Nie jestem jeszcze gotowa, żeby zejść z oświatowej sceny - w rozmowie z Patrycją Koplin mówi Elżbieta Kozicz, dyrektor Szkoły Podstawowej w Świętej
Z oświatą jest Pani związana praktycznie od zawsze.
Tak, dokładnie od 41 lat. Można powiedzieć, że jestem dinozaurem oświaty (uśmiech).
A od jak dawna pełni Pani funkcję dyrektora?
Jak skończyłam szkołę to od razu zostałam dyrektorem przedszkola w Kleszczynie – to był 1971 rok. Później pracowałam jako dyrektor złotowskiego przedszkola nr 6, potem przeniosłam się do Świętej, gdzie najpierw objęłam stanowisko nauczyciela, a następnie dyrektora. W sumie dyrektorem byłam przez 31 lat.
Teraz szykują się zmiany: reorganizacja. Wraz z informacją o tym, że szkoły podstawowe i gimnazja funkcjonujące na terenie gminy Złotów mają zostać połączone w zespoły szkół, w kuluarach zaczęto powtarzać informację, że chce już Pani od szkoły odpocząć.
Absolutnie, muszę zdementować tę informację – nigdy nie powiedziałam, że muszę odpocząć od oświaty. Oświata to jest moje drugie życie. Przez 41 lat zawsze byłam aktywistką, prekursorką wielu nowatorskich przedsięwzięć. Wiem, że 41 to bardzo dużo, ale nie jestem jeszcze gotowa, żeby zejść z oświatowej sceny. Wciąż mam wiele planów zawodowych, wiele pomysłów, które chciałabym wcielić w życie. Jeśli chodzi o reorganizację – sytuacja jest taka jaka jest i nie mamy na nią wpływu. Do tej pory z dyrektorem gimnazjum Mariuszem Filipkowskim przez 13 lat współpracowaliśmy wzorowo. Były to bardzo owocne, piękne lata. Wszystko działało jak w zegarku, dogadywaliśmy się w każdej sytuacji. Było dobrze, ale skoro padła propozycja reorganizacji - widocznie może być lepiej.
Mówi Pani o wzorowej współpracy – rzeczywiście nie było żadnych scysji? Tam gdzie funkcjonują dwa organizmy zawsze pojawiają się przecież tarcia.
Nigdy ze sobą nie rywalizowaliśmy, nigdy nie było problemów. Pan dyrektor wszedł do szkoły jako nowy partner, dlatego zawsze trochę bardziej czuliśmy się gospodarzami, ale to pozostawało bez wpływu na wzajemne relacje. Mądrość i doświadczenie były górą. Wszystkie problemy od początku rozwiązujemy na bieżąco, co dzień rano się spotykamy, omawiamy swoje problemy. Naprawdę dzień w dzień. Nigdy nie było konfliktów – ani wewnętrznych, ani zewnętrznych. Jeżeli pojawiały się jakieś spięcia od razu je wygaszaliśmy. Krótko mówiąc, dogrywaliśmy się w każdym calu. [[reklama]] Wracając do reorganizacji – zespołem kierować będzie jeden dyrektor. Wiem już, że emerytury Pani nie planuje, będzie się Pani zatem starać o to stanowisko?
Jeszcze nie podjęłam ostatecznej decyzji. Jeśli pan Filipkowski przystąpi do konkursu to na pewno nie będę jego rywalką, nie złożę aplikacji. Jeśli pojawią się inni kandydaci – będę startowała.
Załóżmy, że sprawdza się pierwszy scenariusz – szefem zespołu zostaje M. Filipkowski. Będzie Pani zabiegać o funkcję wicedyrektora?
Jeśli pan Filipkowski wygra, myślę, że w ramach współpracy, dobrych stosunków powierzy mi funkcję zastępcy. Może zaskarbię sobie jego przychylność.
Skąd ta lojalność wobec dyrektora Filipkowskiego?
To dowód koleżeństwa i sympatii. Poza tym pan Filipkowski ma przed sobą jeszcze wiele lat pracy. Na stanowisku kierowniczym funkcjonuje bardzo dobrze i myślę, że jeśli zostanie dyrektorem zespołu to będzie realizował politykę, którą wspólnie obraliśmy dla naszej szkoły. Jestem o tym gorąco przekonana. Nastąpią zmiany organizacyjne, ale tożsamość szkół nie zniknie. Dzieci, rodzice, środowisko niczego nie odczują.
[[nowa_strona]] Nie wierzę, że rozstanie się Pani z funkcją dyrektora bez żalu.
Dyrektorem się nie jest, dyrektorem po prostu się bywa. To nauczycielem, wychowawcą zostaje się na zawsze. Na pewno będzie żal, zwłaszcza, że jestem bardzo związana ze środowiskiem Świętej. Najpiękniejsze lata mojej pracy pedagogicznej wiążą się właśnie z tą szkołą i z tą miejscowością. Byłam tu inicjatorem wielu przedsięwzięć na rzecz wsi, środowiska i szkoły. Jestem dumna z tego co udało mi się zrobić. Wiem, że odbiór mojej osoby jest bardzo pozytywny. Pozytywny do tego stopnia, że wielu ludzi nie wyobraża dziś sobie, że mogę kiedyś odejść – ale w końcu ten czas będzie musiał nastać.
Wiem, że za tym, by objęła Pani po Ireneuszu Szczotce stanowisko dyrektora bardzo mocno optowali rodzice, niemal wymusili na Pani decyzję, by spróbowała Pani sił w konkursie.
Jak odchodziłam z Kleszczyny to myślałam, że już nie wrócę do środowiska wiejskiego. Otwierano wówczas nowe przedszkole w Złotowie, bardzo nowoczesne jak na tamte czasy – zostałam tam zatrudniona, powierzono mi rolę organizacji tej placówki. Było super, byliśmy bardzo aktywni, względy służbowo-osobiste zmusiły mnie jednak do rezygnacji z tej pracy. Wtedy z pięknego kolorowego przedszkola przyszłam do Świętej, do starego budynku, który wymagał mnóstwa pracy. Zostałam wówczas nauczycielką nauczania początkowego. Przekwalifikowałam się, wcześniej skończyłam pedagogikę przedszkolną, potem były studia podyplomowe na kierunku nauczanie początkowe. Wtedy w Świętej powiedziałam sobie: „nigdy nie mówi się nigdy i nigdy nie mówi się zawsze” – przecież wróciłam na wieś. Drugi przykład na to, że w tej maksymie tkwi prawda to fakt, że na początku pracy w tej szkole powiedziałam sobie, że już nigdy nie będę dyrektorem. Jak dyrektor Szczotka wybierał się na emeryturę i zaproponował mi, bym objęła po nim funkcję powiedziałam: w żadnym wypadku.
[[reklama]] Tak po prostu Pani odmówiła?
Tak. Ale pewnego razu przyjechali do mnie rodzice i powiedzieli, że widzą mnie na tym stanowisku i że jeśli nie stanę do konkursu to ich zawiodę. To mnie zdopingowało. Rodzice zawsze byli moimi partnerami, więc liczyłam się z ich zdaniem. Skonsultowałam tę sprawę z rodziną i zdecydowałam się.
Czym zaskarbiła sobie Pani sympatię rodziców?
Od początku wprowadziłam małą rewolucję w nauczaniu, organizowałam uroczystości, na które przychodziła cała wieś. Prowadziłam teatr, wystawialiśmy m.in. „Czerwonego kapturka”. Pamiętam, że w tej sztuce Adam Pulit grał leśniczego, dzisiaj faktycznie jest leśniczym (uśmiech). Organizowałam też choinkę, różne zabawy, z których dochód przeznaczaliśmy na szkołę, prowadziłam drużynę harcerską. Byłam aktywna i chyba to się podobało. Dostałam nagrodę ministra, kuratora, medal edukacji, brązowy krzyż zasługi, coroczne otrzymywałam także nagrodę wójta – za to środowisko mnie doceniło. To wszystko razem spowodowało, że rodzice obdarzyli mnie sympatią i zaufaniem. [[nowa_strona]] Wie Pani, że mówią o Pani „równa babka”?
Dziękuję bardzo, jestem mile zaskoczona. Mam bardzo dobry kontakt z rodzicami, z młodzieżą i z dziećmi, spędzam z nimi sporo czasu. Jestem partnerem do gry, do rozmowy – uczniowie przychodzą do mnie z najróżniejszymi problemami, nawet tymi sercowymi. Mogłabym być Columbo, bo rozwiązuję wszystkie problemy (uśmiech). Rzadko jestem w dyrektorskim gabinecie – siedzę tu tylko wtedy, kiedy muszę się zająć sprawami formalnymi lub kiedy przyjmuję gości. Na przerwie jestem z dziećmi, ciągle w ruchu. W pokoju nauczycielskim nawet wisi mój portret i nauczyciele się śmieją , że zawsze jestem z nimi i nie mogą mnie obgadywać.
[[reklama]] Czy przez tę ciągłą otwartość, dostępność nie cierpi Pani nauczycielski, dyrektorski autorytet?
Wprost przeciwnie – czuję się w szkole jak caryca. Pani sekretarka śmieje się, że wie, kiedy wchodzę do szkoły, bo co rusz słychać „dzień dobry, dzień dobry”. Myślę, że autorytet mam bardzo wysoki. Kiedyś w kuratoryjnych ankietach dzieci, oceniając pracowników szkoły, przyznawały im do pięciu słoneczek. Pamiętam, że tylko jednym głosem przegrałam z wychowawcą, więc byłam bardzo zadowolona. Ankiety przynosiła mi pani wizytator i kiedy zapytała mnie, czy sprawdziłam, czy dzieci czują się w szkole bezpiecznie, szczerze odpowiedziałam: „nie, zaglądałam tylko, czy mnie lubią” (uśmiech).
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze