Pani Monika Gręda nie chce współczucia. Marzy tylko o jednym: aby problem rozwiązano raz na zawsze. Skorzystają na tym nie tylko Grędowie, a przede wszystkim przechodnie, którzy w deszczowe dni zmuszeni są do uprawiania tutaj swego rodzaju wyścigów i gimnastyki. Wszystko za sprawą tworzącej się przy ul. Leśnej 33 kałuży. Gdy jedzie samochód, a często są to ciężarówki, aby wyjść z tej sytuacji suchym trzeba nieźle się nawyginać. Na pewno z ulgą odetchną urzędnicy, którzy nie będą musieli już słuchać narzekań okonczan i odpowiadać na kolejne pisma pani Moniki.
Pierwsze wysłałam w październiku 2016 rok. I tak korespondujemy sobie z urzędem do dziś. Ostatnie nadałam w czerwcu. Mam wrażenie, że nikt już mnie tam nie traktuje poważne. Może jak media się tym zajmą to wreszcie coś ruszy?
Reklama
– zastanawia się nasza rozmówczyni. Sprawa kałuży w tym rejonie Okonka jest znana urzędnikom, a także wielu radnym od dawna. Zimą tę kwestię poruszono m.in. na jednej z sesji Rady Miejskiej. Od strony ulicy znajdują się pokoje rodziców i ich 4–letniej córki. Najbardziej narażone jest to ostanie pomieszczenie. Woda rozjeżdżana przez samochody bezpośrednio leje się właśnie na tę stronę.

Kałuży już nie ma, ale wilgoć na ścianie pozostała
Wcześniej nie wiedzieliśmy o pleśni. Ściany pokryte były panelami. Gdy jesienią zrobiliśmy gruntowny remont okazało się, że nie wygląda to najlepiej. Nie utożsamialiśmy tego jednak od razu z kałużą przy domu
Reklama
– wspomina pani Monika.
Mąż jest budowlańcem, do remontu podszedł profesjonalnie. Grzyba nie było. Po ulewach znowu jednak pojawił się w rogu pokoju
– dodaje. Na początku nasi bohaterowie próbowali odzyskać odszkodowanie od ubezpieczyciela. Ten jednak stwierdził, że nie będzie to możliwe, bo budynek narażony jest na stałe zalewanie wodą szczytu budynku.
Zróbmy to razem – Państwo Grędowie są właścicielami nieruchomości, gmina natomiast drogi przy ich domu. Logicznym zatem jest dla pani Moniki, że...
W grupie siła – Pani Monika, nie dając za wygraną, w sprawę zaangażowała także innych mieszkańców Okonka. Stworzyła petycję, w której pyta o to, czy...
Dogadajmy się – Pani Monika rozumie, że gminy nie stać na szybkie rozwiązanie sprawy, ale problem jest przecież znany od lat. Sama usilnie od jesieni zabiega o...
Państwo Grędowie są właścicielami nieruchomości, gmina natomiast drogi przy ich domu. Logicznym zatem jest dla pani Moniki, że problem obie strony muszą rozwiązać razem. W domu remonty mogą oczywiście nadal przeprowadzać. Po ulewnych deszczach na nowo zaprawiać i malować ściany, ale to mija się z celem, a ponadto są to koszty niewynikające bezpośrednio z ich winy.
W kwietniu grzyb pojawił się znowu. Rzeczoznawca oszacował straty na 700 złotych. Chciałabym, aby urząd mi za to zapłacił. Za to, że mimo wielu pism wcześniej nie zajął się tą sprawą i naraził nas na kolejne wydatki
– mówi pani Monika.
Jednym z pomysłów, które im zaproponowałam było ustawienie barierki, takiej jak te przy ul. Szczecińskiej. W odpowiedzi dowiedziałem się, że to niemożliwe, bo wtedy zmniejszy się szerokość chodnika, przez co nie będzie spełniał on obowiązujących norm
– wyjaśnia.
Pani Monika, nie dając za wygraną, w sprawę zaangażowała także innych mieszkańców Okonka. Stworzyła petycję, w której pyta o to, czy są oni za ustawieniem barierek przeciwbłotnych, aby móc tą stroną jezdni przejść bez obaw o ochlapanie.
Zebrałam ponad 100 podpisów. Petycję dołączyłam do jednego z moich listów
– mówi. Urzędnicy nie pozostali obojętni na ten odzew, niemniej jednak podtrzymali swoje zdanie co do tego, że barierki tutaj nie będą zamontowane. Zaproponowali inne rozwiązanie. W jednym z pism do państwa Grędów zapewnili, że do dnia 31 maja 2017 roku gmina na własny koszt wykona montaż wpustu kanalizacji deszczowej oraz ścieków przykrawężnikowych, co powinno rozwiązać problem wody stojącej na jezdni. Tyle że jest połowa czerwca, a nic w tej kwestii się nie zadziało.
Pani Monika rozumie, że gminy nie stać na szybkie rozwiązanie sprawy, ale problem jest przecież znany od lat. Sama usilnie od jesieni zabiega o interwencję, wykazując przy tym poniesione koszty.
Przecież my też płacimy podatki, nie zalegamy z opłatami. W ten dom włożyliśmy kilkadziesiąt tysięcy złotych. Spłacamy jeszcze hipotekę, dlaczego nasz budżet domowy ma być cały czas nadszarpnięty przez coś, na co nie mamy wpływu?
– pyta pani Gręda i po raz kolejny, tym razem na łamach naszej gazety, prosi o rozwiązanie problemu.
Póki co moja córka nie choruje, wszystko jest w porządku – odpukać w niemalowane. Jak jednak wiadomo pleśń może powodować różne schorzenia, w tym astmę. Jeśli moje dziecko zachoruje na pewno nie będę już tak wyrozumiała
– zaznacza mieszkanka Leśnej 33.
***
Nasza redakcja do momentu publikacji artykułu nie otrzymała odpowiedzi z Urzędu Miejskiego w Okonku. Jakub Zabrocki, zastępca burmistrza Okonka nam jej nie odmówił, ale żadna informacja do nas nie dotarła. Pani Monika dostała natomiast zwrotną informację na pismo wysłane w maju, dotyczące zwrotu odszkodowania w wysokości około 700 złotych. Gmina nie zamierza dokonać tej wpłaty. Ponadto stwierdza, że przedstawiony przez państwa Grędów kosztorys nie posiada oryginalnego podpisu sporządzającego, a poza tym są na nim naniesione ręczne adnotacje bez podpisu ich autora. Co więcej, urzędnicy zaznaczają, że kosztorys był sporządzony przez przedstawiciela firmy ubezpieczeniowej do celów prowadzonej sprawy o ustalenie wysokości odszkodowania za szkody według wytycznych PZU S.A. Na tę odpowiedź nasza rozmówczyni wysłała zatem kolejny list, w którym pisze aby Urząd Miejskiej w Okonku w związku z zaistniałą sytuacją, w celu ostatecznego rozwiązania sprawy, sam wyznaczył kompetentnego rzeczoznawcę. Państwo Grędowie pismo nadali w zeszłym tygodniu.[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze