Ta historia wcale nie zaczyna się na nowoczesnych konstrukcjach turbin wiatrowych. Jej początek sięga kilkadziesiąt lat wstecz i dotyczy świętej pamięci babci młodego inżyniera i jej brata.
To niebywałe, że moja zawodowa historia zbiega się z tamtymi wydarzeniami
– przyznaje młody inżynier elektrotechniki. Na początku naszego spotkania opowiada historię wspomnianej babci, Gertrudy Pikulik. Pochodziła ze znanej w Zakrzewie rodziny Horstów. Jako jedyna z rodzeństwa została na rodzinnym gospodarstwie. Jej bratem był Edmund Horst, który w wojennej zawierusze trafił do obozu koncentracyjnego. Tam nabawił się gruźlicy, stąd po wojnie wrócił do Zakrzewa mocno schorowany. Chcąc jednak ulżyć siostrze w pracy na gospodarstwie, postanowił wybudować jej prądnicę.
Można powiedzieć, że jak na tamte czasy był niezłym wynalazcą. Na przykład pastuchy, które sam robił, były w tamtych czasach niezłym osiągnięciem
– wspomina Artur. Brat jego babci obrobił topolę, na której miał zawisnąć zrobiony przez niego wiatrak. Edmund Horst zdołał wciągnąć konstrukcję na wysokość, ale silny wiatr ją strącił. Kolejne podejście już się nie udało i schorowany gruźlicą mężczyzna nie był w stanie dokończyć swojego dzieła.
Znałem tę historię, a ponieważ byłem bardzo związany z babcią, postanowiłem, że po latach, które minęły od tamtych wydarzeń, zrobię dla niej podobną, tyle że nowoczesną konstrukcję.
Reklama

Ta perspektywa może przyprawić o zawrót głowy
Młody Gabriel dotrzymał słowa. Przed śmiercią babcia zobaczyła dzieło zrealizowane przez wnuka.
Była bardzo szczęśliwa
– opowiada dumny.
To był dość rozbudowany i, jak na amatorski, to jednak całkiem zaawansowany projekt, oparty m.in. o mikroprocesor, który tysiąc razy na sekundę regulował pracą turbiny
– wspomina nasz rozmówca. Prace trwały ponad rok. Skrzydła wirnika liczyły 2,6 metra średnicy, początkowo były wykonane z materiałów PCV. Nie sprawdziły się, więc młody konstruktor zamienił skrzydła na jesionowe. Sam je wystrugał, obrobił, pokrył kilkoma warstwami lakieru.
To była bardzo solidna konstrukcja. Ważyła jakieś 30–40 kilogramów, produkcja prądu wynosiła do 1,5 kW
– wspomina inżynier. Wspomina, bo od jakiegoś czasu domowy wiatrak jest zdemontowany.
Fajnie funkcjonował przez kilka lat, ale wymagał bieżącego serwisu. Nie miałem na to czasu. Zwłaszcza że powiększyła się rodzina i doszły służbowe obowiązki, które wymagają dojazdów i nie było kiedy zająć się konstrukcją
– wyjaśnia. Mówiąc wprost, wiatrak swojego autorstwa zamienił na te wielkie, które w coraz większej ilości pojawiają się również na terenie naszego powiatu. Nigdy nie sądził, że tak potoczy się jego zawodowa kariera, choć techniczna szkoła zawodowa, późniejsze studium, a w ostateczności studia czynią go kompetentnym do pracy przy tych okazałych budowlach.
NAJWAŻNIEJSZE PIERWSZE WRAŻENIE - Wiatrak, który stworzył, okazał się idealnym tematem pracy inżynierskiej. Oczywiście obronionej na pięć i opatrzonej komentarzem…
REKORDZISTA - W tej pracy sprawność fizyczna jest nieocenionym atutem. Nadwaga i przewlekłe dolegliwości właściwie z niej wykluczają. I w tym względzie Gabriel nie ma problemów...
EKSPRESOWO W DÓŁ - Stwierdzenie, że to niebezpieczna praca to oczywistość. U góry może nas dopaść pożar, napięcie elektryczne, może zabić wysokość, bo jak spadniesz, a nie masz zabezpieczeń, nie masz żadnych szans...
BŁĘDY, PECH, NIESZCZĘŚCIA - Strach? Był na początku. Już się przyzwyczaiłem, ale o rutynie nie ma oczywiście mowy – zapewnia zakrzewianin. Kabiny, w których pracują[[pay]]
Wiatrak, który stworzył, okazał się idealnym tematem pracy inżynierskiej. Oczywiście obronionej na pięć i opatrzonej komentarzem…
Że nawet przesadziłem, że to zbyt duża praca jak na inżynierską
– wspomina profesorskie opinie. Krótko po tym postanowił poszukać pracy przy turbinach wiatrowych. Przejrzał oferty w internecie, trafiła się firma w Warszawie, do której należą wiatraki pod Margoninem, jednym z najbogatszych pod względem wiatraków obszarów naszego regionu. Tak Artur zawodowo związał się z Global Energy Service. Miło wspomina rozmowę kwalifikacyjną w stolicy.
Zanim zaczniemy rozmawiać, może pokażę, czym się interesuję
– na te słowa pokazał przyszłym pracodawcom swój projekt. Ten sam, którym sfinalizował studia, a który teraz otworzył mu zawodową drogę.
Byli bardzo zachwyceni. Jeszcze niedawno szefowa powiedziała mi, że ta moja praca i cała rozmowa kwalifikacyjna zrobiła na niej duże wrażenie
– nie kryje dumy. Jakie postawiono przed nim wymagania? M.in. znajomość angielskiego w stopniu przynajmniej komunikatywnym, a jednocześnie z dobrym opanowaniem technicznego języka. Do tego znajomość schematów elektrycznych, hydraulicznych no i brak lęku wysokości. Artur nie kryje, że nie jest łatwo znaleźć ludzi do tej pracy.
W naszej branży nieustannie narzekają na brak odpowiednich osób na rynku pracy
– przyznaje zakrzewianin.
Pracuje w kilkunastoosobowej ekipie, która obsługuje sześćdziesiąt wiatraków pod Margoninem i kolejnych kilkadziesiąt na innych obszarach kraju. Stąd raz na jakiś czas zdarzają się kilkudniowe wyjazdy w odleglejsze miejsca, ale najczęściej Artur pracuje w naszym regionie. Wyjazd przed szóstą rano, kilkudziesięciominutowy dojazd na godzinę siódmą pod Margonin, kolejnych kilka godzin pracy na wiatrakach i powrót do domu w okolicach szesnastej–siedemnastej. Tak wygląda tydzień jego zawodowych obowiązków. Tylko do pracy i z powrotem pokonuje łącznie blisko sto pięćdziesiąt kilometrów. Do tego dochodzą odległości przejeżdżane między wiatrakami. A na nich nie tylko usuwanie awarii, ale też regularne przeglądy. Niekiedy daje to pięć–sześć wejść i zejść dziennie na wysokie konstrukcje. Pracują w cztero–, a minimum dwuosobowych zespołach.
Samemu nie wolno wchodzić na górę
– zastrzega. Na każdym wiatraku są po kilka razy w roku. Najwyższe konstrukcje, na których pracuje zakrzewianin, mają po sto dwadzieścia metrów. Są w nich windy, ale często nie można z nich korzystać. Zostają drabiny.
Od czasu, kiedy pracuję przy wiatrakach, nabrałem należnego szacunku do słowa drabina
– przyznaje nasz rozmówca.

Młody inżynier we wnętrzu pomieszczenia, w którym kryje się główna część mechaniki turbiny (prywatne archiwum A. Gabriela)
W tej pracy sprawność fizyczna jest nieocenionym atutem. Nadwaga i przewlekłe dolegliwości właściwie z niej wykluczają. I w tym względzie Gabriel nie ma problemów. Swego czasu trenował sporty walki, regularnie chodzi na siłownię, a od jakiegoś czasu jego pasją są biegi ekstremalne. Tylko rodzinne i zawodowe obowiązki sprawiły, że nie wziął udziału w pierwszej edycji biegu Rage Run, który kilka dni temu odbył się w Łąkie. Jego umięśniona, wysportowana sylwetka najlepiej potwierdza, ile czasu poświęca zdrowemu trybowi życia.
Wejść po drabinie na wiatrak? Po trzydziestu metrach robi się ciekawie
– opisuje z uśmiechem. Przyznaje, że nikt tam nikogo nie ściga. Wchodzi się spokojnie, ale nawet jeśli ktoś ma przyzwoitą kondycję taka wspinaczka i tak potrafi zająć sporo powyżej dziesięciu minut. Czasami próbują bić w tym względzie rekordy. Aktualny w firmie należy od jakiegoś czasu do Artura. Na jeden z wiatraków pod Margoninem wszedł w niecałe... trzy minuty!
Zajęło mi to dokładnie 2,56 minuty. Ale to było już wbieganie z jęzorem na wierzchu
Reklama
– wspomina początkowy okres pracy, którą wykonuje od czterech lat. Zapewnia też, że obecnie nie byłby w stanie powtórzyć tego wyniku.
Więcej ćwiczę na siłowni, przybyło mi trochę kilogramów
– przyznaje. Tym bardziej wyczyn ten nawet dla niego ma swoją wartość.
Stwierdzenie, że to niebezpieczna praca to oczywistość.
U góry może nas dopaść pożar, napięcie elektryczne, może zabić wysokość, bo jak spadniesz, a nie masz zabezpieczeń, nie masz żadnych szans. Dlatego nie kryje, że sam również woli pracować ze sprawnymi osobami. Takimi, które w razie potrzeby mogą pomóc, ale też takimi, o które sam jest spokojniejszy.
W razie czego są tam oczywiście urządzenia ewakuacyjne, tzw. descendery do szybkiego zjazdu, ale lepiej z nich nie korzystać
– mówi o specjalnych mechanizmach, które pozwalają w krótkim czasie bezpiecznie zjechać na ziemię.
Na wiatrakach nie ma żartów, a jeżeli już się zdarzają, to nie ma popuszczania wodzy fantazji. Wszystko musi się odbywać z głową
– mówi Artur.
Podkreśla też, że na wiatraki nie można wchodzić, gdy trwa produkcja prądu, jedynie podczas testów.
Często podczas testów kontrolnych turbiny rozpędzane są do znacznych prędkości, gdzie w momencie wystąpienia awarii, maszyna w krótkim czasie musi wytracić swoją prędkość. W efekcie gondola znacznie odchyla się od pionu. Gdy skrzydła skręcają, bujanie jest większe niż na statku. Trzeba się mocno trzymać
– opisuje wrażenia.
Strach?
Był na początku. Już się przyzwyczaiłem, ale o rutynie nie ma oczywiście mowy
– zapewnia zakrzewianin. Kabiny, w których pracują na szczycie wiatraków, tylko z dołu wyglądają niepozornie. W rzeczywistości mają wielkość niedużego pokoju. Artur i jego koledzy często pracują na ich dachach. Przebywając na nich są zabezpieczeni trzema linami. W razie spadnięcia i zawiśnięcia na zabezpieczeniach mają maksymalnie kilkanaście minut na wciągnięcie przez partnerów na górę lub opuszczenie na ziemię.
Przy niekorzystnych warunkach może dojść do silnego ucisku na tętnice nożne, co powoduje gromadzenie się nadmiernej ilości krwi w nogach bez możliwości powrotu. Pozornie u bezpiecznie wiszącego w przeciągu dwudziestu minut może dojść do omdlenia i śmierci
– uzmysławia.
Wypadki w tej pracy to niestety nie tylko teoria.
W Polsce nie słyszałem o śmiertelnych zdarzeniach, za granicą kilka się zdarzyło. W jednym doszło do pożaru, dwóch pracowników zdążyło zejść, dwóch innych nie. Jeden z nich skoczył – wiadomo, czym się to skończyło. Drugi spłonął. Windy to również tylko urządzenia, które też sprawiają problemy. W jednym przypadku prawdopodobnie zawiodła lina nośna i nie zadziałał poprawnie system bezpieczeństwa. Winda runęła. Do tego dochodzą skręcenia złamania i porażenia prądem
– zakrzewianin opisuje znane mu przypadki.

Artur nigdy nie lekceważy niebezpiecznej pracy. W domu czeka przecież rodzina (fot. Piotr Steffen)
Dlatego Artur nigdy nie lekceważy obowiązków. Nie ma mowy o tym, żeby do pracy wybrać się przemęczonym, niewyspanym. W domu czeka przecież rodzina. Niedawno zresztą powiększona, gdyż od kilku dni obok małżonki i pięcioletniego syna tworzy ją również córeczka.
Mam do kogo wracać
– mówi głowa tej czteroosobowej rodziny. Wśród bliskich jest też rodzeństwo i rodzice. To właśnie od taty, który w Zakrzewie prowadzi prywatny warsztat samochodowy, Artur uczył się podstaw mechaniki.
Przy tych turbinach jest podobnie jak w samochodzie, tylko wszystko jest dużo większe. Także narzędzia. Tam wszystko jest w rozmiarze XXL.
[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Nawiązując do wiatraków, przydałoby się podsumować ile ma ich powstać na złotowszczyźnie. Czterdzieści, czy więcej? Może jakiś artykuł na ten temat?
Tez mialam wysokie rachunki za prad. Cale dnie w pracy a co dwa miesiace rachunki wysokie.Problem sie rozwiazal kiedy kupilismy nowa lodowke okazalo sie ,ze stara lodowka pobierala duzo pradu. Moze czas na zmiane sprzetu domowego.Pozdrawiam!!!
Widok jak z samolotu.na dole chmury i sina dal...
Artur jesteś bohaterem!!!!!!
Ja bym chyba narobiła w majtki ze strachu stojąc na samej górze. Kiedyś kumpela namówiła mnie na wejście na platformę widokową jakiegoś nadleśnictwa. 4 osoby musiały mi pomóc zejść. Podziwiam.
nie złe widoki z szczytu wiatraka
To Panie założyć Firmę i produkować prąd.ENEA ma drogi prąd i dolicza różne dodatki i jakiś abonament co w sumie podnosi wysoki rachunek za prąd.Jedna osoba w kawalerce to 110zł/m-c a całymi dniami w pracy....
Nawiązując do wiatraków, przydałoby się podsumować ile ma ich powstać na złotowszczyźnie. Czterdzieści, czy więcej? Może jakiś artykuł na ten temat?
Tez mialam wysokie rachunki za prad. Cale dnie w pracy a co dwa miesiace rachunki wysokie.Problem sie rozwiazal kiedy kupilismy nowa lodowke okazalo sie ,ze stara lodowka pobierala duzo pradu. Moze czas na zmiane sprzetu domowego.Pozdrawiam!!!
Widok jak z samolotu.na dole chmury i sina dal...