Reklama

Dzisiaj bym z panią nie rozmawiał...

16/09/2013 00:00
- Znalazłem się w nieodpowiednim czasie i w nieodpowiednim miejscu, ale opatrzność boska mnie wyratowała - Jan Stapiński przeżył nieprawdopodobny wypadek

Dziś pan Jan żartuje, że nauczył się latać, ale kiedy na rękach i plecach wykwitały kolejne krwiaki i kiedy broczyła krew, wesoło nie było. Również sąsiadka, która wyskok – dosłownie – pana Janka widziała, i która, już po wszystkim, śmiała się, że gdyby była bliżej to by go złapała, miała wtedy nietęgą minę.

W powietrzu

6 sierpnia – nasz rozmówca doskonale zapamiętał ten dzień, choć na początku nic nie zapowiadało jego wyjątkowości. Pan Jan w rytmie dnia codziennego krzątał się wokół domu. Kiedy usłyszał, że nieopodal jeździ kombajn, jako że sam miał w ogrodzie trochę zboża, postanowił wsiąść na rower i podjechać do kombajnisty z prośbą, by zjawił się i u niego. Na miejscu przystanął, siedząc na rowerze oparł się ręką o płot i czekał, aż kombajn podjedzie do drogi. Spojrzał na leżący na ziemi kabel telekomunikacyjny. W głowie pojawiła się myśl, że gdyby, nie daj Boże, ktoś o niego zahaczył, a drogą maszerowałyby dzieci... Nie zdążył skończyć rozważań. W tym samym momencie sunąca nieopodal drogą ciężarówka wjechała w przewód i naciągnęła go tak mocno, że ten odcinek, przy którym stał pan Stapiński, „łapiąc” za pedał, poderwał się. Z taką siłą, że naszego rozmówcę, siedzącego na rowerze, wyrzuciło kilka metrów w górę. Jeszcze wyżej poszybował jednoślad.

Twardy upadek okazał się być bardzo bolesny. - Byłem kompletnie zamroczony – wspomina mieszkaniec Sypniewa, dodając, że na szczęście obeszło się bez złamań, choć na początku wszystko wyglądało fatalnie. - Jak puknąłem w ziemię, zrobiłem się cały drętwy – wspomina, opowiadając, że zanim spadł, zdążył tylko pomyśleć, by chronić głowę – schował ją między rękoma. Boleśnie później poobijanymi. - Podniosłem się, przytrzymując płotu – wraca do pechowego wtorku. Rowerem z pokrzywioną kierownicą wrócił do domu. Był w szoku. Jak się okazało później – pan Jan miał po swojej stronie szczęście – obeszło się bez stałego uszczerbku na zdrowiu.

Jak do tego doszło?

Jan Stapiński miał pecha. - Znalazłem się w nieodpowiednim czasie i w nieodpowiednim miejscu, ale opatrzność boska mnie wyratowała – uważa. Gdyby mężczyzna stał, a przewód niesiony ogromną siłą uderzył nie w rower, a w niego... - Dzisiaj bym z panią nie rozmawiał – jest o tym przekonany.

Jak to się stało, że ciężarówka zahaczyła o przewód? Jak opowiada pan Jan, wcześniej, prawdopodobnie naciągnął go kombajn, który zawadził kabiną, a kierowca samochodu tylko dopełnił dzieła. Dopełnił i – jak wspomina nasz rozmówca – odjechał, nie poczuwając się do winy. J. Stapiński denerwuje się też na Orange, właściciela przewodu, który, już po wypadku, długo nie interweniował w sprawie zwieszonego kabla. Pracownicy mieli się zjawić w Sypniewie dopiero kilkanaście dni po zdarzeniu, a do wykonania zadania również podchodzili w ratach. Jak mówią pan Jan i jego sąsiad – najpierw przywieźli nowy słup, dopiero później wzięli się do roboty. Mimo że przewód ciągle stanowił zagrożenie.

Pamiątki

Siniaki z ciała J. Stapińskiego już zeszły, ale zniszczony płot, na który położył się słup, ciągle przypomina o zdarzeniu. Pan Jan nadal rozmyśla nad tym, jak to jest, że nie ma winnego całego zdarzenia. - Kto jest odpowiedzialny? - pyta - Orange czy kierowca ciężarówki?

Patrycja Koplin

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości