Brak ochoty na seks, wyjście do kina czy rozmowę z przyjacielem - depresja różne ma twarze. Czasami doprowadza do całkowitego odcięcia się od świata, a nawet śmierci
Choroba podstępnie owija swoją ofiarę i skutecznie pozbawia jej radości życia. Czy w tak spokojnym mieście jak nasze można dostrzec ludzi, którzy przestali widzieć sens istnienia ? Okazuje, że są tuż obok.
To wszystko moja wina
Marysia była młodą dziewczyną, kiedy po raz pierwszy trafiła na oddział psychiatryczny w Złotowie, późną jesienią 2006 roku. Próbowała się zabić. Kiedy przywieziono ją do szpitala, miała już ranę ciętą na przegubie dłoni, od śmierci dzielił ją krok. Andrzej Tandeck, lekarz psychiatra ze złotowskiego oddziału psychiatrycznego, rozpoznał u niej ciężką odmianę depresji z urojeniami. - Kiedy pojawiła się u nas, miała 22 lata, była już mężatką, miała 3-letnie dziecko. To teściowa zauważyła, że dzieje się z nią coś niedobrego. Dziewczyna nie miała ochoty wstawać z łóżka, zajmować się dzieckiem i mężem, traciła więzi z otoczeniem. Wizyta u psychiatry w Pile nie pomogła, pojawiło się u niej zniecierpliwienie, że leki nie działają tak szybko jak by chciała. Wtedy właśnie próbowała odebrać sobie życie. Marysia wmawiała sobie i otoczeniu, że nie daje już rady, że nigdy się nie wyleczy i stanie się ciężarem, nie potrafiąc opiekować się rodziną, domem. Całe poczucie winy za niepowodzenia przyjmowała na siebie i siebie chciała za to ukarać samobójstwem.
[[reklama]]
Nigdy nie będzie zdrowa
Pierwszy pobyt Marysi na oddziale trwał półtora miesiąca. Leki antydepresyjne, opieka pielęgniarek, psychologów i psychiatry pomogły, poczuła się lepiej. Niestety, radość prędko minęła, bo już po kilku dniach okazało się, że rzeczywistość ją przerosła. Dom, dziecko, mąż – ten świat powoli stawał się obcy. Drugi pobyt znów trwał miesiąc i tym razem dziewczyna nie próbowała zrobić sobie krzywdy, choć, jak twierdzi A. Tandeck: - Jeśli ktoś raz spróbuje się zabić, pozostanie to w nim na zawsze i my też zawsze musimy być czujni.
Kiedy opuściła szpitalne mury za drugim razem wydawało się, że sobie poradzi. Minął rok... Znów przyszła zima i Marysia poczuła, że wracają do niej niemoc i poczucie winy. Schemat leczenia przebiegał podobnie. - Zwykle udawało nam się wyprowadzić ją na prostą już po miesiącu, ale po jakimś czasie zauważyliśmy, że te stany nawracają i orzekliśmy o depresji nawracającej. Niestety, sytuacja z poprzedniego roku powtórzyła się. Nie chciała skorzystać z przepustki, którą dajemy, aby pacjent sam się przekonał, czy sobie poradzi. Nietesty po pewnym czasie znów do nas wróciła. Próba samobójcza, tym razem ciężkie leki. Lekarze uratowali ją, nie dane jej było odejść. Jednak hermetyczność oddziału, skuteczne leki i poczucie bezpieczeństwa zwyciężyły nad samodzielnością. - mówi A.Tandeck.
W 2012 roku, po znaczącej przerwie i czterech latach euforii kobiety, złotowski psychiatryk ponownie przyjął Marię w swoje objęcia. Dziewczyna zatęskniła za radością i energią, która nagle do niej przyszła i nagle... zniknęła. A. Tandeck nie potrafi przewidzieć, ile tym razem potrwa jej pobyt na oddziale. - Tym razem stwierdziliśmy u niej chorobę afektywną, dwubiegunową, jej myśli nie krążą już wokół śmierci, ale nadal czuje lęk przed życiem. Jedno jest pewne, Marysia już nigdy nie będzie zdrowa. To co możemy jej dać to leki i rozmowy, które w jakimś stopniu pomogą jej w codziennym życiu, ale wyleczyć jej całkowicie nie możemy, bo nie ma odpowiednich leków. Tym razem mamy trudniej, bo jej oczekiwania są o wiele większe. Ten stan podwyższonej energii, który pamięta, chce uzyskać lekami, co jest niemożliwe. I znów rodzi się frustracja, niemoc, niska samoocena.
Choroba, dzisiaj już prawie trzydziestoletniej kobiety, trwa około 10 lat. Wciąż są przy niej mąż i dziecko. Depresja dotyka także ich.
Często na pierwszej wizycie chorego u psychiatry mile widziany jest ktoś bliski, kto poświadczy o stanie chorego i... przy okazji weźmie udział w małej sesji terapeutycznej – stany lękowe i poczucie winy niejednokrotnie przerzucają się płynnie na najbliższe osoby.
Znak czasu
Choroba ta jest łakomym kąskiem naszych czasów. Niestety orzeczenie o depresji jest często wydawane lekką ręką, bez wnikliwych badań, długiej rozmowy, analizy życia pacjenta. Do tego dokłada się moda. W czasach kiedy od każdego wymagany jest wieczny optymizm, energia i uśmiech na twarzy, nie wypada sobie zwyczajnie "odpuścić", trzeba znaleźć wytłumaczenie, najlepiej chorobę, która budzi respekt. Często widząc osobę smutną i melancholijną, bez skrupułów doczepiamy jej łatkę chorej na depresję. Tak łatwo jest szafować opiniami, a przecież można się pomylić, można chorobę przeoczyć, pomylić z inną, a nawet zbagatelizować problem, co może mieć tragiczne skutki.
Rozejrzyj się
Obecnie na oddziale psychiatrycznym złotowskiego szpitala znajduje się kilka młodych osób dotkniętych depresją. Dwóch chłopców okaleczało swoje ciała, jednemu z nich założono kilkanaście szwów. Jest również dziewczyna, która miała kontakt z narkotykami, co znacząco wpłynęło na jej stan psychiczny. A. Tandeck mówi, że w przypadku młodych ludzi narkotyki często stanowią czynnik, który zaburza ich osobowość, spojrzenie na siebie i świat w ogóle. Odradza używać tutaj określenia depresji, a raczej stanów zbliżonych. - Kiedy przestaje działać narkotyk, organizm spowalnia i wtedy nachodzą myśli, że jest źle, nikt nie rozumie, są nadmierne oczekiwania od życia – wyjaśnia psychiatra. I dodaje, by nie ignorować żadnych objawów, być czujnym i empatycznym wobec drugiego człowieka, z drugiej strony jednak przestrzega przed paranoją, by każdego smutku nie brać za depresję.
Miej się na baczności
Psycholog Hanna Olencka radzi obserwować siebie, często bowiem pierwsze sygnały o chorobie są mało wyraźne i systematycznie powracają, a my bierzemy je za niegroźną chandrę czy chwilowy spadek formy. - Co ciekawe, to kobiety najczęściej chorują na depresję, ale kiedy choruje mężczyzna choroba przebiega o wiele ciężej - zdradza psycholożka. Stereotyp o silnym samcu alfa wciąż odbija się na psychice.
Jak się okazuje, wstyd przed wizytą u specjalisty i napiętnowaniem w społeczeństwie powoli zanika. - W tej chwili śmiało można powiedzieć, że przekrój moich pacjentów jest szeroki, od biednych, bogatych po tych znanych. Choroba nie wybiera. - podsumowuje H. Olencka.
Agnieszka Piec
Imię bohaterki artykułu zostało zmienione
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze