Do wypadku doszło w przerwie, zaraz po pierwszej lekcji – to pewne. Mama chłopca, pani Agnieszka, nie zna szczegółów przebiegu zdarzenia, wie jednak, że syn bawił się przed wejściem do szkoły, w okolicy barierek zabezpieczających (jak się okazuje - nie dość skutecznie) około metrowy uskok terenu wyłożonego polbrukiem, w dole którego znajdują się okna pomieszczeń piwnicznych. Jeden z elementów orurowania, z uwagi na dostarczanie tą drogą węgla do kotłowni, został wcześniej wycięty. Właśnie w tym miejscu doszło do upadku – pierwszoklasista, jak opowiada jego mama, spadł poziom niżej, a następnie przez otwarte okno do kotłowni, na pryzmę węgla. O zdarzeniu – tak relacjonuje Agnieszka Hacia – pracownicy szkoły poinformowali ją ze zwłoką, bo po upływie około pół godziny. Nim telefon wykonali, mieli chłopca umyć. Pogotowia, mimo że pierwszoklasista miał skarżyć się na ból głowy, mówić, że chce się położyć i wymiotować, nie wezwali. Na złotowski Szpitalny Oddział Ratunkowy zawiozła go dopiero mama. - Nie mogę zrozumieć zachowania nauczycieli. Krzyś wymiotował, później także w samochodzie, to powinno wzbudzić ich czujność, zastanowić, czy nie doznał urazu głowy – uważa nasza rozmówczyni. Chłopiec miał wstrząśnienie mózgu – w szpitalu (lekarze ze Złotowa podjęli decyzję o przetransportowaniu Krzysia do Piły) spędził pięć dni.
Dyrektor twierdzi, że dziecko wpadło jedynie poziom niżej, mama - że przez okienko aż do piwnicy
Agnieszka Hacia zdecydowała się poznać przyczyny rzekomej bierności nauczycieli Szkoły Podstawowej w Górznej. Niestety, 27 kwietnia nie zastała w placówce dyrektor Krystyny Zarębskiej, jak mówi, poprosiła więc jej podwładnych, by przekazali jej prośbę o kontakt.
Dyrektor podstawówki nie potwierdza tej informacji. Z jej relacji wynika, że pani Agnieszka nie prosiła nikogo o kontakt, a jedynie miała zapytać, kiedy będzie mogła zastać w szkole dyrektor. Otrzymawszy odpowiedź, że jeszcze tego samego dnia miała odpowiedzieć, że nie ma czasu czekać do 8.30. - Więcej pani Hacia się z nami nie kontaktowała – zaznacza dyrektor.
Dalej – pani Agnieszka zapytana przez zastępczynię dyrektora o powód wizyty, poprosiła o informacje na temat odszkodowania. - Otrzymała je – zaznacza Krystyna Zarębska. Dyrektor dodaje też, że do kontaktów z panią Agnieszką ze strony szkoły została zobowiązana wychowawczyni Krzysia. - Kontaktowała się codziennie. Zawsze to wychowawczyni wykonywała telefon, nie odwrotnie – zaznacza. Agnieszka Hacia obstaje przy swojej wersji wydarzeń. Jak mówi, dyrektor do dziś się z nią nie skontaktowała.
Krystyna Zarębska jest uwagami mamy Krzysia zdziwiona, ponieważ...: - Ani w dniu zajścia, ani później pani Hacia nie zgłaszała w szkole jakichkolwiek pretensji – komentuje dyrektor szkoły.
Jedno zdarzenie, dwie wersje
Krystyna Zarębska zaprzecza też wersji zdarzeń przedstawionej nam przez mamę ucznia. Potwierdza, że do upadku doszło, prostuje jednak że – jak wie z relacji nauczyciela dyżurującego podczas feralnej przerwy – chłopiec nie spadł do piwnicy, a na posadzkę w okolicy jej okien. - Gdyby było inaczej chłopiec nie wydostałby się z kotłowni o własnych siłach, tymczasem kiedy nauczycielka pełniąca wówczas dyżur, zaalarmowana przez inne dzieci, odwróciła się w stronę wejścia do szkoły, Krzyś siedział już na murku. To były sekundy – opowiada Krystyna Zarębska. Dyrektor odpiera też zarzut dotyczący niewezwania pogotowia. - Nauczycielka, która pełniła dyżur sporządziła notatkę służbową, w której napisała, że matka sama zadeklarowała, że pojedzie z dzieckiem na pogotowie. Zapisała w niej też, że niezwłocznie po tym zdarzeniu, w krótkim odstępie czasu dwukrotnie próbowała się skontaktować z mamą – udało się po ok. 20 minutach, co potwierdzają rejestry rozmów w telefonie nauczyciela. Po jej przyjeździe wspólnie z nauczycielką obejrzały chłopca i mama zadeklarowała, że sama pojedzie z nim na pogotowie – wyjaśnia dyrektor. Dodaje też, że gdyby taka deklaracja się nie pojawiła, pogotowie z pewnością zostałoby do Górznej wezwane. Mimo że, jak wydawało się tamtego dnia, zdarzenie nie wyglądało na brzemienne w konsekwencjach. - Chłopiec sam wstał, logicznie odpowiadał na zadawane przez nauczycielki pytania, miał zadrapania na plecach i głowie – opowiada. - Nauczycielka dyżurująca obmyła go, położyła na materacu, w tzw. „międzyczasie” powiadomiła mamę. Od niej wychowawca dziecka uzyskał informację, że chłopiec zwymiotował w karetce wiozącej go ze Złotowa do Piły – wspomina Krystyna Zarębska. - Wychowawczyni zadzwoniła do mamy z prośbą o informacje o Krzysiu – dodaje.
Mądry Polak po szkodzie?
Pani Agnieszka ma do pracowników szkoły ogromny żal również o to, że wypadek, jakiego doznał jej syn, nie zmobilizował ich do natychmiastowego zabezpieczenia miejsca, w którym do niego doszło. Zdarzenie miało miejsce 23 kwietnia, natomiast w miejscu brakującej barierki najpierw ustawiono plastikowy pojemnik na odpady segregowane, po długim weekendzie majowym zamontowano natomiast aluminiowy profil. - Krzysiu usiadł w miejscu niedozwolonym. O tym, że tam nie wolno siadać dzieci wiedzą, bo co roku po rozpoczęciu nauki oraz w trakcie roku szkolnego są one informowane o zakazach obowiązujących na terenie szkoły, wynikających z zachowania bezpieczeństwa – podsumowuje Krystyna Zarębska.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze