Obrywane rynny, poczerniały tynk, łuszcząca się farba i puste silosy-tyle zostało po świetnie prosperującej niegdyś gorzelni
Budynek położony w bliskim sąsiedztwie Uniwersytetu Ludowego najlepsze czasy ewidentnie ma już za sobą. Znaki dawnej świetności zatarł czas, tylko umieszczony na górującym ponad wsią kominie wciąż jeszcze wyraźny napis PPHU Wieccy przypomina, że jeszcze kilka lat temu produkcja spirytusu szła tutaj pełną parą. Od dawna – już w 1945 roku, i jest to informacja pewna, w Radawnicy pędzono wysokoprocentową ciecz. Jej walory smakowe mieli okazję poznać szarżujący na Grudną Rosjanie, którzy – mówiąc dobitnie – spili się wówczas niemiłosiernie. - Wszystko jest dla ludzi – o mocnych trunkach mówi Grzegorz Skobel, były pracownik radawnickiej gorzelni – ale wypić też trzeba umieć. Ci, którzy nie wylewali za kołnierz nie zagrzali tutaj długo miejsca – jak wspomina nasz rozmówca, kierownik nie tolerował promili we krwi pracowników. - Trzeba było być odpowiedzialnym – wyjaśnia G. Skobel, tłumacząc, że choćby para mogła stanowić dla nietrzeźwych zagrożenie; o poparzenia nie było trudno. Tykająca bomba Ogromne piece z łatwością pochłaniały tony węgla. Pan Grzegorz pracował przy ich obsłudze, wie zatem, że fucha palacza nie była łatwa. - Trzeba było mieć wszystko na oku. Niedopilnowane piece to jak tykająca bomba – praca w sercu gorzelni wcale nie należała do najspokojniejszych. Zanim jednak G. Skobel trafił do kotłowni, pracował jako zacierowy, od niego rozpoczynał się proces produkcji spirytusu. Pokrótce opisując, procedura wyglądała tak: najpierw zboże trafiało do dużego parnika, a potem do zacierni. Tam dodawano enzymy i odstawiano na dwie doby. Zachowanie odpowiednich proporcji wymagało wiedzy i doświadczenia. Doświadczenie przyszło z czasem, skąd zatem laik, który nigdy nie miał do czynienia z produkcją spirytusu wiedział, jak przebiega ten proces? Z książek. - Kserowałem książki i sam się uczyłem – opowiada G. Skobel. Nieocenionymi wskazówkami i pomocą zawsze służyli też kierownik obiektu i jego właściciel. - Był dla pracowników bardzo dobry – tak byłego pracodawcę wspomina nasz rozmówca. Dlaczego więc po 6 latach pracy odszedł z gorzeli, w czasie, kiedy ta jeszcze funkcjonowała? - Dostałem propozycję pracy w MOS-ie – wyjaśnia pan Grzegorz. - Przyjąłem ją, bo czułem, że gorzelnia pomału się kończy... Zanim jednak po raz ostatni przekroczył bramę zakładu nauczył się też pracy na stanowisku aparatowego. Podobnie jak w przypadku zacierowego, nie było łatwo. By się sprawdzić, znów trzeba było przysiąść nad książkami.
[[reklama]]
Odpędzić zacier, co było końcowym etapem produkcji spirytusu, trzeba było po prostu umieć. Z kadzi ten wędrował do cystern i auta z radawnickim surowcem rozjeżdżały w cztery strony Polski. Wydajność była całkiem spora – w gorzelni najpierw pracowało się na dwie, a potem już na trzy zmiany. Od kilku lat brama jest już jednak zamknięta. Nikt nie wchodzi, nikt nie wychodzi, cisza. Rozległy teren zarasta, budynek niszczeje. - Kiedyś wyglądał naprawdę ładnie – wspominając dawne czasy przekonuje pan Grzegorz. Czas radawnickiej gorzelni, przynajmniej póki co, się skończył. Stara Wiśniewka pędzi do przodu, Łąkie również. Może i w Radawnicy znajdzie się odważny, który tchnie w gorzelnię drugie życie?
Patrycja Koplin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze