Ma wielkie marzenia, które chce realizować w małym mieście. Jej życie to muzyka, fotografia, moda, wizaż i... motocykle. Rozmowa z Joanną Łodkowską
Kiedy zaczęła się Twoja przygoda z krajeńską kulturą? Ile lat miałam dokładnie nie pamiętam, ale pewnie niewiele. Od dziecka uczęszczałam na zajęcia organizowane w Krajeńskim Ośrodku Kultury, bo po prostu mi się one podobały, jednak tak na poważnie zaczęłam się tu udzielać będąc w gimnazjum.
Pracowałam wtedy w KOK w ramach wolontariatu. Brałam też udział w konkursach recytatorskich, spotkaniach teatralnych pod okiem obecnego dyrektora. Później awansowałam na konferansjerkę, ale gdy zaczęłam chodzić do liceum do Piły ten kontakt się urwał.
[[reklama]]
Teraz jesteś znów w KOK, ale w zupełnie innej roli. Nie jako osoba, która szuka ciekawej oferty kulturalnej, lecz ktoś, kto ma tę ofertę zapewnić. Marzyłaś o takiej pracy? Teraz z każdym dniem uświadamiam sobie, że tak, ale na początku miałem nieco inne plany. Zaraz po ukończeniu liceum wyjechałam do Poznania, by tam uczyć się wizażu i stylizacji. To mnie zawsze interesowało i interesuje nadal. Rozpoczęłam też pracę w salonie optycznym. Za cel postawiłam sobie otwarcie własnego salonu kosmetycznego.
Wszystko układało się całkiem nieźle. Pewnego dnia, jakoś pod koniec 2011 roku zadzwonił telefon. To był dyrektor KOK Karol Adler, który zaproponował mi, żebym wróciła do Krajenki i rozpoczęła pracę w ośrodku. Miałam zająć się animacją kultury, koncertami i propagowaniem naszej działalności w internecie. Nie zdecydowałam się od razu, ale wreszcie z różnych względów, w tym także miłosnych, bo mój chłopak został w Krajence, a ja nie uznaję związków na odległość, postanowiłam, że wracam.
Młodzi ludzie garną się jednak do „dużego świata, dużych możliwości”. Nie było Ci żal, nie zastanawiałaś się, że coś Cię może ominęło? Nie tęsknię za zgiełkiem dużego miasta. Lubię rytm małych miasteczek, takich jak Krajenka czy Złotów. Nawet jeśli nie dostałabym tej propozycji z KOK, myślałam o tym, by ten salon kosmetyczny, o którym wspominałam, otworzyć gdzieś w okolicy.
Wiadomo, że klientek byłoby mniej, ale nie w tym rzecz, by wszystko przeliczać na pieniądze. Czuję się związana z miejscem, z którego pochodzę. A wielki świat? Z chęcią go zwiedzam, gdy udaje mi się odłożyć trochę grosza, ale nie chciałabym mieszkać w kilkumilionowym mieście, pełnym betonu, hałasu, korków i ludzi, którzy są wobec siebie całkowicie anonimowi.
[[reklama]]
Pamiętasz swój pierwszy dzień w pracy, pierwszy koncert, imprezę, którą przyszło Ci organizować? Zaczęłam pracować z początkiem stycznia 2012 roku. Pamiętam, że był stres, który jednak dodawał motywacji. Pierwszą imprezą - koncertem był BluesSounds. Sprawa raczej niszowa, w zorganizowaniu której dość mocno pomagał mi dyrektor. Później było już lepiej. Festiwal Piosenki Czerwonokrzyskiej zorganizowałam w większości sama. Z każdym kolejnym wydarzaniem starałam się udowodnić i sobie, i ludziom, i dyrektorowi, że...
To tylko fragment artykułu Szymona Chwaliszewskiego z AL 21/2014, s. 30
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze