- Co, ku**a, cwaniaczku, mam Ci przyj**ać? Nie ma tu dla Ciebie miejsca - Robert Wasilewski stara się nie reagować na zaczepki. - Boję się, że w końcu nie wytrzymam, uderzę kogoś i pójdę siedzieć
Robert Wasilewski drogę z Grodna do Złotowa przemierza kilka razy w tygodniu. Nigdy autobusem, zazwyczaj ze znajomymi, na tzw. „okazję”, czasami pieszo. - „Cześć ziomek” - krzyczą do mnie na wioskach z kilometra – opowiada mężczyzna. - Lubię dzieci, lubię młodzież, więc mam z nimi dobry kontakt – dodaje, chwaląc się swoją ksywką – sołtys. [[reklama]] Społecznik
- Teraz będę przenosić skalniak, o tutaj – pan Robert wskazuje na miejsce przy „głównej” drodze w Grodnie. - Na plac przyjdzie ślizgawka, wszystko razem się nie zmieści – tłumaczy. - Mam jeszcze kosz do koszykówki i słupki do siatkówki, chce pani zobaczyć? - pyta. Idziemy na tyły jednego z budynków, odprowadzani kilkoma parami oczu. Za blokiem, koło szopki leży cały sprzęt. Mój rozmówca, prezentując, trąca go stopą. - Chyba wkopię go tam, w dole koło oczyszczalni – dłonią wskazuje kierunek. Patrzę. Patrzą też inni. - Opiekuję się tą oczyszczalnią, chodzę, zaglądam, czy wszystko jest w porządku. Wszystko mam na oku – opowiada R. Wasilewski. - Kiedyś w Grodnie nie było prądu. Energetyka przyjeżdżała, sprawdzała słupy i nie mogli znaleźć awarii. Dopiero ja poszedłem w pole i znalazłem zerwane druty. Wtedy naprawili – nasz rozmówca chwali się swoim zaangażowaniem w sprawy wsi. - Kiedyś Grodno było pogrążone w ciemności. Chodziłem do gminy, chodziłem i w końcu się udało, mamy lampy. Teraz muszę jeszcze jedną lampę załatwić, bo jednej pani rzucają kamieniami w okno i ona nie widzi kto. Już wszystko mam załatwione, jedną lampę tu obrócimy – wskazuje na ulicę – drugą założymy i skierujemy w drugą stronę, będzie w porządku – pan Robert jest tego pewien. - Dużo mi w gminie pomagają – nasz rozmówca jest ze współpracy z samorządem bardzo zadowolony. - Co ja poproszę, to mi dają. Mam paliwo, dlatego całą wiosnę i lato koszę trawę, zimą przywożą mi piach. Sypię drogę, żeby autobus mógł dzieci przywieźć, teraz podjeżdża tu na mały przystanek, nie trzeba już chodzić do drogi. O, przystanek też odnowiłem – przypomina sobie pan Robert. Razem z koleżanką go pomalowaliśmy, postawiliśmy kosz. Spalili go – tu zaczynają się kłopoty. - Zerwali karmnik dla ptaków, kopią mi w drzwi, wyzywają – lista nieprzyjemności jest dłuższa.
Siła prawa? Prawo siły?
Rozmawiamy pod blokiem z grupką mieszkańców wsi. Czy oni też mają problemy z młodzieżą? Cisza. Na początku mężczyźni nie są zbyt rozmowni, kilka rzeczy udaje się nam jednak dowiedzieć. - W naszym bloku jest spokój – mówią zgodnie, wyraźnie widać jednak, że taki stan rzeczy osiągnięto inaczej niż przez grzeczne prośby. - Mnie nikt nie zaczepia – pewnie mówi jeden z rozmówców. Najwyraźniej nie wszyscy mają tu równy autorytet. Z buntownikami radzi sobie również kobieta, która dołącza do naszej grupki dyskusyjnej, znaczące uśmiechy każą jednak przypuszczać, że również nie przez kurtuazję. [[nowa_strona]] - Na początku ganiałem ich, bo palili na klatce – R. Wasilewski ma na myśli grupkę czworga nastolatków. - Ja nie palę, sąsiedzi nie palą, a w mieszkaniach mieliśmy siwy dym. Normalnie oddechu nie szło złapać, a przecież to nie palarnia. I tak się zaczęło – wspomina mężczyzna. - Zaczęli mi dokuczać, wyzywać, popychają mnie – skarży się mężczyzna. – Co, ku*wa, cwaniaczku, mam Ci przyje*ać? Nie ma tu dla Ciebie miejsca – pod jego adresem mają padać takie inwektywy. - W ciągu dnia nie mogę spokojnie wejść na klatkę. Dopóki do domu nie wróci wieczorem brat, z którym mieszkam, jestem u mamy, bo nie chcę się wdawać w awantury. Ostatnio dzieciaki obrzuciły jej drzwi i okna kamieniami. Mnie na początku roku podpalili drzwi – idziemy zobaczyć. Przy zamku widać smużkę po podpaleniu. - Tu mi podpalili kabel telefoniczny. Telefonu już nie mam, ale ten kabel jest mój – tłumaczy, wskazując na przewód. - Pomalowałem klatkę, ale na razie daję sobie z tym spokój – oglądamy różowe ściany, teraz już brudne. - Nie reaguję na zaczepki, bo boję się, że w końcu nie wytrzymam, uderzę kogoś i pójdę siedzieć. Rodzice młodych nie interweniują? - Nie, niektórzy jeszcze w domu powiedzą: „ale mu dowaliliście”. [[reklama]] W ramach wdzięczności: mściwość
- Powiedzieli mi: „to nie koniec, to dopiero początek” - R. Wasilewski, chcąc położyć kres dokuczaniu, które rozpoczęło się w grudniu ubiegłego roku, zgłosił się do naszej redakcji. Liczy, że jego głos zostanie usłyszany. Może ktoś się za nim ujmie? - Boję się o tym mówić głośno, ale nie mam wyjścia. Chcę sprawę załatwić raz na zawsze, otwarcie, nie pozwolę, żeby mi mieszkanie dewastowali. Albo się poprawi, albo będzie jeszcze gorzej – podsumowuje. Jak w takiej sytuacji wykrzesać w sobie chęć do społecznej pracy? Jak mówi – bardzo łatwo. - Mam takie hobby. Podoba mi się pomaganie. Będę to robić dopóki będę mieć siłę. A wdzięczność? - Wdzięczność nie od wszystkich jest, niektórzy dają w zamian mściwość. Ale ja taki jestem, że i tak pomogę. Dzisiaj jestem zły, ale jak widzę, że się komuś krzywda dzieje, to ubieram kurtkę i idę. Jak ktoś przyjdzie, powie „pomóż” - pomogę.
Patrycja Koplin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze