Czy asystent ministra rolnictwa wystartuje jeszcze w wyborach na wójta gminy Lipka? Czym jest dla niego PSL i praca u boku Stanisława Kalemby? Z Tadeuszem Michtą rozmawia Piotr Steffen
„Nie traćcie wiary w lepszą przyszłość Polski” – zdjęcie Stanisława Mikołajczyka, logo ludowców i to hasło od razu rzucają się w oczy w biurze poselskim, gdzie pracuje Pan dla Stanisława Kalemby. Pan rzeczywiście wierzy w lepszą przyszłość Polski pod kierunkiem Polskiego Stronnictwa Ludwego? Zdecydowanie. PSL jest jedyną wiarygodną partią, która zawsze dążyła do jedności narodowej. Najlepszy wyraz dał temu prezydent tysiąclecia, Wincenty Witos. Historia o nim niestety trochę zapomniała. Mieliśmy prymasa tysiąclecia kardynała Stefana Wyszyńskiego, a Witos był zdecydowanie prezydentem tysiąclecia. Był ludowcem z krwi i kości, podobnie jak wspomniany Mikołajczyk. Kiedy czytam ich dzieje i wartości, do których od lat odwołuje się nasze stronnictwo, jestem przekonany, że pod PSL-lem stać Polskę na lepszą przyszłość. Tyle, że w opinii wielu PSL jest tą partią, która najbardziej się układa. Z tego jest najbardziej rozpoznawalna. Wiem, że panuje takie przekonanie, ale absolutnie nie mogę się z nim zgodzić. To jest bezpodstawne przypisywanie łaty. Takie rzeczy dzieją się przede wszystkim w innych partiach.
Ale to PSL nazywa się polityczną kurtyzaną. Wystarczy spojrzeć wstecz na niedawną choćby przeszłość. Wiemy, co stało się z Ligą Polskich Rodzin, z Samoobroną, wiemy, kto uciekał do tych partii, aby tylko znaleźć sobie stołek w polityce. A my nigdy nie łapaliśmy spadochroniarzy. PSL to tradycja, która ma 117 lat. To ponad wiek pracy na rzecz Polski. PSL zawsze dążyło do narodowej jedności, a nie żadnego populizmu. Dlatego jestem członkiem tej partii nieprzerwanie od 1970 roku. Był Pan zaskoczony niedawną zmianą na fotelu kierowniczym partii? Nie. Ta zmiana była przewidywana. Dlatego, że Waldemar Pawlak nie był dobrze postrzegany ani przez media, ale przede wszystkim przez społeczeństwo. Poza tym, po tylu latach sprawowania władzy, potrzeba było świeżej krwi.
Stanisław Kalemba rzeczywiście był zwolennikiem zmiany rządzącego stronnictwem? Na naszych spotkaniach mówiliśmy mu, że do góry powinna dotrzeć informacja, że ta zmiana jest potrzebna. Bo dół źle odbierał Pawlaka z jego kamienną twarzą. Gdy wybrano Janusza Piechocińskiego, dwukrotnie miałem okazję osobiście złożyć mu gratulacje. [[reklama]] Wróćmy do gminy Lipka – jak działa na Pana nazwisko Kurdzieko? Z czym się ono Panu kojarzy? (Dłuższa chwila zastanowienia) W tej chwili nazwisko Kurdzieko kojarzy mi się bardzo dobrze. Życzyłbym sobie dalej takiej współpracy, jak ta z obecnym wójtem. Można mu pogratulować za dotychczasową pracę i za już osiągnięte sukcesy. A jego poprzednik? Zdaje się, że Pana przeciwnik numer jeden w ówczesnym życiu publicznym gminy. Nie chciałbym się rozwodzić na ten temat. Powiem tylko, że dwie poprzednie kadencje to był stracony czas.
Dlaczego tak namiętnie krytykował Pan rządy Wojciecha Kurdzieki? Niektórzy upatrywali w tym prywatnych podtekstów, słyszałem też opinię, że było tak dlatego, bo wiedział Pan, że miał słabość i wykorzystywał Pan to w swoich licznych atakach. Nigdy nie było żadnych podtekstów. Po prostu nie podobały mi się decyzje i rządy poprzedniego wójta. [[nowa_strona]] Przykład? Choćby sprawa basenu w Lipce. To za rządów poprzedniego wójta obiekt ten popadł w ruinę. Proszę porównać, w jakim stanie go zastał, a w jakim pozostawił. Ale skończmy ten wątek rozmowy.
Dzisiaj nie jest Pan krytyczny wobec obecnego wójta, nawet na sesjach Pan się nie pojawia. Aż tak jest Pan zadowolony z tego, co dzieje się w gminie? Bardzo cenię sobie Przemysława Kurdzieko i naszą współpracę. Nie wyciągnie Pan ode mnie ani słowa krytyki pod jego adresem. Nie chcę niczego od Pana wyciągać. Próbuję ustalić, czy w swojej ocenie pracy wójta nie popadł Pan w euforię. To nie jest euforia, ale obiektywna ocena tego, co obserwuję.
[[reklama]] Gdyby Pan był dzisiaj na miejscu Kurdzieki, gmina miałaby jeszcze lepszego wójta? Trudno mi dokonywać takich porównań.
A gdyby nie Kurdziekowie, zostałby Pan w przeszłości wójtem gminy? Czy to nazwisko stanęło Panu na drodze do tego stanowiska? Prawdopodobnie tak.
Ale i tak miał Pan przecież słabszy wynik wyborczy niż pozostali kontrkandydaci. W ostatnich wyborach przegrał Pan nie tylko z Kurdzieką. Możliwe jednak, że większość, która poparła obecnego wójta, mogłaby oddać głos na moją osobę.
Dlaczego nigdy nie mógł Pan liczyć na większe poparcie? Proszę zwrócić uwagę na jedną istotną rzecz. Na terenie gminy Lipka od swojej rodziny mam tylko cztery głosy, bo więcej krewnych tutaj nie mam. A jak liczne jest bliższe czy dalsze pokrewieństwo Kurdzieków? To są bardzo liczne rodziny, mniej lub bardziej ze sobą powiązane.
Uważa Pan, że kilka rodzin, kilka nazwisk, zdominowało w ostatnich latach życie publiczne na terenie gminy Lipka? Tak. Pewna osoba powiedziała mi nawet kiedyś wprost, że Kurdzieko czy Redzimscy byli przy władzy, są i będą.
Przyszło Panu kiedykolwiek do głowy, że może najzwyczajniej nie nadaje się Pan do roli wójta? Że dlatego nigdy nie obdarzono Pana zaufaniem? A przecież nie raz Pan próbował. Mówią, że jest Pan mało zdecydowany, konkretny, że nie ma Pan przysłowiowej ikry. Mam bogate doświadczenie w pracy w administracji. Ponad 30 lat kierowałem ludzkimi zespołami, między innymi w urzędzie w Debrznie, gdzie byłem kierownikiem referatu. Zawsze dobrze czułem się w administracji, zdobyłem w niej naprawdę sporo doświadczenia. Nigdy nie bałem się wyzwań, a gdy trzeba było podejmowałem decyzje, których inni być może nigdy nie odważyliby się podjąć. [[nowa_strona]] Od kiedy jest Pan związany ze Stanisławem Kalembą? Kilkanaście lat, od około 2000 roku. Był wtedy prezesem zarządu wojewódzkiego PSL. Ja przez rok byłem swego czasu etatowym sekretarzem miejsko-gminnego komitetu Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego w Bytowie, również ponad rok instruktorem wojewódzkiego ZSL w Słupsku. Później chciałem się trochę wyciszyć, ale koledzy nie dali mi odpocząć, namówili, ściągnęli i tak na jednym ze spotkań Stanisław Kalemba zaproponował mi funkcję asystenta. A że zawsze bardzo podobała mi się jego postawa, bez żadnych wątpliwości przyjąłem funkcję. Zastąpiłem poprzedniego asystenta, Zdzisława Michałowskiego, który krótko wcześniej zmarł.
Co Pan z tego ma? Tylko pieniądze? Pensji nie mam żadnej, to nie jest praca na etacie, jeśli już, to zdarzają się okazjonalne, symboliczne wynagrodzenia. I oczywiście zwrot kosztów podróży związanych z pełnieniem obowiązków. Bycie asystentem jest dla mnie przede wszystkim wielkim zaszczytem, zwłaszcza teraz, gdy Stanisław Kalemba jest ministrem. Tym bardziej, że funkcja jest prestiżowa, bo jestem jedynym asystentem na teren Złotowszczyzny i częściowo byłego województwa pilskiego.
[[reklama]] Asystenci to z reguły młodzi ludzie. Nie czuje się Pan wśród nich zbyt poważnie, żeby nie powiedzieć staro? Nie. Znam wielu innych asystentów, którzy są równie dojrzali, zresztą wszyscy asystenci Stanisława Kalemby to ludzie w podobnym wieku. Wszyscy jesteśmy doświadczonymi ludowcami. Może po prostu nie macie młodego zaplecza? Mamy, i to naprawdę solidne.
Dla młodych asystentura to dobry początek kariery politycznej. A jaki Pan ma w tym cel? Może ma Pan jeszcze jakiś plan na swoją obecność w życiu publicznym? Jestem już na zawodowej emeryturze, dysponuję sporą ilością wolnego czasu, jestem dyspozycyjny, i dlatego tu jestem i robię, co do mnie należy. Nie ma w tym wyższego celu, ani publicznego, ani tym bardziej politycznego.
Jest różnica w byciu asystentem posła, a teraz ministra? Mam więcej zajęć, więcej spotkań i idzie za tym większa odpowiedzialność. Jako poseł Stanisław Kalemba miał więcej czasu. Teraz więcej zadań spada na asystentów. Powiedziałbym, że nawet 100% więcej niż dotychczas.
To wyłącznie funkcja reprezentatywna? Nie tylko. Są też spotkania z mieszkańcami w biurze poselskim. Przyjmuję w każdy wtorek od godziny 14.00. Przyznam, że jest co robić, wielu mieszkańców powiatu przychodzi i prosi o poradę. Szczególnie są to starsze osoby, które pytają głównie o sprawy związane z rolnictwem, ale nie tylko. Mam wielką satysfakcję, gdy mogę pomóc tym ludziom. Zwłaszcza, gdy później serdecznie dziękują za takie wsparcie.
Do czego zatem zmierza dzisiaj publiczne życie Tadeusza Michty? Myśli Pan jeszcze o wyborach na wójta? Nie. Ten temat całkowicie odpuszczam. Mamy dobrego wójta, nie potrzeba nam zmiany.
A kroi się w ogóle jakiś kontrkandydat dla Przemysława Kurdzieki na najbliższe wybory? Nie sądzę.
Na emeryturę zostaje więc Panu koło wędkarskie? Dokładnie. Jest tam co robić, jest w co się zaangażować. Może funkcja prezesa koła w następnej kadencji? Nie. Mamy dobrego prezesa, Heniu Linek sprawdza się w tej roli. Koło zaczęło naprawdę dobrze funkcjonować. Ja robię co swoje u ministra i spokojnie czekam na społeczną emeryturę.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze