W domu Majchrzaków zmiany. Mąż na materac, pani Danuta do sąsiadki, wersalka dla gościa. "Gość w dom Bóg, w dom"-zasada stara jak świat znajduje tu potwierdzenie
Czwartek, tuż po godzinie 15.00. Przed jedną z jastrowskich kamienic czeka na mnie uśmiechnięta kobieta z olbrzymim bagażem. Dostrzeże go jednak tylko wprawne oko, wszak ciężaru doświadczeń nie sposób zobaczyć od razu. Jastrowianka macha do mnie dając do zrozumienia, że to właśnie z nią się umówiłam. Parkuję, chwilę później, pomału wspinamy się na drugie piętro, gdzie znajduje się jej maleńkie mieszkanko. Kroki męczą – jak w życiu, im dalej tym ciężej. Oddech przyspiesza, czas na ułamek sekundy zwalnia. Przechodzimy przez malutką kuchnię, sadowimy się w fotelach. Cisza, zmęczenie nie pozwala od razu mówić. Chwilę później w opowieściach gęsto ściele się życie. Bardzo trudne, opatrzone jednak nieprzeciętnym nastawieniem.
Nieszczęście w szczęściu Początek lat 90`, przez „pasy” przechodzi młoda kobieta. Kierowca nie zatrzymuje się, auto ją uderza, 21-latka upada. Wydaje się, że Anioł Stróż nad nią czuwa, bo z zajścia wychodzi jedynie ze stłuczeniami, które przybierają postać krwiaków. Sytuacja wygląda dość niegroźnie, sąsiadka pomaga dojść pani Danucie do mieszkania. -Miałam takie zamszowe kozaki – wspomina nasza rozmówczyni. -Jak doszłyśmy, już ich nie mogłam ściągnąć, mąż musiał rozcinać – opowiada. Do szpitala trafiła do trzech dniach, wcześniej próbowała ratować się środkami przeciwbólowymi. Kiedy noga zrobiła się granatowa, nie było na co czekać. Lekarze nie owijali w bawełnę, stan był bardzo poważny – D. Majchrzak groziła amputacja nogi. Tymczasem wykonano 2 przeszczepy skóry i – na szczęście – nie trzeba było wykonywać tak radykalnego kroku. Widmo utraty cząstki siebie znikło, niestety jednak za kurtyną bólu. Znikła też szansa na życie, które pani Danuta wiodła przed wypadkiem. Młodzieńczą radość zastąpiły cierpienie i ograniczenia – I grupa inwalidzka.
[[reklama]]
Szlachetne zdrowie... -Okropnie rwie – mówi pani Danuta wskazując na nogę. Wdrapanie się na drugie piętro kosztuje więc sporo wysiłku. Oglądam granatowe dłonie naszej rozmówczyni i wsłuchuję się w jej niespokojny oddech. - Czasami słyszę „nie symuluj”, baba jak stodoła, zdrowa jesteś – mówi, dodając, że nikt nie chciałby być na jej miejscu. - Kiedyś upadłam, męża nie było, dwa dni leżałam w kuchni nieprzytomna – wspomina kobieta. Na szczęście rodzinę zmartwiło jej milczenie, bliscy przyjechali na miejsce; życie udało się wyrwać z rąk kostuchy. -Mąż ma astmę – pani Danuta zmienia temat, dodając, że marzy im się inne mieszkanie. Tutaj nie ma łazienki. - Gotujemy, myjemy się w jednym pomieszczeniu, toaleta jest na korytarzu – opowiada kobieta. - On choruje, ja choruję, a tu takie warunki... - urywa. Bywało, że z sufitu kapało na głowę. - Gdzie pojawi się plama, tam łatkę przyłożą, nic więcej – irytuje się nasza rozmówczyni. Małżonkowie oczekują na nowe mieszkanie, jak mówią, jest szansa, że otrzymają je jeszcze w tym roku – taką deklarację mieli otrzymać od burmistrza. Żyje się ciężko, zwłaszcza, że trud utrzymania domu spoczywa wyłącznie na barkach pana Ryszarda. Nieco ponad 1100 zł emerytury musi wystarczyć na wszystko, świadczenie pielęgnacyjne, dokładnie 153 zł, które otrzymuje nasza rozmówczyni, to symboliczne pieniądze. Danuta Majchrzak nie ma renty. Co prawda stawała kiedyś na komisji, orzeczono jednak, że pieniądze jej się nie należą. - A proszę zobaczyć ile ja mam leków - kobieta wskazuje stojące na szafie pudło. Oglądam też ciasny pokój. Czarna meblościanka, wersalka z kapą w pieski, tuż przed nią zaścielony materac. Żółto-niebieskie ściany rozjaśniają dość ciemny pokój. Rozjaśnia go też pan Ryszard, człowiek ciągle uśmiechnięty, wesoły, skory do żartów. I tak jak jego małżonka – do pomocy.
[[reklama]]
Warto pomagać Od niespełna miesiąca w domu Majchrzaków zmiany. W progach pojawił się młody chłopak, któremu małżeństwo udzieliło gościny. - Koleżanka zadzwoniła, czy wyjdę po niego na przystanek bo nie zna miasta, ale mąż powiedział „weźmy chłopaka, co będzie dojeżdżał”. Więc oddzwoniłam i powiedziałam, żeby go spakować – opowiada pani Danuta. Tym sposobem siedemnastolatek na czas odbywania praktyki zawodowej przeprowadził się na Kieniewicza, a nasza rozmówczyni do sąsiadki. - Jak miałam nie pomóc? - pyta. - Sąsiadka to złota kobieta, ma dwa pokoje, jeden do spania odstąpiła mi – opowiada. - Mąż poszedł na gąbkę, chłopak śpi na wersalce. Skąd to poświęcenie? - Warto ludziom pomagać, Pan Bóg podwójnie za to wynagrodzi – przekonuje jastrowianka, dodając, że nikt nie może być pewien czy w przyszłości sam nie znajdzie się w trudnej sytuacji. - Co mnie czeka? Kto mi pomoże? - zastanawia się kobieta. - Mnie masz przecież za opiekuna – uśmiecha się pan Ryszard. - Mam zamówione u Pana Boga 99 lat– D. Majchrzak rozchmurza się. Taka właśnie wygląda na co dzień – uśmiechnięta. Otwiera serce przed tymi, którzy tego potrzebują. - Nie umiem mało gotować, to czemu się z kimś nie podzielić – opowiada. - Nie daj Bóg pierogi robi – podpowiada pan Ryszard; załapują się na nie tylko domownicy. *** Pogodne podejście do życia – środek przeciwbólowy w rodzinie Majchrzaków. I jedna dewiza – pomagać. Parafrazując Alberta Schweitzera – dobro to jedna z rzeczy, którą się mnoży, gdy się ją dzieli.
Patrycja Koplin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze