W pierwszych latach po II wojnie światowej z Jastrowia wysiedlano rodziny niemieckie, a na ich miejsce przybywali tzw. repatrianci, czyli Polacy z utraconych na wschodzie na rzecz ZSRR ziem. Przychodzące na miejsce Niemców rodziny zostały oderwane od swoich ojcowizn i przebyły długą, trudną drogę, aby rozpocząć życie od nowa w Jastrowiu. Taką historię przeżyła także Józefa Cybulska ze swoją rodziną.
Miałam 9 lat, gdy przyszła do nas wiadomość, że musimy się pakować i wyjeżdżać
– rozpoczęła swoją opowieść pani Józefa. Mieszkali wtedy w domu w Krzywczycach na przedmieściach Lwowa. Cóż można było spakować? Tyle tylko co się zmieściło na wóz, a do niego przywiązać krowę. Szybko przed wyjazdem miejscowy ksiądz przyjął jeszcze wyjeżdżające dzieci do pierwszej komunii świętej. Odjeżdżali na dworzec płacząc, a na ich podwórku już czekali Ukraińcy z tobołkami, aby zająć ich dom. Zresztą w tamtym czasie Ukraińcy strasznie uprzykrzali życie polskim rodzinom.
Tato! Szybko! Ukraińcy skaczą przez Pełtew i chcą potopić nasze bydło
– pani Józefa pamięta, jak z takim krzykiem do domu przybiegł pewnego dnia jej brat. Pełtew była rzeką oddzielającą ich zabudowania i łąki od terenów ukraińskich. Oprócz tego zdarzały się podpalenia budynków gospodarskich. Przez to mężczyźni musieli na zmianę pełnić straże, choć nie mieli broni, co najwyżej widły. Do dziś pani Józefa pamięta także płacz koleżanki ze szkoły, której mama została zabita podczas napadu wrogo nastawionych Ukraińców. Nie wszyscy byli jednak źli. Ci, którzy żyli w Krzywczycach, byli dobrymi sąsiadami.
Na lwowskim dworcu ludzi z ich dobytkiem pakowano do wagonów. Wagonów, które nie miały dachu, a za siedzenie służyła podłoga wyścielona ewentualnie sianem, zaś obok stało bydło. W ten sposób dojechali do Wałcza, gdzie znaleźli czasowe schronienie. Stamtąd ojcowie rodzin zapuszczali się konno w okolicę, szukając dogodniejszego miejsca do zamieszkania. W ten sposób dowiedziano się o mieście Jastrów, gdzie miały być lepsze warunki, więc niedługo potem rodziny wyruszyły wozami w drogę. Na wysokości Trzebieszek natknęli się jednak na radzieckich żołnierzy.
Zatrzymali nas i zainteresowali się naszymi końmi. Zaglądali im w zęby i wybierali co lepsze sztuki. Ojciec starał się ich ubłagać, aby puścili nas, niczego nie zabierając
Reklama
– wspomina pani Józefa, która będąc wówczas małą dziewczynką, wtulona w mamę, zanosiła się razem z nią płaczem. Prośby ojca nie pomogły, konia zabrano, a pani Józefa dokładnie pamięta wypowiedziane przez żołnierza w języku rosyjskim słowa, którymi groził jej ojcu, że jeśli będzie dużo gadał, to zastrzeli go jak psa. Po takich przejściach udało im się z jednym ledwie dychającym koniem dotrzeć wreszcie do Jastrowia.
Tam zgłaszało się do magistratu z dokumentami wysiedleńczymi i można było sobie wybierać mieszkanie lub gospodarstwo spośród tych opuszczonych przez Niemców. Ich ewakuacja jeszcze trwała.
Jako dzieci zaglądaliśmy do pustych już domów, w których palił się jeszcze ogień na kuchni
– wspomina całą sytuację pani Józefa. Pamięta także, że jej mama współczuła ludziom, których spotykał taki sam los jaki dopiero co dotknął ich rodzinę. Z czasem do Jastrowia napływali kolejni Polacy z różnych stron, ale często zastawali na drzwiach jeszcze pustych domów przypięte kartki z napisem „dom zajęty przez Polaka”, świadczące o tym, że ktoś już wcześniej sobie ten dom upatrzył. Wraz z kolejną falą repatriantów przyjechali także dziadkowie pani Józefy, którzy wcześniej nie chcieli wyjeżdżać, nie wytrzymali jednak dokuczań ze strony Ukraińców.

Pani Józefa posiada imponującą pamięć - nadal potrafi deklamować wiersze, których uczyła się będąc dzieckiem
Tak wygląda historia repatriacji, opowiedziana przez Józefę Cybulską. Ona sama w Jastrowiu ukończyła szkołę i poznała męża, a właściwie anioła, jak o nim mówi, Alfonsa Cybulskiego. Przeżyli razem wiele lat, a na 50–lecie ślubu otrzymali list gratulacyjny i medale od prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Niestety 9 lat temu mąż zmarł. Doczekali się jednak i wychowali czwórkę dzieci, z których pani Józefa jest bardzo dumna, podobnie zresztą jak z wnucząt. Sama pani Józefa jest kobietą niezwykle sympatyczną i towarzyską. Śpiewa w chórze Retro i spotyka się ze znajomymi z Polskiego Związku Emerytów, Rencistów i Inwalidów.
O Lwowie wciąż pamięta i z nostalgią wspomina to piękne miasto. Udało jej się do niego wrócić zaledwie dwa razy, ale wciąż rozpoznawała dawne miejsca i odnalazła także dawny dom, dzisiaj już przebudowany, budynek szkoły, do której uczęszczała oraz kościół, który wprawdzie został zamieniony na cerkiew, ale jest piękny i zadbany.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
A który to Henio ?
..."olala, olala",Dla ciebie zrobienie komuś las.ki albo łaski to pewnie żadna różnica?
To jest troche polprawdy. Co z Polakami ktorzy zostali wywiezienie na daleki wschod i ktorzy tesknili za ojczyzna ale ojczyzna ich "olala" i tak bedzie teraz
A który to Henio ?
..."olala, olala",Dla ciebie zrobienie komuś las.ki albo łaski to pewnie żadna różnica?
To jest troche polprawdy. Co z Polakami ktorzy zostali wywiezienie na daleki wschod i ktorzy tesknili za ojczyzna ale ojczyzna ich "olala" i tak bedzie teraz