Dla mnie Alan i Wanessa są darem. Kocham ich ze wszystkimi „bonusami”, które dostali przy urodzeniu – ją z zespołem Downa, jego z FAS–em i szeregiem zaburzeń emocjonalnych. Wraz z mężem – a teraz ich tatą – codziennie walczymy o to, aby te dwie cudowne istoty, tak niesprawiedliwie pokrzywdzone przez los, były jak najbardziej samodzielne i dały sobie radę, gdy nas kiedyś zabraknie.
Kilkanaście lat temu straciłam siostrę. Jej odejście było potworną tragedią. Osierociła czwórkę dzieci. Z chwilą jej śmierci, z bezpiecznej bańki szczęścia, maluchy osunęły się w pustkę. Przyrzekłam wtedy, że gdy tylko będę mogła, znajdę dziecko pozbawione mamy i wypełnię jego świat miłością tak, by nigdy tej pustki nie zaznało. Kilka lat po ślubie zrobiliśmy z mężem szkolenie dla rodziców zastępczych, a potem zarejestrowałam się na forum dla osób zainteresowanych adopcją. Mignęła mi wtedy buzia malutkiego dziecka z charakterystycznymi skośnymi oczami. Była to porzucona dziewczynka z zespołem Downa. Nie zdawałam sobie sprawy, że właśnie patrzę na twarz swojej córki.
Widywałam to zdjęcie wielokrotnie. Utkwiło mi w pamięci. Często z mężem o niej myśleliśmy, a jednocześnie czytaliśmy publikacje na temat zespołu Downa, wypożyczaliśmy tony książek, rozmawialiśmy z rodzicami takich dzieci. Dziewięć miesięcy – tyle, ile zwyczajowo trwa ciąża – dojrzewaliśmy do decyzji, aby poznać Wanessę.
Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Do placówki opiekuńczo – leczniczej napisaliśmy w piątek. W weekend już sprawdzano dokumentację medyczną dziecka, weryfikowano nasze warunki mieszkaniowe, sytuację materialną, odwiedził nas jej opiekun prawny. Kilka dni później pojechaliśmy zobaczyć naszą kruszynkę. Niesamowite tempo. I stres. Kiedy jednak ujrzeliśmy Wanessę, po prostu pękły nam serca. Była taka maleńka i wystraszona, ze skórą w fatalnym stanie, nierówno obciętymi włoskami, które sterczały na wszystkie strony. Wspaniała. Gdy wyciągnęłam do niej rękę, ugryzła mnie w palec jak przerażone dzikie zwierzątko. Chciała sprawdzić, jak zareaguję: czy ucieknę, czy ją zostawię? Uśmiechnęłam się i powiedziałam, że boli.
Na szczęście Wanesska ma uregulowaną sytuację prawną, więc mogła do nas szybko trafić. Jej biologicznymi rodzicami są młodzi, wykształceni i bogaci ludzie. Zrzekli się do niej praw, dziecko z zespołem Downa nie pasowało do idealnego życia. Cóż, pozostaje mi tylko im za to dziękować.
Dotąd granice świata Wanessy wyznaczały pręty metalowego łóżeczka w bidulu. Płakała na widok wody, trawy, nieba, bo nigdy wcześniej ich nie widziała. Znała tylko paskudny smak modyfikowanego mleka w proszku – miała 22 miesiące i nie wiedziała, czym jest owoc czy ciastko. Nie chodziła, nie mówiła. Dzień po dniu uczyliśmy się siebie nawzajem, a wieczorami, gdy szła spać, dokształcaliśmy się z logopedii, psychologii, rehabilitacji. Uczyliśmy ją mówić i chodzić.
No i poznaliśmy strach. Okazało się, że Wanessa ma szereg niezdiagnozowanych wcześniej chorób: alergię, astmę, atopowe zapalenie skóry, hipotonię mięśniową, bezdech. Od kiedy jest z nami, nie przespaliśmy ani jednej nocy. To już kilka lat.
Odkryliśmy jednak w sobie takie pokłady miłości, że postanowiliśmy zaopiekować się drugim dzieckiem. Znowu zadziałał przypadek. A może przeznaczenie? Zadzwoniliśmy do znajomej z pogotowia opiekuńczego, która powiedziała, że akurat ma u siebie porzuconego 16–miesięcznego chłopca i zapytała, czy chcemy go poznać. Tak znaleźliśmy naszego syna. Biologiczna matka Alana wyrządziła mu najstraszniejszą krzywdę – zatrucie alkoholem i narkotykami. Przez tydzień po urodzeniu oddychał za niego respirator. Chłopiec ma nieodwracalne zmiany w mózgu, oprócz FAS – alkoholowego zespołu płodowego – cierpi na hipoplazję ciała modzelowatego, przez co ma zaburzone odczuwanie bólu, zimna, ciepła. Potrafi wsadzić ręce do wrzątku, skaleczyć się, wybiega na ulicę, nie można go spuścić z oczu. Ma napady agresji i autoagresji, niszczy meble, zabawki, przeraźliwie krzyczy. Cierpi też na dziecięce porażenie mózgowe, padaczkę, autyzm, ma podejrzenie zespołu Kliver Busego, zjada rzeczy niejadalne – gumę, plastik, gąbki. Ma kłopoty z chodzeniem (zaburzoną koordynację, zmienne napięcie mięśniowe, porusza się na palcach) i wzrokiem – w jego oku są aż cztery rodzaje zeza! Nie sądziliśmy, że to w ogóle możliwe… Odwiedziliśmy rzesze specjalistów, zanim w końcu znaleźliśmy okulistę, który zdecydował się zoperować jego oczko.
Wraz z odkryciem problemów zdrowotnych naszych dzieci byliśmy zmuszeni wywrócić do góry nogami nasze życie. Zamknęłam sklepik, który prowadziłam, by poświęcić się opiece nad Wanessą, a potem także nad Alanem. Mąż zmienił pracę, a jego główne kryterium było jedno – „elastyczny grafik”. Śmieję się, że mogłabym zamieszkać w aucie, bo tygodniowo robię nim jakieś 900 kilometrów. Przypadek Alana jest tak trudny, że tylko nieliczni specjaliści potrafią się nim zajmować. Mamy genetyka we Wrocławiu, okulistę w Krakowie… Odwiedzamy lekarzy w Bydgoszczy, Lesznie, Rabce Zdrój, Poznaniu. Na rehabilitację jeździmy do Człuchowa, Chojnic, Piły. Skończyliśmy z mężem mnóstwo kursów, żeby móc lepiej opiekować się dziećmi, od tych dotyczących żywienia, po komunikację – gdybyśmy powiesili dyplomy ich ukończenia, zajęłyby chyba całą ścianę. Czasem jest bardzo trudno, bywa, że nie mamy siły wstać ze zmęczenia, ale warto! Dziś Wanessa ma 8 lat i w niczym nie przypomina tej przerażonej istotki z bidula. Wyrosła z niej piękna panienka. To mała opiekunka – pomoże niepełnosprawnej, niedowidzącej babci, ubierze ją, troszczy się o mnie, gdy jestem chora, poda obiad. Robi fenomenalne postępy. Serce się raduje, kiedy widzę, jak troszczą się o siebie z bratem. Gdy któreś dostanie cukierka, od razu upomina się też o coś dla tego drugiego.
Gdy patrzymy na nasze dzieci, nie widzimy ich niepełnosprawności. Nie mają z tego powodu taryfy ulgowej. Uczymy ich obowiązków domowych, wymagamy samodzielności, robimy wszystko, by mogły funkcjonować samodzielnie. Dzieci robią niesamowite postępy i będą robić je dalej, ale tylko pod warunkiem intensywnej rehabilitacji ruchowej i intelektualnej. Najlepszym rozwiązaniem są specjalistyczne turnusy, w trakcie których maluchy ćwiczą codziennie ze specjalistami, a ja uczę się metod pracy z nimi w domu. To ogromny wydatek, dlatego bardzo prosimy o pomoc. Im więcej Alan i Wanessa nauczą się teraz, tym mniej wsparcia będą potrzebować w przyszłości. Mimo swoich chorób nie będą wtedy gorzej funkcjonować od innych!
Jeśli chcesz pomóc państwu Bąkowskim w zebraniu pieniędzy na turnusy rehabilitacyjne (potrzeba prawie 50 tys. zł) wpłać pieniądze za pośrednictwem portalu Siepomaga.pl. W Zakładce „Potrzebujący” odnajdź tytuł „Nasze dzieci nie muszą być gorsze” i wesprzyj Wanessę i Alana. Akcja potrwa do 31 lipca.
Pomóc możesz także wpłacając pieniądze przez fundację Złotowianka: Wanessa i Alan Bąkowscy B/48, SBL Zakrzewo 25 8944 0003 0002 7430 2000 0010.
Na podstawie inf. portalu Siepomaga opracował Łukasz Opłatek
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Nie szczepcie swoich pociech , nie bedzie dzieci z bonusem ,koniec kropka.
Cudowni rodzice. Takich ludzi jest niewielu. Dziękuję Wam, że jesteście.
Pani Karolina ma wielkie serce, podziwiam !
Chyba niewiele osób wie,ale FAS to Plodowy Zespół Alkoholowy, gdzie przyczyną tej choroby jest spożywanie alkoholu,bedac w ciąży. Nie wiem jak tu to wyglądało, jednak życzę powodzenia i trzymam kciuki za dzieci i ich leczenie.
Mi też. Wspaniali ludzie!!!! To cud że tacy jeszcze istnieją.
Az mi serce zcisnelo czytajac historie tych maluszkow...Bardzo dziekujemy ze sa tacy ludzie jak Panstwo, zyczymy wszystkiego dobrego dla Panstwa i dzieci.
Nie szczepcie swoich pociech , nie bedzie dzieci z bonusem ,koniec kropka.
Cudowni rodzice. Takich ludzi jest niewielu. Dziękuję Wam, że jesteście.
Pani Karolina ma wielkie serce, podziwiam !