Pewnie zaraz paru czytelników w duchu zakrzyknie, że przecież widziało F150 nawet na polskich numerach. No tak – takich aut jest garstka, ale to, że pamiętasz spotkanie z nim, jest najlepszym dowodem na to, że to nie jest codzienne wydarzenie. Ale dlaczego F150 nie przyjął się w Europie?
Ford F150 jest swego rodzaju ewenementem na rynku motoryzacyjnym. To auto z historią toczącą się od półwiecza, zaprojektowane jako wół roboczy (może wołek, bo pierwsze wersje można by prawie zapakować na pakę najnowszego modelu) i jednocześnie jedna z nielicznych terenówek, które nawet we współczesnej formie radzi sobie poza asfaltem. W Europie tego typu auta po prostu nie są potrzebne. Nawet na Bałkanach i na północy Skandynawii jest to rozwiązanie niepraktyczne, zwyczajnie niepotrzebne. F150 w Europie po prostu nigdy nie zbudował sobie takiej legendy.
Spójrzmy na sprawy uczciwie: żadne Europejskie miasto nie zostało zaprojektowane z myślą o samochodach w ogóle, a o dużych samochodach tym bardziej. Historyczny układ i jakieś dziwne przywiązanie, które nawet dziś każe trzymać się dziwnych koncepcji urbanistycznych „najpierw osiedle, drogi może kiedyś” sprawiają, że poruszanie się taką landarą byłoby zwyczajnie niewygodne. Nie chodzi nawet o parkowanie (F-150 nie ma szans zmieścić się nawet na miejscu pod hipermarketem, nie wspominając o strefach płatnego parkowania), ale o samo manewrowanie autem.
I do tego warto dodać, że F150 jest za duży na auto na terenową przygodę, za dużo pali w mieście, może robić milion rzeczy, z których ani jedna nie ma znaczenia dla Europejczyków. Ten samochód po prostu jest tak absurdalnie zbędny w naszych warunkach, że aż znajdują się ludzie, którzy chcą go mieć. A wyposażenie? Serwis bestvin.pl podpowiada, że można taniej znaleźć auta z dużo lepszym.
Obecna wersja F-150 odeszła od pierwowzoru praktycznego auta tak daleko, jak to tylko możliwe. Owszem, to nadal samochód, który w teorii może naprawdę wiele, ale w praktyce stał się dużo delikatniejszy, a właściwie dużo droższy i trudniejszy w naprawie. Jego serwis jest trudny (a to znaczy – czasochłonny, a czas to pieniądz) i jeśli ktoś ma sporą górkę pieniędzy, to może kupić inne auto, które też będzie przyciągało wzrok, a sprawi mniej problemów. Nafaszerowanie terenówki elektroniką nie mogło się dobrze skończyć.
I dodajmy jeszcze, że w wielu krajach Europy obowiązuje nielogiczny sposób (tak jak w Polsce) obliczania wysokości OC od pojemności silnika, a nie mocy (stąd koszmarki w stylu 1.2 biturbo). Ford byłby koszmarem dla każdego, kto zobaczyłby samą wycenę.
Można oczywiście postarać się o sprowadzenie przez salon F-150 w Europie. Nie takie rzeczy można przecież wysyłać. Ale prawdziwy klimat ma tylko wersja amerykańska, a znów przystosowanie jej do wymogów europejskich to kolejny wydatek, nie wspominając o tym, że sprawdzenie stanu auta bywa bardzo trudne. W tej sprawie pomaga carvertical.com/pl/ford-vin-decoder, ale nie wszystkie wady udaje się znaleźć nawet przy dokładnym prześwietleniu, a są tu naprawdę przerażające kwiatki w stylu sprowadzonych po wyzłomowaniu na skutek dachowania. Trochę za duże ryzyko nawet dla fanatyków tego modelu.
Artykuł sponsorowany
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!