czapkę buty, rękawiczki sweter, kombinezon wraz z grubą kurtką – wylicza. [[nowa_strona]] Powrót na Śląsk
Pierwsza rozprawa o oddanie chłopca pod opiekę ojca – jego matka nie pojawia się, złotowski sąd podejmuje zatem decyzję o przełożeniu sprawy, do tego czasu powierzając chłopca ojcu. Rysiu trafia do Sypniewa, gdzie obok pokoju taty ma swój, własny. – I cały dom – pan Waldemar obejmuje ręką wszystkie pomieszczenia. [[reklama]]
Kilka dni później i rodzice chłopca, i on sam, realizując postanowienie sądu, udają się do pilskiego Ośrodka Diagnostyczno-Konsultacyjnego, gdzie cała trójka przechodzi badania pod kątem psychologicznym i pedagogicznym. Będąca ich efektem opinia, która wpłynęła do sądu, wprawiła rodzinę Łaniuchów w osłupienie – wynikało z niej m.in., że chłopiec silniej emocjonalnie związany jest z mamą, że ojciec, który dotąd nie stanowił istotnego elementu w jego życiu nie jest tak ważny, że ma gorsze warunki bytowe oraz że matka, pozwalając mu na opiekę nad synem, postąpiła bez zastanowienia. Nie było to jednak najgorsze, co mogło tatę i dziadków malca spotkać. 13 czerwca bieżącego roku, na kolejnej rozprawie, sędzia, jak referuje P. Łaniucha, opierając się wyłącznie na jednym, końcowym punkcie opinii ośrodka, który sugerował powierzenie chłopca matce, nie rozpoznając innych okoliczności zdecydował, że do czasu następnej rozprawy, która odpędzie się we wrześniu, chłopiec ma wrócić do mamy, do Polkowic. Łaniuchowie nie mogą tej decyzji darować, pan Waldemar denerwuje się na samą myśl o niej, pani Wiesława nic nie mówi – boi się łez, które od dawna w niej wzbierają. W ten sposób sprawy zostawiać nie zamierzają – do poznańskiego sądu okręgowego wpłynęło już zażalenie na postanowienie Sądu Rejonowego w Pile, wydział zamiejscowy w Złotowie.
[[nowa_strona]] Po łebkach?
W zażaleniu pełnomocnik pana Piotra zaskarża postanowienie sędziego w całości i wnosi o jego uchylenie. Zarzuty w stosunku do wspomnianej decyzji wyrażają się w kilku aspektach.
„[...] Pominięcie okoliczności faktycznych, poprzez bezzasadne pominięcie przez sąd, że małoletni Ryszard Arkadiusz S. przez ostatnie 5 miesięcy mieszkał z ojcem, przywiązał się emocjonalnie do ojca i jego rodziny [...]” - to pierwszy z nich.
Dalej są m.in.. zarzuty dotyczące nierzetelnego zbadania sytuacji materialno-bytowej matki dziecka. „Sąd dał wiarę gołosłownym twierdzeniom uczestniczki postępowania odnośnie osiągania przez uczestniczkę i jej męża dochodów, tymczasem do akt sprawy nie przedłożono żadnego dokumentu potwierdzającego okoliczność osiągania jakiegokolwiek dochodu […]” - mówi o tym ten fragment zażalenia.
[[reklama]]
Traktuje ono również o „ocenieniu wiarygodności oraz mocy poszczególnych dowodów bez wszechstronnego rozważenia zebranego materiału dowodowego poprzez błędne przyjęcie przez sąd, że umowa najmu mieszkania […] jest wiarygodna, podczas gdy nie zawiera w swej treści czasu, na jaki została zawarta”.
Kolejne punkty mówią m.in. o tym, że wspomniana umowa nie została opatrzona prezentatą urzędu skarbowego, co może świadczyć o tym, że nie została zgłoszona jego naczelnikowi oraz że jej fragment, a konkretnie wyraz „dwupokojowe” zostało napisane innym charakterem pisma. Wagę tego niuansu tłumaczy pan Waldemar – mężczyzna twierdzi, że chłopiec wraz z matką, jej partnerem i przyrodnim rodzeństwem mieszka w kawalerce. - Tu ma więcej miejsca – przypomina. Chwilę później idziemy na górę, gdzie mieszka pan Piotr. Stajemy w pokoiku chłopca – zostało po nim łóżko i biurko zastawione zabawkami. [[nowa_strona]] Skrzywdzeni
Tata chłopca, dziadkowie czują się skrzywdzeni postanowieniem sądu, zwłaszcza że – jak powtarzają kolejny raz – matka nie zapewnia mu należytej opieki. Najważniejszy zarzut: „sąd nie zbadał dokładnie sprawy, nie zweryfikował, czy dziecko faktycznie ma zapewnione odpowiednie warunki mieszkaniowo-bytowe”. - Sąd nie zwrócił uwagi na fakt, że ojczym wnuka ma już 3 dzieci, każde z inną partnerką, Rysio byłby czwarty – tłumaczy pan Waldemar. – Nigdzie nie pracuje, ona też, bo nie przedstawiono żadnych dokumentów, które by to potwierdziły. W dobre czy w złe miejsce sąd go oddał? - pyta poirytowany. - Boli mnie to – mówi, wskazując na postanowienie sędziego ze Złotowa. Jeszcze bardziej bolą go jego słowa. - Powiedział do niej, że na następną rozprawę nie musi przyjeżdżać – wspomina, dodając, że tym samym dał do zrozumienia, po czyjej stronie zamierza się opowiedzieć. Na Rysia czekają zabawki
[[nowa_strona]] Tato, chcę do Ciebie
Od czasu, kiedy zapadło postanowienie sądu, w chwili, gdy spotykamy się w Sypniewie, upłynęły blisko dwa tygodnie. Pan Piotr włącza nagranie ostatniej rozmowy z synem. - Chcę wracać do Ciebie, tata – wyraźnie mówi chłopczyk. - Po tygodniu – podkreśla pani Wiesława. - Od tego czasu nie rozmawiałem z nim. Ciągle albo go nie ma, albo śpi. Ostatnio przespał całą niedzielę – ironizuje tata chłopca, domyślając się, że jego była partnerka nie podaje go do telefonu, by ten nie żalił się, jak wcześniej, choćby na brak zabawek.
Chodzi o pieniądze
Łaniuchowie twierdzą, że matka nie chce oddać syna przez wzgląd na pieniądze – jej źródłem utrzymania mają być m.in. alimenty. - Jak odda małego, to nie będzie pieniędzy, to jedna rzecz, a druga, że pewnie boi się, czy jej nie zostaną zasądzone jak wnuk przyjdzie do nas – mówi W. Łaniucha. Pan Piotr pieniędzy nie chce. Chce syna. - Czy sąd dobrze postąpił? - pytanie pada kolejny raz.
- Kocham syna, tęsknię za nim i chcę, żeby wrócił. Sąd potraktował mnie niesprawiedliwie – pan Piotr jest o tym przekonany. Patrycja Koplin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze