Czy zagrały zbyt wygórowane ambicje, czy też "Przyjazna Krajenka" powstała tylko dla zmiany przewodniczącego rady? Zainteresowani twierdzą, że chcieli dobrze, ale wyszło jak wyszło
Klub „Przyjazna Krajenka” tak jak szybko powstał, tak szybko się rozwiązał. Początkiem końca klubu było ubiegłoroczne głosowanie nad podatkiem rolnym. Przewodniczący klubu Marek Matysiak zaproponował wówczas stawkę 50 zł podatku rolnego, tymczasem sami sołtysi optowali za wyższym, bo 63 złote. W głosowaniu nad uchwałą kwota zaproponowana przez Marka Matysiaka przepadła. Wzburzyło go to, miał pretensje do swoich kolegów z klubu za brak poparcia dla wcześniej uzgodnionej stawki.
Rozwinęła się wówczas dosyć ostra dyskusja pomiędzy radnym Matysiakiem, przewodniczącym rady Piotrem Jończykiem i zastępcą burmistrza Leszkiem Łochowiczem. Ten ostatni stwierdził, że w Krajence nie będzie „białoruskiej demokracji” i że na radnych nie można wywierać nacisków. W odpowiedzi Marek Matysiak zaproponował burmistrzowi i przewodniczącemu rady zbadanie się na wariografie. - Dla mnie to była osobista tragedia, co się działo w naszym klubie. Nie mogliśmy dopuścić do tego, aby było jeszcze gorzej. Każdy ma własne odczucia. Piotr Jończyk nie potrzebuje obrońców, ale to nie on zaczął biegać po gazetach. Przykro mi o tym mówić, Marku – powiedział wówczas radny Klaryński, kolega z klubu „Przyjazna Krajenka”.
Klubu już nie ma, ale pozostaje pytanie, czy powstał on tylko dlatego, żeby Piotra Gniota na stanowisku przewodniczącego rady zastąpił Piotr Jończyk? [[reklama]]
Marek Matysiak stanowczo temu zaprzecza. Intencją powstania klubu była chęć przeforsowywania w radzie ciekawych pomysłów. Niestety, już na początku doszło do zgrzytów, potem wzajemne pretensje się nasilały. - Nie chcę przypominać, jaka była praprzyczyna zatargów. Jeśli coś się ustala na klubie, a potem zmienia zdanie, to jaki jest w tym sens? – mówi.
Radny Jakub Niedźwiecki z powstaniem „Przyjaznej Krajenki” wiązał duże nadzieje. Może zbyt duże. - Nigdy nie było w zamyśle, że ma to być skierowane do personalnych zagrywek. Chodziło o to, że jak się ma przewagę w radzie, to łatwiej się pracuje, łatwiej przekonać pozostałych do naszych pomysłów – oświadcza. Dodaje jednocześnie, że mimo iż klubu nie ma, to głosowania przebiegają tak, jakby istniał. Dlaczego jednak „Przyjazna Krajenka” rozpadła się? - Może zagrały tu zbyt osobiste ambicje niektórych. Nie wiem i nie chcę się na ten temat wypowiadać – kończy.
Ryszard Mikietyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze