Reklama

Kowale swojego losu - Zenon Polachowski i Antoni Kotarak

07/08/2016 18:00
To ostatni kowale na terenie gminy Łobżenica. Tradycje tego rzemiosła w ich rodzinach mają grubo ponad sto lat. Czy doczekają się następców?

Zawsze coś dłubałem

Mniej więcej w centrum Walentynowa, tuż przy drodze, znajduje się niepozorny budynek. Garaż, komórka? Nie, to gminna niegdyś kuźnia, w której pracę rozpoczynał ojciec pana Zenona. Jego dziadek – Dominik swój warsztat kowalski miał w nieodległym Wiktorówku.

Jest prawie oryginalna, zmienił się tylko dach

– wspomina miejscowy kowal, który swoją siedzibę od lat 50. ma już w innym miejscu. Jednak zanim do niej dojdziemy warto wspomnieć, że kowalem w tej rodzinie był nie tylko Antoni Polachowski, ale także jego bracia.

Reklama

Jeden z nich działał w Złotowie, dokładnie w tym samym miejscu, gdzie jeszcze niedawno był salon fiata

– tłumaczy pan Zenek.

Jego gospodarstwa nie sposób ominąć ot tak, nie zwrócić na nie uwagi. Trawnik przed domem zdobią stare maszyny rolnicze oraz różnego rodzaju własnoręcznie wykonane ozdoby, z drewna i z metalu.

Ja zawsze coś dłubałem i tak mi zostało. To się nawet teraz, na emeryturze, gdy mam więcej czasu nawet pogłębia

– śmieje się mój rozmówca.

Jak się zostawało kowalem?

– pytam.

Do kuźni zaglądałem od dziecka. To było dla mnie dość naturalne, bo tam się zawsze coś działo. Ruch był, że hej, bo kowal to był we wsi poważany człowiek. Mając kilkanaście lat pomagałem już ojcu z bratem, bo zdarzało się, że gdy przychodził czas wymiany podków czy obręczy na wozach pracy było tyle, że ustawiała się kolejka, jak dzisiaj w serwisach oponiarskich przed zimą czy na wiosnę

Reklama

– mówi pan Zenon. Jednak zwodu uczył się nie tylko od taty.

Poszedłem do szkoły zawodowej w Nakle nad Notecią, żeby zdać egzamin na czeladnika. To była końcówka lat 60–tych. Najpierw uczyliśmy się teorii, m.in. jak kuć konie. Zaliczenie odbywało się w Bydgoszczy i polegało na tym, że trzeba było z dwóch kawałków płaskownika wykuć podkowę oraz toporek

– wspomina pan Zenon. Podkowa do dzisiaj wisi na drzwiach jego kuźni, a co z narzędziem do obróbki drewna?

Renowacja zabytkowych, kutych elementów to jedna z umiejętności pana Antoniego, dla którego nie ma chyba rzeczy niemożliwych do wykonania z metalu

Reklama

​Najładniejsze prace zostawały w tamtejszym archiwum, żeby stanowić wzór dla następnych roczników. Mój toporek tam właśnie został, za dobrze go zrobiłem

– wyjaśnia, śmiejąc się, kowal z Walentynowa.

Gdy ja zaczynałem pracę koni było coraz mniej, więc trzeba też było zajmować się gospodarstwem. Jednak wtedy dla kowali pojawiło się nowe wyzwanie: przerabianie maszyn rolniczych, które wcześniej ciągnęły konie pod traktory, niektóre z nich są użytkowane do dzisiaj

– wyjaśnia mój rozmówca.

Nic się nie zmarnuje i zawsze jest coś do zrobienia. Oto dzieło p. Zenona Polachowskiego, które wskazuje mu skąd wieje wiatr

Reklama

Dryg do tworzenia rzeczy niepowtarzalnych, nie tylko ze stali, został mu do dzisiaj.

Kowal jako artysta zaczął być postrzegany dopiero jakieś 20–30 lat temu. Wtedy zaczęła się moda na płoty, kute ręcznie dekoracje, ale ja lubię też dłubać w drewnie, taka „Złota rączka” ze mnie

– mówi Zenon Polachowski. To on jest autorem oryginalnego witacza przy wjeździe do Walentynowa oraz przerobionej lampy, która zdobi wyremontowaną niedawną komunalną kamienicę przy ul. Sikorskiego w Łobżenicy.

Przyjechał burmistrz i zapytał, czy dałoby się ją zrobić w takim starym stylu. Powiedziałem, że się da i zrobiłem

Reklama

– mówi pan Zenek, którego kuźnia przenosi w inny świat. Świadomość, że sadza na ścianach ma miejscami 70 lat, a miechy do podtrzymywania ognia w palenisku[[pay]] (gdzie temperatura sięga 1300 st. C!) i większość narzędzi są jeszcze starsze robi wrażenie.

A co z następcą?

– pytam. Pan Zenon uśmiecha się i wzrusza tylko ramionami.

Co roku przychodzą do mojej kuźni dzieci z przedszkola, może któreś z nich to zainspiruje...

Kowal od pszczół

Historia kowalstwa w rodzinie Kotaraków sięga 1885 roku.

Zapoczątkował ją mój dziadek Franciszek, rocznik 1861, który do Luchowa, aby objąć posadę kowala, przyszedł po ślubie z babcią Cecylią z domu Kołodziej

Reklama

– rozpoczyna Antoni Kotarak. Kuźnia stała na rozdrożu, w centrum wsi, vis a vis głównej siedziby majątku właściciela miejscowości, gdzie dzisiaj mieści się szkoła podstawowa. Kotarakowie otrzymali dom, w którym na świat przyszła ósemka dzieci. Niewielki budynek stoi we wsi do dziś, a rozpoznać go można po wyrytych na szczycie inicjałach „FK”.

Tę podkowę na zakończenie kursu podkuwaczy koni w 1920 roku otrzymał ojciec pana Antoniego

Mój ojciec, też Antoni, poszedł w ślady dziadka. Urodził się w 1900 roku, a terminował u niego już w 1916

Reklama

– mówi pan Antoni i z zestawu rodzinnych pamiątek wyciąga zdjęcie. Uwieczniono na nim kilkudziesięciu młodych mężczyzn, ubranych w wojskowe, polskie mundury. Wiele tłumaczy sygnatura: „Wojskowa Szkoła Podkuwaczy Koni, Poznań 1920 rok”.

Ojciec zaciągnął się na ochotnika do wojska pod koniec pierwszej wojny. Później walczył jeszcze w Powstaniu Wielkopolskim

– wyjaśnia pan Antonii i pokazuje jeszcze coś: podkowę, opartą o końską nogę, która świadczy o tym, że jego ojciec ukończył wojskową szkołę. Z tego okresu zachował się też odręcznie zapisywany notatnik, w którym znajdują się informacje, jak zrobić dobrą podkowę.

Reklama

W 1924 roku umarł dziadek Franciszek, po nim ojciec przejął kuźnię. Szanowany był bardzo, bo proszę sobie wyobrazić, że gdy trafił do gestapowskiego więzienia, bo podejrzewano go o ukrywanie broni, to miejscowa ludność niemiecka, łącznie z jednym z największych miejscowych oprawców Zimmerem, się za nim wstawiła. Żadnej broni nigdy nie odnaleziono, ale gdyby wszystko wydarzyło się tydzień później ojciec  pojechałby transportem do Oświęcimia

– rodzinne losy przedstawia pan Antoni. On urodził się w 1943 roku i od kiedy tylko pamięta zaglądał do kuźni.

Reklama

Jak miałem 15–16 lat ojciec wiązł mnie na ucznia razem z bratem Andrzejem. Później poszedłem do szkoły zawodowej w Łobżenicy. W drugim roku nauki szkoła wysłała mnie na kurs doskonalenia zawodowego w zawodzie: ślusarz do SZ w Świeciu nad Wisłą. W trzecim roku nauki trafiłem z kolei na kurs doskonalenia zawodowego kowali do Mątew koło Inowrocławia. Chcąc szkolić uczniów musiałem uzyskać jeszcze kurs spawacza gazowego i elektrycznego, który ukończyłem w Nakle  nad Notecią

– wspomina.

Roboty był ogrom, dlatego w 1968 roku postawiłem tę kuźnię, którą mam do dzisiaj, bo w tej starej było już zbyt ciasno. Robiło się wszystko, bo nie było sklepów z narzędziami. Jak coś się zepsuło, czegoś zabrakło to ludzie jechali do kowala. Żyło się z tego bardzo dobrze – nie powiem, ale to też bardzo ciężka robota

Reklama

– mówi pan Antoni.

Franciszek Kotarak (z wnuczką na kolanach) trafił do Luchowa w 1885 roku. Od tego czasu ta rodzina zajmuje się we wsi kowalstwem

A jak było z dostępem do surowca do obróbki, węgla?

– pytam.

Mieliśmy przydziały, np. tona węgla na pół roku. Jechało się po to do Nakła. Tam też ze składu pobierało się płaskowniki, pręty, sztaby żelaza

– wylicza pan Antoni.

To wystarczało?

– dopytuję. Uśmiech na twarzy mojego rozmówcy od razu zdradza, jak było.

Nie było łatwo. Robiło się z tego co szło zdobyć, a jak czegoś brakowało przerabiało się rzeczy niepotrzebne. Dla przykładu gwoździe – brało się kawał żelaza, rozgrzewało, ciągnęło w pręt, a później cięło na gwoździe. Podkowy robiliśmy przerabiając zużyte obręcze kół. Ponieważ od dawna w naszym domu hodowano pszczoły sam budowałem miodarki, bo nie szło tego kupić, a było potrzebne. Powstało ich ze 30, każdej zimy po 2, 3

– mówi Antoni Kotarak. Mistrzem w swoim fachu, zrzeszonym w Cechu Rzemiosł Różnych w Złotowie, został w 1970 roku.

Nasza rodzina wśród okolicznych kowali miała opinię fachowców od koni. Ludzie przyjeżdżali więc nie tylko z Luchowa, ale też wielu okolicznych miejscowości, nawet znacznie oddalonych

– mówi pan Antoni. Gdy konie przestały przyjeżdżać do niego, to on wybierał się do nich.

Zdarzało się, że dostawałem zlecenie na podkucie 300–500 koni. To powtarzało się 2–3 razy do roku. Siedziałem wtedy miesiąc poza domem. Ponadto przez 10 lat pracowałem na rzecz stadniny w Dobrzyniewie, ale człowiek ma już swoje lata i coraz bardziej czuje, że praca kowala to oprócz zmysłu technicznego i technicznej wyobraźni także ciężka praca fizyczna. Po którejś z takich akcji czułem się, jakbym miał ręce z drewna zrobione

– tłumaczy pan Antoni. Nadszedł czas, żeby odpocząć.

- Moda na kowalstwo artystyczne zaczęła się u nas w latach 80. i przyszła z Niemiec - mówi p. Antoni

Jestem na emeryturze, ale czasem coś jeszcze robię. Nie da się inaczej, jak się całe życie miało jakieś zajęcie. Fakt, że teraz bardziej zajmuję się pszczołami, ale od kowalskiej roboty nie stronię. Jakiś czas temu odtwarzałem krzyż z remontowanego kościoła w Brzyskorzysławie, robię też elementy dekoracyjne do domów i obejść

– pan Antoni pokazuje, jak trwała jest jego robota na tle chińskiego odpowiednika, który wykonują maszyny. A co z następcami?

Antoni Kotarak połączył dwie pasje. Kowalstwo i pszczelarstwo. Swego czasu był fachowcem od budowy miodarek

Mam dwóch synów Krzysztofa i Grzegorza. Wiele wskazywało na to, że Grzegorz przejmie tę schedę, ale dziś jest inżynierem – konstruktorem w wojsku i chyba bardziej woli projektować niż pocić się w kuźni. Może któryś z wnuków? Kuźnia ich interesuje, więc kto wie…

– śmieje się pan Antoni i dodaje.

Ważne, żeby robili to z pasją, z przekonaniem, pod szyldem swojego zawodu. Bo kowal czy każdy inny rzemieślnik powinien być mistrzem nie tylko na papierze. Powinien świadczyć o mistrzowskim kunszcie swoją pracą.[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Alicja - niezalogowany 2016-08-09 20:38:18

    Mój tato jest też kowalem ;-)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości