Reklama

Nasz „village dream” w Głubczynie

09/10/2016 19:00
Niczym amerykański sen spełnia się ich marzenie. Zanim jednak dotarli do miejsca, w którym są teraz, musieli pokonać tysiące kilometrów. Państwo Cebulowie wybrali piękną, polską wieś

Aby dojechać do państwa Cebulów, trzeba pokonać kilka kilometrów polną drogą. Latem nie jest to problem, ale zimą bywa już trochę gorzej. Po przejechaniu niespełna dwóch kilometrów, dach ich domu wyłania się zza gęstych świerków. I choć widać go z daleka, droga zajmuje nam jeszcze kilka minut. Gdy podjeżdżamy niemal pod same drzwi, na spotkanie wybiega nam wesoły berneńczyk, jak się później dowiadujemy, to Aron – członek rodziny, który jest zawsze i wszędzie.  Jako pierwszy po swojej posiadłości oprowadza nas oczywiście gospodarz – pan Rafał.    

Dzięki niemu niemal od razu poznajemy Rudą i Zulę, które zresztą radośnie witają nas swoimi mokrymi jęzorami. Małą ścieżką pomiędzy grządkami udajemy się dalej. Wchodzimy do pomieszczenia gospodarczego, a tam wita nas przyjemne ciepło bijące od kominka.

Reklama

Iza, pani z gazety do nas przyjechała 

– pan Rafał woła żonę. Aron oczywiście bacznie obserwuje co się dzieje. Pani Iza, ubrana w fartuszek, wychodzi ze swojej małej pracowni. To właśnie tutaj eksperymentuje z mlekiem poznanych wcześniej jersejek  (ras krów – przyp. red.). Siadamy przy kominku...nasza podróż od Piły, poprzez Irlandię, a kończąc w małym domku, na wybudowaniu wsi Głubczyn, rozpoczyna się.

Od miłości do Irlandii

Nasze życie można podzielić na trzy etapy

– zaczyna pan Rafał. Pierwszy to młodość. Nasi bohaterowie poznali się mając zaledwie po 17 lat. Może to i dobrze, bo dzięki temu, już tak wcześnie, zaczęli czerpać razem z życia pełnymi garściami. Rozsądku im jednak nie brakowało. Tym bardziej, że w ich życiu dość szybko pojawił się syn Mateusz. Pan Rafał wyszkolił się na zawodowego żołnierza, a pani Izabela zdobyła tytuł magistra z zakresu transportu i logistyki. Pracę znalazła w Wałczu, jako celnik. Oboje w mundurach, ze stałą, dobrą pracą. Coś gdzieś ich zawsze jednak ciągnęło... Impulsem było zamknięcie Posterunku Celnego w którym pracowała pani Izabela. W krótkim czasie zapadła decyzja: „Jadę do Irlandii, jak nie znajdę pracy w tydzień, wracam”. Jak powiedziała, tak zrobiła. Tymi słowami można powiedzieć, zakończył się ich pierwszy etap życia. Po wylądowaniu na Zielonej Wyspie rozpoczął się drugi. Pan Rafał do żony dołączył po kilku miesiącach. Syn dojechał po tygodniu, tam ukończył szkołę średnią i studia. Dziś z perspektywy czasu jego rodzice cieszą się, że właśnie tam mógł dorastać.

Reklama

Jemu z pewnością wyszło to na dobre

– mówi pan Rafał. A im?

Bywało różnie

– wspomina nasza rozmówczyni.

Jak to na emigracji.

Państwo Cebulowie wyjechali w 2006 roku. Wyjazd w tamtym okresie, do płynącej mlekiem i miodem Irlandii, był dobrą decyzją. Niestety nasi bohaterowie poczuli również na swojej skórze kryzys, niemniej jednak i z niego potrafili wyjść obronną ręką.

Firma ochroniarska, w której pracowałem zbankrutowała. Razem z irlandzkim kolegą postanowiliśmy ją przejąć. Biznes kwitł. Żona zrezygnowała z pracy na stacji paliw i dołączyła do nas. Naprawdę nie mieliśmy na co narzekać

Reklama

– mówi pan Rafał. Polska nie dawała im jednak o sobie zapomnieć, tęsknota powoli zaczynała wdzierać się w ich życie. W 2014roku  postanowili wrócić, ale pod jednym warunkiem: „Musimy zamieszkać na wsi. Z dala od miejskiego zgiełku, otoczeni lasami i zwierzętami”. Tak zakończył się ich drugi, wspólny etap życia


W dalszej części przeczytasz jeszcze:

Mieszczuchy na wsi – Po niedługich poszukiwaniach, znaleźli swoją ostoję. Ich wybór padł na Głubczyn, a dokładnie na otoczony z każdej strony drzewami domek, znajdujący się dosłownie w polu...

Reklama

Wiejska sielanka – Pomysł na życie i interes jednocześnie. Trzeci etap życia państwa Cebulów, jak potwierdzają, jest najciekawszy i chyba, najbardziej satysfakcjonujący...

Etap numer 4? – Tutaj się spełniają. Praca na wsi daje im ogromną satysfakcję. – Nareszcie nauczyłam się gotować, kiedyś nie przywiązywałam do tego wagi[[pay]]


Mieszczuchy na wsi

Po niedługich poszukiwaniach, znaleźli swoją ostoję. Ich wybór padł na Głubczyn, a dokładnie na otoczony z każdej strony drzewami domek, znajdujący się dosłownie w polu. Najbliżsi sąsiedzi oddaleni są od nich o kilkaset metrów. Cisza i spokój.

Reklama

Jest inaczej. Nasze życie trochę zwolniło. Choć muszę przyznać, przy tylu obowiązkach jakie teraz mamy, czas mija bardzo szybko

– mówi pan Rafał. Te obowiązki to Zula, Ruda, Ferdek, Blanka, Aron – rzecz jasna i trzy koty. Jak zgodnie twierdzą nasi rozmówcy, posiadanie takiej wesołej gromadki, to jednak sama radość i co najważniejsze same, smaczne korzyści.

Ser podpuszczkowy, a nawet ricotta (miękki, niedojrzewający ser twarogowy przyp.red), które próbuję robić sama, z tej rasy krów są przepyszne mleka

Reklama

– mówi gospodyni.  

Pani Izabela w swoim żywiole. Obok niej Ferdek, Blanka i oczywiście Aron

Spróbowaliśmy i potwierdzamy. Rzeczywiście, coś w tym jest. Od zwykłej – łaciatej, smakują  inaczej. Naszym rozmówcom zresztą właśnie o to chodziło. Tym bardziej że państwo Cebulowie są smakoszami serów i znają się na rzeczy.

Na początku myśleliśmy o innej rasie highland, ale okazało się, że one potrzebują znacznie większego pastwiska, niż to, którym my dysponujemy.

– tłumaczy pan Rafał. Jersejki wypatrzyli podczas podróży w okolicy Wałcza.

Reklama

Zobaczyłam, te jak na pierwszy rzut oka, wychudzone zwierzęta i zrobiło mi się ich żal

– z uśmiechem wspomina pani Iza.

Ta rasa właśnie tak wygląda, choć po naszych jeszcze tego nie widać. No, ale nie będę ukrywać, że też co nieco im dogadzam

– wyjaśnia. Atutem, który przeważył nad wyborem tej rasy, było też wyjątkowe mleko. To właśnie dzięki niemu możliwe jest tworzenie smakowitych serów.

Wiejska sielanka

Pomysł na życie i interes jednocześnie. Trzeci etap życia państwa Cebulów, jak potwierdzają, jest najciekawszy i chyba, najbardziej satysfakcjonujący.

Reklama

Sam czasami nie mogę się nadziwić, jak kiedyś wydawało mi się, że życie na wsi to łatwizna. Tymczasem okazało się, że nawet zwykłe rąbanie drewna, wymaga odpowiedniej techniki

– mówi. A co dopiero dojenie krów i odbieranie porodów? W tym roku Zula i Ruda doczekały się swojego pierwszego potomstwa. Mamy raczej niespecjalnie przejmowały się pojawianiem na świecie ich dzieci, pani Izabela wręcz przeciwnie.

Zula rodziła pierwsza. Gdy czekaliśmy na narodziny Ferdka, kazałam mężowi rozbić namiot na pastwisku, tak abym mogła czuwać dzień i noc

Reklama

– wspomina Pani Izabela.

Bałam się, co to będzie. Tyle się naczytałam strasznych rzeczy na ten temat

– mówi.

Pierwszy cielak w rodzinie Cebulów pojawił się w deszczową noc, całkiem niespodziewanie jak dla pani Izy.

Usłyszałam jak Zula muczy, w jakiś dziwny sposób, jak puzon. Gdy przybyliśmy z Aronem na miejsce Ferdek stał już na czterech nogach obok mamy

– wspomina. Podobnie było z Rudą. Blanka urodziła się także zupełnie niespodziewanie, oraz bez żadnych komplikacji. Po urodzeniu cieląt nareszcie mogła ruszyć produkcja domowych serów. Dojenie krów okazało się jednak dość trudną sztuką. Zdarzały się bowiem kopyta w wiadrze i wylane mleko. Oj działo się. Wychowana w mieście pani Iza, mimo to dała sobie z tym radę. Od miesiąca jest już łatwiej. Państwo Cebulowie tchnęli w swoje małe gospodarstwo powiew świeżości – zakupili dojarkę.

Reklama

Etap numer 4?

Tutaj się spełniają. Praca na wsi daje im ogromną satysfakcję.

Nareszcie nauczyłam się gotować, kiedyś nie przywiązywałam do tego wagi. Zupa z proszku często gościła w naszej kuchni. Teraz sama hoduje i uprawiam jedzenie. To jest niesamowite uczucie. Mieszkając na wsi ma się to poczucie, że tutaj z głodu człowiek nie umrze. Zawsze będzie to mleko, czy coś tam się w ogródku zasieje i wiem co jem, bo to samo zdrowie. Bardzo to sobie cenię

– mówi nasza rozmówczyni.

Poza tym to świeże powietrze, te poranki, piękne otoczenie natury. Czego więcej chcieć...

A jeszcze do tego pyszny swojski serek, z domową konfiturą z czerwonej cebuli (znana przede wszystkim w Irlandii jako „chutney”  przyp. red), popijany oczywiście domową nalewką z malin... Hm, można się rozmarzyć. Państwo Cebulowie docenili to, co swojskie. Z miasta uciekli na wieś, jak na razie korzenie zamierzają zapuścić tutaj na dłużej. Kto wie, być może ich sery rozsławią kiedyś nasz region? Na razie etap numer 4 nie wchodzi w grę. Nasi rozmówcy nie mówią jednak nie.

Jak to się śmieją nasi znajomi: po was, to nigdy nic nie wiadomo

– mówi pani Iza.[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Danutka - niezalogowany 2016-10-09 21:57:34

    Jakbym o sobie czytała, też mieszkaliśmy z mężem na emigracji kilka lat. A marzył nam się dom na wsi. No i się udało ! Tylko jeszcze dzidziusia brakuje ale za 7 miesięcy będzie.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    młody - niezalogowany 2016-10-09 19:43:58

    nie "amerykański sen" tylko"wiejski sen" Ale pięknie tam macie.Dobrze,że jesteście szczęśliwi na wsi.Coraz więcej Ludzi na wsi chce mieszkac.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości