Reklama

Generał zdjął mundur. Rozmowa z Markiem Kowalskim

26/02/2018 18:00
Z gminy Lipka zaszedł na najwyższe szczeble strażackiej kariery, ale zawsze pamiętał o swojej małej ojczyźnie. - Tu mocniej bije serce – mówi nadbrygadier Marek Kowalski

Ile godzin spędził Pan w akcji?

To będzie trudne do wyliczenia. Podam tę, w której byłem najdłużej. To rok 1997 i powódź tysiąclecia – na miejscu działań sześć tygodni. Rok 2010 – od maja, z krótkimi przerwami do września - działania od Sandomierza, Winiary, przez Bogatynię. Kierowałem tymi działami.

Podkreśla Pan, jak trudną pracę wykonują strażacy, a ostatni raz do akcji nie w charakterze dowódcy jechał Pan lata temu. Tego się nie zapomina?

Studiowałem w szkole oficerskiej i tylko wtedy wysyłany byłem do akcji jako strażak – ratownik na pierwszą linię działań. Przeprawę miałem jednak solidną, bo walczyłem z zimą stulecia i uczestniczyłem np. w akcji ratunkowej po wybuchu gazu w Rotundzie PKO w Warszawie. Zginęło wówczas 49 osób, a 135 zostało rannych.

Reklama

Studia pożarnicze kończył Pan w stanie wojennym. Doświadczył Pan polityki ówczesnego rządu?

Nasza szkoła była pacyfikowana, bo jako studenci zastrajkowaliśmy przeciwko zmianie ustawy o szkolnictwie wyższym, która przyporządkowała Wyższą Szkołę Pożarniczą pod ministra sprawa wewnętrznych.

Przez większość zawodowego życia był Pan urzędnikiem, a jednak w środowisku strażaków jest Pan postacią niemal kultową. Gdy o Pana podpytywałem słyszałem same ochy i achy.


Czytasz artykuł premium. Pozostało jeszcze 92% tekstu
Zostań stałym Czytelnikiem.
Zaloguj się i subskrybuj wszystkie treści portalu [[pay]]

Strażak to jest ktoś, kto przede wszystkim niesie pomoc innym. Ktoś, kto w sytuacji zagrożenia zachowuje zimną krew, wchodzi w miejsca, w które inni by nie weszli i ratuje innych. Jestem uczynny i myślę pozytywnie, może z tego wynika to, że jestem dobrze przez ludzi odbierany. To miłe, że mnie cenią.

Dowodem Pańskiego zaangażowania w sprawy naszych strażaków jest wóz bojowy, który w 2016 roku pozyskała Ochotnicza Straż Pożarna w Lipce.

Mówimy o wydatku rzędu miliona złotych, na który jeden samorząd czy organizacja nie mogą sobie pozwolić. Dlatego potrzebna tu była pewna inżynieria finansowa. Zawsze staram się w takich sytuacjach pomagać, a kiedy dotyczyło to mojej małej ojczyzny, to serce od razu zabiło mi mocniej.

Reklama

Czy to znaczy, że wszyscy Pańscy współpracownicy wiedzieli, że pochodzi Pan z gminy Lipka?

W szkole pożarniczej, w mojej klasie był jeszcze jeden Marek Kowalski. Mówiło się – ten z Debrzna Wsi – i wszyscy wiedzieli o kogo chodzi. Poza tym studiowali ze mną głównie koledzy z małych i dużych miast, wielu było z samej Warszawy. To że był tam chłopak z prowincji, z małej miejscowości na granicy gmin, a dziś nawet województw, było ewenementem. Dlatego zapamiętali to Debrzno Wieś. Zresztą ja zawsze z dumą podkreślałem, skąd pochodzę.

W latach 70-tych, gdy wyjeżdżał Pan na studia do Warszawy, pewnie trudniej było się wyrwać z tak małej miejscowości niż dzisiaj. Jak się to Panu udało?

Sprawiła to chęć zostania strażakiem. Determinacja w dążeniu do celu. Chociaż nie patrzę na to jak na wyrwanie się, ucieczkę. Chciałem zostać strażakiem, skończyłem szkołę, następnie dostałem pracę w Koszalinie, więc musiałem opuścić gminę Lipka. Karierę oficerską rozpocząłem w 1982 roku na stanowisku oficera ds. prewencji w Komendzie Rejonowej Straży Pożarnych w Koszalinie. Po powstaniu Państwowej Straży Pożarnej stanąłem na czele Wydziału Planowania Operacyjnego Komendy Wojewódzkiej w Koszalinie. Tam też pełniłem służbę do 1999 roku, kiedy to mianowany zostałem zastępcą Zachodniopomorskiego Komendanta Wojewódzkiego PSP w Szczecinie. W 1998 pół roku byłem też zastępcą komendanta wojewódzkiego w Koszalinie. Od 2002 roku byłem komendantem wojewódzkim w Zachodniopomorskim, a od stycznia 2008 roku jako nadbrygadier pełniłem funkcję zastępcy Komendanta Głównego PSP i Szefa Obrony Cywilnej Kraju.

Reklama

Mundur strażacki był Pana pierwszym wyborem?

Gdy miałem 6-7 lat kochałem wodę i chciałem zostać marynarzem. Bardzo podobał mi się ten mundur. Jednak w czasie nauki w szkole średniej w Krajence zmieniłem decyzję. Kluczowe w jej podjęciu było spotkanie z absolwentem, oficerem straży pożarnej. To on mnie zainspirował.

Ma Pan sentyment do swojej małej ojczyzny, co widać choćby w pytaniu, czy OSP Lipka mogłaby być jednostką pokazową dla strażaków z Ukrainy. Zadał je Pan podczas walnego zebranie jednostki jako osoba odpowiedzialna za polską pomoc w organizacji tamtejszych straży ochotniczych.

Wygraliśmy przetarg na to zadanie. Ukraińcy budują system i uznali, słusznie zresztą, że nie stworzą go inaczej niż poprzez sieć straży ochotniczych. Wzorują się tu na Zachodzie, a my tym Zachodem dla nich jesteśmy.
OSP Lipka może być dla nich doskonałym przykładem dobrych praktyk. Filozofia wdrażania tych rozwiązań zakłada wizytę studyjną w Polsce. Oni muszą tu przyjechać, porozmawiać z samorządowcami i samymi strażakami i na własne oczy przekonać się, jak działają jednostki OSP.

Reklama

Przez blisko osiem lat był Pan zastępcą komendanta głównego Państwowej Straży Pożarnej. Jak z perspektywy Warszawy wygląda funkcjonowanie jednostek OSP takich jak ta w Lipce?

Bardzo dobrze. Nie wyobrażamy sobie dobrego systemu bez ochotników.

Powiedzmy sobie szczerze, bez ochotników system by się zawalił.

Nie byłby tak przyjazny dla obywatela. Istotą działań jest czas reakcji i efektywna, profesjonalna pomoc. Z dobrym warsztatem i wyposażeniem ratownika. Ochotnicy są coraz lepiej wyposażeni i wyszkoleni. Często nie odbiegają poziomem od zawodowców, a dla człowieka, który potrzebuje pomocy nie jest ważne, czy ratuje go ochotnik, czy ktoś na etacie.

Co dała Panu straż pożarna? W służbie spędził Pan niemal 40 lat.

Potwierdziła, że dokonałem dobrego wyboru. Nigdy nie zmieniłbym munduru strażackiego na nic innego. Wie pan, gdy otrzymałem stopień nadbrygadiera w korpusie generalskim pojechałem do szkoły w Krajence, niestety moje technikum już nie istniało, pokłoniłem się i powiedziałem: stąd wyszedłem, dziękuję. Spotkałem się też z młodzieżą, podobnie jak ten oficer sprzed czterdziestu lat.

Reklama

Straż pożarna to Pańska miłość. Co Pan czuł, gdy 22 stycznia 2016 roku minister spraw wewnętrznych i administracji odwołał Pana z funkcji zastępcy komendanta głównego?

Jako oficer jestem w dyspozycji  muszę liczyć się z odwołaniem, ale w pierwszej chwili było mi żal. Miałem jeszcze tyle zadań do wykonania, tyle spraw było rozpoczętych. Musiałem jednak tę decyzję uszanować. Ktoś zawnioskował, ktoś odwołał i tyle.
Podczas oficjalnego pożegnania powiedziałem po strażacku: skoro pan minister mnie odwołał, to znaczy, że mam coś innego jeszcze do zrobienia. I to właśnie robię na Ukrainie. Czuję się potrzebny. Poza tym w kwietniu 2017 roku zostałem prezesem Zarządu Oddziału Wojewódzkiego ZOSP w Szczecinie. Chcemy nad morzem stworzyć ośrodek do szkolenia młodzieżowych drużyn pożarniczych dla województwa, Polski i Europy.
Wie pan, co było w tym odwołaniu najtrudniejsze? Świadomość, że za kilka dni będę musiał zdjąć mundur. I że nie będę już go nosić w połączeniu z obowiązkami i zadaniami.

Nie ma co ukrywać, że była to decyzja polityczna. Z automatu posady potraciło wielu funkcjonariuszy publicznych niezwiązanych z obecną władzą.

To była decyzja związana z wyborami do parlamentu, które odbyły się w 2015 roku. Jeśli jednak będziemy kojarzyć ratownika, człowieka munduru z polityką, to popełnimy błąd, bo będziemy segregować strażaków w kategoriach politycznych, a nie merytorycznych. My jesteśmy dla ludzi, nie dla polityków, a oni mają nieodpartą chęć zarządzania nami i to przy pomocy swoich zaufanych ludzi. Co to w ogóle znaczy? Mam nadzieję, że takie podejście się zmieni i politycy zrozumieją, że strażak czy szerzej mundurowy jest dla obywatela.

Reklama

Jest Pan osobą znaną i szanowaną, a straż pożarna to ogromny i sprawny elektorat. Może sam Pan zajmie się polityką?

Nie pójdę w politykę, bo zaprzeczę temu, co powiedziałem wcześniej. Mam zadanie na Ukrainie i na nim się skupiam.
Gdyby mundurowi poszli w politykę, to naraziliby się na komentarze dotyczące przekonań politycznych. Wie pan, byłem na Bałkanach i słyszałem rozmowy dzielące ludzi choćby ze względu na narodowość. Dla ratownika nie ma takich podziałów. Człowiek to podstawa.
Rozmawiał Łukasz Opłatek[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    WIERNI - niezalogowany 2018-02-26 22:39:15

    Pozdrowienia od kolegów Piotrka i Maćka. To wspólne .... w Hali Marymonckiej było smaczne!!!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama