- Znalazłem się w nieodpowiednim czasie i w nieodpowiednim miejscu, ale opatrzność boska mnie wyratowała - Jan Stapiński przeżył nieprawdopodobny wypadek
Dziś pan Jan żartuje, że nauczył się latać, ale kiedy na rękach i plecach wykwitały kolejne krwiaki i kiedy broczyła krew, wesoło nie było. Również sąsiadka, która wyskok – dosłownie – pana Janka widziała, i która, już po wszystkim, śmiała się, że gdyby była bliżej to by go złapała, miała wtedy nietęgą minę.
W powietrzu
6 sierpnia – nasz rozmówca doskonale zapamiętał ten dzień, choć na początku nic nie zapowiadało jego wyjątkowości. Pan Jan w rytmie dnia codziennego krzątał się wokół domu. Kiedy usłyszał, że nieopodal jeździ kombajn, jako że sam miał w ogrodzie trochę zboża, postanowił wsiąść na rower i podjechać do kombajnisty z prośbą, by zjawił się i u niego. Na miejscu przystanął, siedząc na rowerze oparł się ręką o płot i czekał, aż kombajn podjedzie do drogi. Spojrzał na leżący na ziemi kabel telekomunikacyjny. W głowie pojawiła się myśl, że gdyby, nie daj Boże, ktoś o niego zahaczył, a drogą maszerowałyby dzieci... Nie zdążył skończyć rozważań. W tym samym momencie sunąca nieopodal drogą ciężarówka wjechała w przewód i naciągnęła go tak mocno, że ten odcinek, przy którym stał pan Stapiński, „łapiąc” za pedał, poderwał się. Z taką siłą, że naszego rozmówcę, siedzącego na rowerze, wyrzuciło kilka metrów w górę. Jeszcze wyżej poszybował jednoślad.
Twardy upadek okazał się być bardzo bolesny. - Byłem kompletnie zamroczony – wspomina mieszkaniec Sypniewa, dodając, że na szczęście obeszło się bez złamań, choć na początku wszystko wyglądało fatalnie. - Jak puknąłem w ziemię, zrobiłem się cały drętwy – wspomina, opowiadając, że zanim spadł, zdążył tylko pomyśleć, by chronić głowę – schował ją między rękoma. Boleśnie później poobijanymi. - Podniosłem się, przytrzymując płotu – wraca do pechowego wtorku. Rowerem z pokrzywioną kierownicą wrócił do domu. Był w szoku. Jak się okazało później – pan Jan miał po swojej stronie szczęście – obeszło się bez stałego uszczerbku na zdrowiu.
Jak do tego doszło?
Jan Stapiński miał pecha. - Znalazłem się w nieodpowiednim czasie i w nieodpowiednim miejscu, ale opatrzność boska mnie wyratowała – uważa. Gdyby mężczyzna stał, a przewód niesiony ogromną siłą uderzył nie w rower, a w niego... - Dzisiaj bym z panią nie rozmawiał – jest o tym przekonany.
Jak to się stało, że ciężarówka zahaczyła o przewód? Jak opowiada pan Jan, wcześniej, prawdopodobnie naciągnął go kombajn, który zawadził kabiną, a kierowca samochodu tylko dopełnił dzieła. Dopełnił i – jak wspomina nasz rozmówca – odjechał, nie poczuwając się do winy. J. Stapiński denerwuje się też na Orange, właściciela przewodu, który, już po wypadku, długo nie interweniował w sprawie zwieszonego kabla. Pracownicy mieli się zjawić w Sypniewie dopiero kilkanaście dni po zdarzeniu, a do wykonania zadania również podchodzili w ratach. Jak mówią pan Jan i jego sąsiad – najpierw przywieźli nowy słup, dopiero później wzięli się do roboty. Mimo że przewód ciągle stanowił zagrożenie.
Pamiątki
Siniaki z ciała J. Stapińskiego już zeszły, ale zniszczony płot, na który położył się słup, ciągle przypomina o zdarzeniu. Pan Jan nadal rozmyśla nad tym, jak to jest, że nie ma winnego całego zdarzenia. - Kto jest odpowiedzialny? - pyta - Orange czy kierowca ciężarówki?
Patrycja Koplin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze