Mówią, że to Korea. Nic podobnego - to czysty Meksyk
Mieszkańcy Korei, jak wszyscy nazywają Sypniewko Folwark, osadę leżącą pośrodku niczego, wyjątkowo mocno uczepili się życia. Bieda od lat trzyma tam nóż na gardle – ci, którzy nie chcą stać się jej łatwym łupem, chwytają się brzytwy. Niejeden się zaciął.
- Tu wszystko jest po kryminałach – uogólniając trochę Grzegorz Werner, mieszkaniec Korei, nie waha się mówić prawdy. - Wyłudzenia, kradzieże – to ma być chleb powszedni ludzi, na których nie czeka lepsza przyszłość. - Złodziej siedzi na złodzieju – mężczyzna nie boi się użyć mocnych słów. W sercu lasu co rusz rozbłyskuje zatem niebieski kogut. Policja. Interwencje w Korei to standard. Tu nie ma świętości. Nie ma też poszanowania dla majątku sąsiada. Wszystko, co można spieniężyć albo samemu wykorzystać, może zniknąć w mgnieniu oka. Wystarczą chwila nieuwagi, niezakluczone drzwi. - Na każdym kroku trzeba je zamykać – instruuje mój rozmówca, tłumacząc, że kiedyś tak nie było.
Sprzymierzeńcem jest noc. - Jak ktoś sobie opału nie wyrobi, to weźmie drugiemu z szopki. W zeszłym roku zginęła mi gdzieś przyczepa drewna – opowiada pan Grzegorz. Zgłosił sprawę na policję? A gdzie tam! - Po co? - pytanie goni pytanie. I tak nie znajdą.
[[reklama]]
Komuno, wróć!
Nazwa Sypniewko Folwark to spadek po poprzednim ustroju – kiedyś osada budowała PGR Sypniewo. Czasy komunistycznej świetności dawno już jednak minęły – dziś jakieś cztery kilometry od Sypniewa rozpościera się nieciekawy widok. Przybyszów wita przydrożny krzyż i jest to chyba najładniejszy element krajobrazu. Dalej w kątach czai się bieda.
Wzdłuż lewej strony drogi ciągną się w większości zdemolowane szopki. Z wielu z nich bez większych przeszkód można podziwiać niebo. Zapadnięte dachy, zgniłe drzwi, sypiące się cegły. Puste otwory po oknach. Z części kratki, dzielące dawniej szyby, zniknęły. Zasiliły jeden z transportów złomu. Mało kto decyduje się tutaj coś naprawić – większość szopek należy do spółdzielni, a w nie swoje nikt pieniędzy ładować nie zamierza.
Po prawej stronie zabudowania – cztery dwurodzinne domy. Na progu ostatniego z nich czeka mój rozmówca. Pyta o drogę. „Jedzie się tu jak na koniec świata” - żartuję. - Gorzej jak na koniec świata – odpowiada zupełnie poważnie. Bez przesady... Jest chyba jakaś przyszłość. - Ja jej nie widzę – rzeczowo odpowiada pan Grzegorz. Mężczyzna, zarabiając najniższą krajową, siłuje się z życiem jak może. - Jak rachunki zapłacę to nie ma na życie. Jak zrobię zakupy – odwrotnie – opowiada. Pracuje jako jedyny z trójki domowników. Mieszka z żoną i synem, troje dzieci już się usamodzielniło. Lżej jednak nie jest. - Kupa nędzy i brak pieniędzy – mimo nieciekawej sytuacji życie mieszkańców Sypniewka stara się komentować na wesoło. Sam pracy trzyma się mocno, wie, że o inną byłoby bardzo trudno. Zresztą, jak mówi, tylko trzy osoby z całej Korei mają zatrudnienie. Trzy osoby na siedem rodzin. Na osiemnastu dorosłych.
Dlatego codziennie, bez względu na pogodę i samopoczucie, pokonuje rowerem cztery kilometry, by dotrzeć do pracy. – Czasami, jak nasypie śniegu, to trzeba iść pieszo – opowiada. - A noga sztywna – dodaje. To „pamiątka” po „rakietówce” z Brzeźnicy Kolonii. - Wpadłem kiedyś do bunkra, z jakichś ośmiu metrów walnąłem na beton. Złamałem nogę. Pisaliście o tym w „Aktualnościach” - przypomina.
Dzisiejsza sytuacja na rynku pracy kompletnie panu Grzegorzowi nie w smak, dlatego tęskni za komuną. Wówczas lepiej mu się powodziło. - Kto miał wtedy dług w sklepie? - pyta. - Nikt. A dzisiaj ledwo oddasz jedno i już drugie bierzesz na zeszyt […]. Teraz Jaruzelskiego chcą sądzić, a powinni go na rękach nosić – uważa. Jakie wyjście dziś ma bezrobotny człowiek? - Iść do opieki albo kraść – pan Grzegorz nie ma złudzeń. W kapitalizmie przyszło mu żyć bez prądu.
Powód: ciągle ten sam
Nie tylko drewno ma w Korei zdolność dematerializowania się. Bywa, że wykazują ją również zwierzęta, konkretnie psy. Panu Grzegorzowi „zginął” pies, długowłosy owczarek niemiecki. Zmienił właściciela – bynajmniej nie za jego przyzwoleniem. – Wiem, kto to – wyjaśnia G. Werner. - Nabluzgałem, ale co to dało... Sprzedali.
Lepiej jest latem, kiedy działalność rozpoczynają skupy runa leśnego – jeśli pogoda sprzyja, każdego dnia można zarobić na zakupy. Poza tym czas inaczej płynie, można zagospodarować kawałek ogródka. Tylko dzieciaki wciąż nie mają co robić. - Plac zabaw miał być... - wspomina pan Grzegorz – ale nie ma. Jak to jest? Lepiej niech dzieci kamienie biorą i szyby wybijają? - zastanawia się.
Przedszkole
Pan Grzegorz w więzieniu nigdy nie siedział, siedział natomiast jego syn. Kilku sąsiadów również – w tym także kobiety. Jak słyszę – zawsze za przewinienia związane z finansami.
Potwierdza to jeden z sąsiadów. O życiu w Korei za wiele nie chce mówić, bo nie jest na bieżąco. - Dopiero wyszedłem – przyznaje. - W kryminale byłem, cztery lata siedziałem.
Jak tam jest? - Jak w przedszkolu. Masz karę, musisz odsiedzieć.
Patrycja Koplin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze