Reklama

Jedli chleb z rowu

18/06/2013 00:00
Pieszo wróciła z Berlina do Polski. Okradli ją szabrownicy i Rosjanie. Do Złotowa stosunek ma neutralny, mimo że jej syn jest honorowym obywatelem miasta. Rozmowa z Krystyną Kokowską

Urodziła się Pani tutaj, ale jednak w Niemczech. Była Pani obywatelką Niemiec, ale mówiącą po polsku, a po wywłaszczeniu wyjechała Pani do Berlina. Trochę to pogmatwane.
Urodziłam się tutaj niedaleko, w Świętej, w 1926 roku – już ładne latka mi się liczą. (śmiech)
Byłam tu do 1939 roku. Uczęszczałam oczywiście do polskiej szkoły, rodzice należeli do Związku Polaków w Niemczech, byli na Kongresie Berlińskim. Byliśmy represjonowani i w październiku 1939 roku Niemcy nas wywłaszczyli. To nie było wywłaszczenie do obozu, tylko musieliśmy opuścić te tereny przygraniczne. Udaliśmy się do Berlina, bo tam rodzice mieli rodzinę. Trzeba było się gdzieś zaczepić. Tam przeżyłam całą wojnę.

Jak wyglądał Berlin z perspektywy Polki, której kraj najechały Niemcy?
Wie Pan, my w zasadzie byliśmy obywatelami niemieckimi. Chociaż narodowość była polska, język ojczysty polski – taka była nasza deklaracja przy spisie ludności. Tam żeśmy zajechali, ponieważ byliśmy obywatelami niemieckimi. Ja musiałam tam uczęszczać do szkoły, bo nie miałam ukończonej szkoły powszechnej.

Odnalazła się tam Pani?
Troszeczkę było trudno, bo choć tutaj myśmy też się uczyli niemieckiego języka i pisowni, ale jednak więcej było języka polskiego. I ja tam troszeczkę odstawałam. Ale ludność tam nie była taka jak tutaj. Byłam obywatelką Niemiec, a że umiem po polsku to lepiej, bo znałam dwa języki, prawda?
[[reklama]]
Czyli problemów z rówieśnikami Pani nie miała?
Początkowo tak, bo wie Pan, z wioski do miasta stołecznego to jest jednak różnica. Ja byłam, jak się mówi, gąska. A Niemki były pewne siebie. W końcu jakoś się przyzwyczaiłam.

Jak z Pani perspektywy, ze stolicy Niemiec, wyglądała wojna?
Tam było dużo wywłaszczonych. Pierwsi znaleźli mieszkania w Domu Polskim w Berlinie. Jak my przyjechaliśmy, to już miejsca tam nie było, ale z polonią często się spotykaliśmy. Myśmy zawsze marzyli o tym, żeby jak najprędzej wrócić do Polski, że wjedziemy do naszej miejscowości wielką karetą.

Jak to karetą?
(śmiech) Wie Pan jaką karetą? Taką, że na piechotę z Berlina szliśmy. 1 maja żeśmy wyruszyli, 12 maja byliśmy na miejscu.

Spotkaliście Państwo Rosjan zdobywających Berlin?
30 kwietnia weszli, ale ponieważ mówiliśmy po polsku, to było przyjazne spotkanie. Taka popijawa powiedzmy. Była tuszonka, był chleb, co nas bardzo ucieszyło, bo z żywnością było bardzo kiepsko. I były oczywiście koniaki z magazynów różnych. Nasi ojcowie nam tam pomagali, tak że myśmy piły po trochu, a ojcowie za nas pili – taka była wymiana. (śmiech)

No dobrze, to jak wyglądał ten pochód do Polski?
Nas była początkowo piątka, potem taki starszy pan odłączył się – próbował w Kostrzynie dostać się na pociąg do Poznania. Był więc mamy brat, nasz ojciec, moja siostra i ja. Tak żeśmy szli w dzień, a w nocy spaliśmy gdzie się dało – były po drodze opuszczone domy, stodoły.

Co jedliście?
No ziemniaczki były w kopcach. Raz wojsko polskie dało nam łeb od krowy, tośmy tak ładnie go obgotowali – był rosołek. Ziemniaków się do tego wrzuciło - był obiad? Był ciepły posiłek. No i z tego rosołku żeśmy ten łój zebrali i na tym gotowali. To rabarbaru troszkę się zjadło. Jakoś te dwanaście dni żyliśmy.

Smaku chleba wtedy Pani nie zaznała?
A chleb tośmy znaleźli w rowie. To było nasze zbawienie. Szedł ruski i miał bochenek chleba pod pachą. I mówi: chcecie chleba? (wujek trochę po rusku mówił). Tam w rowie cały worek wojskowego ciemnego niemieckiego chleba leżał. Taki zapakowany chyba czterokrotnie. No i to było nasze zbawienie – mieliśmy chleb do końca drogi.

W trakcie marszu do domu trafiliście Państwo na szabrowników? Za wojskiem szli amatorzy cudzego mienia.

Okradli nas w Skórce, na ostatnim naszym przystanku, bo do Złotowa było za daleko, a był już wieczór. Usiedliśmy na podwórku, tam żeśmy sobie ugotowali coś ciepłego. Zostawiłam tam walizkę, gdzie mieliśmy sól, trochę kawy i jeszcze na wierzch ojciec swoją marynarkę położył. Poszliśmy spać do stodoły, zapomnieliśmy o tej walizce no i rano oczywiście już jej nie było. Ojciec bardzo żałował swojej marynarki, a my tych wiktuałów, bo to była taka nasza pierwsza pomoc. Przepadło. To zabrali ludzie, którzy przyjechali na te tereny albo na szaber, albo na zdobycie jakiegoś domku.

Co Pani czuła będąc na Krajnie, tak blisko domu?
O Jezu. Myśmy nie wiedzieli, co powiedzieć. Ojca rodzice tutaj zostali i nie byliśmy pewni, czy zastaniemy ich żywych, bo długo nie mieliśmy z nimi kontaktu. Tak żeśmy przez ten Wąsosz szli i złapała nas burza. Na wybudowaniu przyjęli nas Zaborowscy i ta pani nasmażyła nam jajecznicy na boczku. O Jezu, jaki to był rarytas! Już wtedy wieść się rozniosła, że jedziemy. Okazało się, że dziadek zmarł, a babcię wzięła jej córka.
[[nowa_strona]]
A Państwa dom? Nikt go nie zajął przez te lata?
Dom był opuszczony, ale naprzeciwko stacjonowało wojsko. Warta była i oni sobie w nocy robili strzelania do naszych szyb i wszystkie nam wystrzelali. Młodzi byli, coś musieli robić (śmiech). Ale sołtys nie pozwolił nikomu w nim się osiedlić, bo wiedział, że wrócimy.

Skąd to wiedział? Wielu chciało wrócić, ale im się to nie udało.
Bo myśmy tu z siostrą do dziadków czasami na wakacje przyjeżdżały.

W czasie wojny?
Tak, to nie był problem. Złotów – Berlin jedna trasa. W Złotowie wsiedliśmy, w Berlinie wysiedliśmy, był pociąg taki. Rodzice bali się przyjeżdżać, bo mogli zabrać ich do obozu. Ojciec raz przyjechał, w nocy poszedł do dziadków i wyjechał. Mama ze dwa razy była, ale też pod ukryciem.

Wróciliście Państwo do ograbionego domu, z sobą nie mieliście prawie nic. A żyć jakoś trzeba było. Jak?

Nie wiem, jak myśmy zaczęli, myśmy nic nie mieli. To tam sąsiadka dała troszeczkę mąki, to tam rodzina coś. Ludzie masło sami robili, sery gotowali, ja w kancelarii wojska pracowałam to dostawałam masło i mąkę. Nie było pieniędzy, tylko deputat.
Ojciec był krawcem, to zaczął szyć. Ten dał mu za to kozę, ten dał ziemniaków, ten zboża trochę i tak jakoś nam poszło.

Jak Pani trafia do Złotowa?
Pracowałam w kancelarii wojska, ale miałam luki w pisowni. Wie Pan, tu trochę polskiego, tu trochę niemieckiego, ale nie było tak źle. Jak przyjeżdżali zwierzchnicy do wojska, to dyktowali mi protokoły zdawczo–odbiorcze.
A siostra pojechała do Złotowa i zgłosiła się najpierw do sądu, ale tam była tylko segregacja akt, bo chyba bałagan był taki. Potem poszła do PUR-u (Państwowy Urząd Repatriacyjny) i tam było drugie miejsce przy mecenasie.

Czyli dostała Pani pracę jako maszynistka.
Ten mecenas Anielewski mieszkał tu gdzie Janusz Zakrzeński i ja byłam u niego sekretarką. Pisaliśmy te protokoły zdawczo–odbiorcze gospodarstw poniemieckich. A wie Pan, jakie były podpisy? Trzy krzyżyki. Przyszli świadkowie i tak samo stawiali trzy krzyżyki. Ja nie wiem, czy to miało jakiś sens.
Jak likwidowali PUR, to poszłam do spółdzielni rolniczo–handlowej. Tam zaraz dostałam etat. To się później przemieniło na PZGS i tam pracowałam do 1953 roku. Wtedy urodził się Andrzej i mąż powiedział: koniec pracy. (śmiech)
[[reklama]]
Pamięta Pani, jak zaraz po wojnie wyglądał Złotów?
Oj, dużo było gruzów. Dużo domów było zrujnowanych. Myśmy w czynie społecznym odgruzowywali to miasto. Wybierało się co lepsze cegły, przyjeżdżał traktor i je zabierał. Wszystko wybieraliśmy ręcznie, bez różnicy czy kobieta, czy mężczyzna.

Nie tylko pracą człowiek żyje. Miała Pani dziewiętnaście lat i pewnie po tych tragicznych latach wojny chciała się Pani bawić.
Oj, jeśli chodzi o zabawy, to powiem Panu, że tak się wybawiłam... Święta to była tak radosna i tak przyjazna wieś, że początkowo to myśmy prawie codziennie tańczyli na trawniku. Mieliśmy takiego grajka z harmoszką. On grał, a myśmy tańczyli. Jedni mieli gumowce, inni drewniaki, ale nikt nie patrzył na to, co kto ma. I właśnie na zabawie poznałam mojego męża. Przyjechał z Kleszczyny i zaiskrzyło. (śmiech)

A między ludźmi iskrzyło? Tak negatywnie? W końcu po wojnie na te tereny przyjechało dużo ludzi ze wschodu.
W PUR-ze tylko myśmy z siostrą były miejscowe. Reszta to byli repatrianci ze wschodu, ale bardzo dobrze nam się pracowało, nie było żadnych zgrzytów. No była między nami różnica w kulturze, my byliśmy bardziej postępowi, ale repatrianci szybko to przejęli. Chociaż analfabetów było bardzo dużo. Początkowo nie było za dobrych stosunków między nami, ale drastycznych momentów nie było. A jak już młodzież się dogadała, rodziny się wymieszały, to doszło to do normalności.

Miała Pani kontakt z partią?
Nie, nie chciałam. Agitowali jak w PZGS–ie pracowałam. Przyszli 1 maja z czerwonym krawatem, ale ja nie czułam się w tym dobrze. Do tej pory nie mam sentymentu do żadnej partii.

Interesuje mnie jeszcze religia. Pani jest wierząca?
Oczywiście, ale nie „beretek” (śmiech). Modlę się, idę do kościoła i wierzę, ale bez przesady.

Jak przed wojną wyglądało tutaj życie religijne?
Myśmy jako Polacy mieli swój kościół. W kościele Najświętszej Marii Panny ranne msze były po niemiecku, ale suma po polsku. Do komunii też byłam przyjęta tu po polsku. Jak było Boże Ciało, to niemieccy katolicy mieli swoją procesję, a my swoją po polsku. Do 1939 roku.
[[nowa_strona]]
A po wojnie?
Normalnie chodziliśmy do kościoła. Były jakieś niesnaski, ale nawet ci, którzy nie mogli chodzić, też chodzili.

No właśnie, niektórzy działacze partyjni jeździli na msze do innych miejscowości.
Nawet najwięksi partyjniacy. Razem ze mną urodziła jedna pani, której mąż w komitecie pracował. Spacerowałyśmy razem i ona, nie wiem dlaczego, opowiadała mi w zaufaniu, że wzięła dzieci do swoich rodziców, zostawiła starszą córkę w domu, żeby nie widziała, i poszła rano do kościoła i tego malucha ochrzciła.

Pani Krystyno, jak przez te ponad pół wieku zmienił się Złotów?
Z książek, które czytałam wychodzi, że dużo się zmieniło.

Jak to z książek?
Bo ja raczej byłam kurą domową, jakoś tak z boku byłam tego wszystkiego. Poza tym dzieci były małe.

Zastanawiała się Pani kiedyś, czy mogła zostać w Niemczech?
Później się zastanawiałam, ale nie wiem, jak to by się ułożyło. Wiem, że tam zaraz po wojnie był straszny głód, bo został tam ojca brat i bratowa. Ciotka pisała, że strasznie było. Ale na zachodniej stronie szybko się polepszyło. Ja pierwszy raz na Zachód pojechałam w 1978 roku. Tak stanęłam ze złożonymi rękami. (pani Krystyna składa ręce jak do modlitwy)

Została Pani i przeżyła w Złotowie ponad pół wieku. Jaki jest Pani stosunek do tego miasta? Pani syn Andrzej wręcz je uwielbia.

Ja mam neutralny stosunek do miasta, chociaż wypiękniało przez te lata bardzo. To zasługa gospodarza, bo ja mam do burmistrza dobre ustosunkowanie.

[[reklama]]
A jak Pani przyjęła wiadomość, że Pani syn Andrzej został honorowym obywatelem Złotowa?

Oj, ja to zaraz ryczę z radości. To było niepojęte, że jego taki zaszczyt spotkał. Tak miło ludzie to przyjęli. I jak jego książkę o Złotowie czytali, to mnie zatrzymywali i mówili, że dzięki niej poznali miasto.
A wie Pan, że jak on na te studia poszedł, to byłam niezadowolona? Mówiłam: co ty tam będziesz robił? Łopatką piasek przegarynał? I co z ciebie będzie?

Naprawdę?
Tak mu powiedziałam. Ale widzi Pan, jednak ta pasja musi być spełniona i teraz jestem zadowolona.

Rozmawiał Łukasz Opłatek


Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości