Reklama

Nauczyciele chcą rzucać szkołę

04/03/2019 18:30

W jaki sposób reforma oświaty niszczy nasze dzieci? Dlaczego nauczyciele uczą je oszukiwać system? I czemu sami chcą rzucać ukochaną pracę? Rozmowa z panem Andrzejem, nauczycielem w szkole podstawowej.

Dlaczego krytykuje Pan reformę oświaty?
Ponieważ nasi rządzący podeszli do niej bardzo źle. Od środka. Przez to dzieciaki w klasie siódmej mają potężne braki w wiedzy. To jakby w matematyce wymagać od nich mnożenia, a one nie znają liczb.

Dziura powstała między podstawówką a gimnazjum, tak?
W Centrum Dokształcania Nauczycieli w Pile mieliśmy spotkania z twórcami podstawy programowej, którzy twierdzili, że uczniowie nadrobią te braki w szkole średniej. Wiem, papier wszystko przyjmie... A przecież można było zrobić reformę na spokojnie, zmieniając program od np. czwartej klasy, a nie wrzucać dzieci i nas na głęboką wodę.
Jeden z efektów jest taki, że w tej chwili dzieci mają po osiem lekcji dziennie. To jest standard. A gdy dziecko ma na ósmej lekcji np. matematykę, to czego się nauczy? Do tego dyrekcja wykombinuje jeszcze lekcje dodatkowe...

Reklama

A i tak na egzaminie liczy się tylko wynik?
Uczeń musi się wstrzelić w klucz odpowiedzi. To jest porażka totalna, bo nie ma pytań problemowych. Mówi się, że nie mamy wchodzić w wiedzę encyklopedyczną, ale tak to wygląda. Przykro mi to mówić, ale uczę dzieciaki, jak oszukać system, żeby wynik był jak najlepszy. A często uczniowie 15–, 16–letni mają problem z wypowiedzią. Tak pisemną jak i ustną. To jest wynik uczenia testowego.

Eksperci mówią, że polska szkoła to fabryka klonów.
Boję się szczególnie o obecne klasy siódme i ósme. Żyły sobie wypruwam, żeby dzieciaki były w stanie ogarnąć to, co zgubiła reforma. Obawiam się, że z tych roczników nie będzie lekarzy, prawników, przyrodników. Może ci bardziej ambitni to nadgonią...

Reklama

Rodzice pomogą korepetycjami. To kolejny paradoks: płacimy podatki, a szkoła nie wywiązuje się ze swoich zadań.
Oczywiście. Teraz proszę sobie wyobrazić, co będzie w szkołach ponadgimnazjalnych, gdzie będą klasy ponad trzydziestoosobowe... Słyszę dziś argumenty ludzi, że dawniej też tak było (sam się w takiej uczyłem), ale dawniej było gorzej. Dlaczego mamy do tego wracać?

Przez pieniądze?
Wiem, że za uczniem idzie subwencja i urząd miasta czy powiat dostaje te pieniądze, ale zbyt duże klasy nie są dobrym rozwiązaniem. Dwudziestka uczniów w klasie byłaby super liczbą. Niestety samorząd często oszczędza na edukacji.

Reklama

Skoro mowa o pieniądzach, domagacie się Państwo podwyżek.
Dla mnie największym docenieniem nie jest nagroda dyrektora, bo te 200 czy 300 zł jest śmieszne, lecz to, że moi absolwenci dziękują mi za to, że ich czegoś nauczyłem. Obecny maturzysta mówił mi ostatnio, że dzięki mnie nie ma problemów w szkole średniej. To jest prawdziwa satysfakcja – nie pieniądze.

Jednak Państwo protestujecie.
Cieszę się, że mam już najwyższy stopień, bo dzięki temu zarabiam ok. 2800 zł na rękę. Natomiast nauczyciel–stażysta ma niewielkie pieniądze, naprawdę. Nie chcę ubliżać żadnej z grup zawodowych, ale początkujący nauczyciel zarabia mniej niż kasjer w markecie.
Wie pan, gdy wchodziłem do zawodu te kilkanaście lat temu, powiedziałem sobie, że po pięciu latach studiów za mniej niż tysiaka pracować nie będę. Nie ma mowy. Tymczasem zacząłem za 850 zł i wytrwałem tylko dzięki pomocy rodziców. Zarabiałem, a nie byłem wstanie się z tej pensji utrzymać.

Reklama

Stopnie awansu zawodowego, o których Pan wspomniał, gwarantują nauczycielom określone zarobki. Kto inny ma taką gwarancję?
Zgadza się, tyle że teraz osiąganie poszczególnych stopni zostało wydłużone. Wiadomo, że rządzącym chodzi o cięcie kosztów. Mnie przejście od stażysty do dyplomowanego zajęło dziesięć lat. To i tak dobrze, bo jestem facetem. Kobiety mają gorzej, bo rodzą dzieci. A skoro dana pani była np. na macierzyńskim, to miała przerwę w robieniu awansu i staż musiał być jej liczony od nowa. Mam koleżankę, która zaczynała pracę równo ze mną, a dziś jest dopiero nauczycielem kontraktowym (to drugi stopień awansu), bo ma dwójkę dzieci.

Tych pieniędzy w górnej granicy zaszeregowania już Pan nie przeskoczy, to szklany sufit?
Co roku o parę złotych pensja rośnie, ze względu na dodatek stażowy. Tyle że gdy przechodzi się do innej szkoły, to zaczyna się od zera.

Reklama

W Polskę poszła informacja, że rząd zaproponował Państwu podwyżkę 15% w ciągu trzech lat.
(śmiech) To są pseudopodwyżki, które zje inflacja. Nie zarabiam 5 tys. zł, jak mówiła minister Anna Zalewska. W ogóle nauczyciele średnio zarabiają 74% tego, co inni pracownicy w budżetówce. Dlaczego? W czym jesteśmy gorsi?
Gdy potem słucham pana premiera, to wiem, że chodzi mu o skłócenie nauczycieli i pozbawienie ich poparcia społecznego. Boję się tej nagonki na nauczycieli, a to miały na celu wypowiedzi premiera. Uważam, że nauczyciele są spychani na margines społeczeństwa, a to przecież od nas zależy edukacja młodego pokolenia. Jeżeli nauczyciel nie będzie chciał pracować w zawodzie, a coraz więcej ludzi, zwłaszcza młodych, myśli poważnie o porzuceniu tej profesji, to kto w tej szkole zostanie? Ci, którzy za chwilę przejdą na emeryturę...

Młodzi nie przychodzą do zawodu?
Coraz mniej chętnie. Wczoraj rozmawiałem z byłym dyrektorem jednej ze złotowskich szkół, doskonałym fachowcem. Powiedział, że gdyby kiedyś miał takie możliwości jak my dzisiaj, to pięciu minut by w edukacji nie spędził. Bo ta praca naprawdę kosztuje dużo nerwów i odbija się na rodzinie.

Reklama

Ma Pan dla niej mało czasu?
Syn prosi mnie: tato, pobawmy się. A ja w papierach, więc włączam mu bajkę. Wie pan, gdy wchodziłem do zawodu, dziwiłem się stwierdzeniu starszych koleżanek, że nauczyciele są najgorszymi rodzicami. Nie wiedziałem, o co im chodzi. Dziś wiem, że jesteśmy tacy, bo nie mamy czasu dla własnych dzieci.

Jak to, przecież powszechna opinia jest taka, że nauczyciel pracuje jakieś cztery godziny dziennie...
Pokażę panu mój notes. Proszę, lekcje ósme plus dodatkowe, tu ósme i dodatkowe, w sumie pracuję do 60 godzin w tygodniu. A od pana premiera usłyszałem, co mnie rozwścieczyło totalnie, że pracujemy trochę mniej niż inni, a chcemy podwyżek. Tu nie chodzi o pieniądze.

Reklama

A o co?
O autorytet. Dzisiaj autorytet nauczyciela nie istnieje. Ludzie powielają stereotyp, że nauczyciele pracują „całe” 45 minut, a potem mają przerwę. A co ja robię na przerwach? Albo sprawdzam testy, albo mam dyżur. Bywa, że nie mam czasu sięgnąć po termos, by napić się przygotowanej jeszcze w domu kawy. Czasem kanapek nie zjem, bo przyjdzie uczeń, który potrzebuje pomocy, przyjdzie rodzic, jest ten dyżur. Są dni, w których nie mam czasu pójść do toalety. Takie są realia. Marzę o tym, żeby zmieniono Kartę Nauczyciela i zapisano nam w niej pracę od 8 do 16, a poza tym nic. I sprawa jasna.

Można powiedzieć, że widział Pan, na co się pisze, wybierając ten zawód.
Troszkę inaczej to wyglądało kilkanaście lat temu. Było spokojniej. Dzisiaj zawód ten niszczy masa nikomu niepotrzebnej papierologii. Mam całe segregatory ewaluacji. Często robię to sam dla siebie (nikt inny tego nie czyta), bo taki mam prikaz, choć wcale tego nie potrzebuję.

Reklama

Papiery muszą być. Choćby w razie kontroli z kuratorium.
Powiem panu, jak ona wygląda. Dyrektorzy boją się jej jak ognia, bo kontrolujący muszą coś znaleźć. I znajdują. Zawsze.

Też muszą się wykazać?
Dokładnie. Nawet jeżeli wszystko jest ok, to jakieś zalecenia muszą dać. Nie mogą stwierdzić, że placówka pracuje wzorowo.

Jak na tę sytuację i Pańskie frustracje reaguje rodzina?
Moja żona nie pracuje w oświacie. I powiem panu, że wyjeżdża do pracy po mnie, a wraca wcześniej. Czasem bierze pracę do domu, ale nie tak często jak ja. Bo ja wracam do domu i zawsze siadam do papierów. W weekend to samo. Proszę, to jest plik sprawdzianów do sprawdzenia. Nie ma dnia, żebym nie myślał o pracy.

Reklama

Za to ma Pan wolne wszystkie święta, dwa tygodnie ferii, dwa miesiące wakacji... – to kolejny stereotyp.
Tak się nas postrzega, ale to nieprawda. Po ostatnim dzwonku w czerwcu oddycham z ulgą, że wreszcie odpocznę, a po paru dniach zaczynam przygotowywać się do nowego roku szkolnego. Do tego przez pierwsze tygodnie wakacji jestem do dyspozycji dyrekcji, bo takie jest prawo.
A wie pan, że w domu przygotowuję też testy i drukuję je, czyli tak naprawdę finansuję szkołę, bo w niej często nie ma do tego warunków?

Jak to, nie ma ksera czy drukarki?
Są, ale a to brakuje tonera, a to coś nie działa. Ze wszystkiego trzeba się rozliczać, a i tak na papier składają się uczniowie, bo tych ryz idzie sporo.

Reklama

Pracy w szkole jest dużo również ze względu na rosnącą ilość opinii mówiących o specjalnych potrzebach edukacyjnych dzieci, prawda?
Mówią one o potrzebie kształcenia indywidualnego (dla dziecka robi się autorski plan), bo dziecko zamiast dwóch lekcji danego typu może mieć jedną albo pół. A podstawę i tak trzeba z nim zrealizować.

W jaki sposób?
To jest bardzo ciężkie. Są dzieci, które mają problemy z liczeniem czy pisaniem. Nie chcę na nikogo zrzucać winy, ale jak mam w krótszym czasie przerobić więcej materiału? Wybieram więc to, co, moim zdaniem, najbardziej się temu dziecku przyda.

Liczba dzieci z opiniami wzrasta?
Jest ich sporo, ale czasami zastanawiam się, dlaczego. Wielokrotnie zauważyłem, że uczniowie mający piątki a nawet szóstki przynoszą opinię z poradni. Na przykład o dysleksji rozwojowej, gdzie ja nie widzę do tego podstaw.

Dlaczego więc rodzice występują o taką opinię?
Bo opinia powoduje dostosowanie egzaminu, np. wydłużenie czasu jego trwania. Może niektórzy rodzice tak kalkulują, że w ten sposób pomogą dziecku? Choć na egzaminach widzę, że dzieci rzadko ten dodatkowy czas wykorzystują.

Co z brakami z poprzednich etapów nauczania i „przepychaniem” uczniów? Nauczyciele szkół średnich narzekają na tych z podstawówki, a ci z kolei na przedszkola.
To są potężne dylematy, czy takie dziecko przepuścić, czy nie. Powiem tak: nie drgnie mi ręka, gdy mam wystawić jedynkę przysłowiowemu leserowi, który ma możliwość poprawy, ale nie korzysta z niej. Jeżeli natomiast mam dziecko, które pyta, przychodzi na zajęcia dodatkowe (wyrównawcze, ale nienawidzę tej nazwy), próbuje i choć mu to nie wychodzi, to pomagam mu skończyć szkołę.
Co do „przepychania”, to jeżeli nie uczymy rozwiązywania problemów, a wymagamy wiedzy pamięciowej, wykuwania, to nie dziwmy się, że wiedza nieutrwalana zanika.

Narzekamy na reformę, tymczasem jej autorzy twierdzą, że była ona konsultowana z nauczycielami.
Być może rządzący zaprosili paru nauczycieli z warszawskich szkół i z nimi sobie porozmawiali. Dla nas ta reforma to był fakt dokonany.
Proszę sprawdzić, że podstawę programową do gimnazjów pisano latami. I robili to fachowcy. A przy likwidacji gimnazjów wielu z tych ekspertów nie chciało pracować, bo dawano im zbyt mało czasu. To były tylko miesiące.
Podręczniki dla uczniów pojawiały się w październiku, bo za późno były opiniowane, drukarnie nie nadążały i tak dalej. A komentarz pani minister Zalewskiej na to brzmiał: przecież nauczyciel nie uczy z podręcznika, tylko opiera się na podstawie programowej... Tak, ja poprowadzę lekcję, ale, na litość boską, z czego miało się uczyć dziecko? Mieliśmy wrócić do dyktowania trzech stron notatek?

W ostatnich klasach Pańskiej szkoły są uczniowie idący starą (gimnazjaliści) i nową podstawą programową. Co się stanie z uczniem ze „starej szkoły”, który nie zda?
Trafi do nowej podstawy programowej, a rozbieżności będzie musiał zaliczyć, podobnie jak ktoś, kto zmienia kierunek na studiach. Będzie też karany dwukrotnie, bo miał pójść do szkoły trwającej trzy lata, a pójdzie do takiej, która potrwa cztery.
A wie pan, co nam powiedziano na szkoleniu? Pracownik ministerstwa edukacji na to pytanie odpowiedział: róbcie tak, żeby uczniowie tych klas nie powtarzali...

Efektem likwidacji gimnazjów będzie to, że w roku szkolnym 2019/2020 do szkół średnich trafią dwa roczniki uczniów. To duże wyzwanie dla szkół.
Już jest ciężko, dzieciaki są długo w szkołach, zmuszamy je do pracy popołudniami, a przez najbliższe lata ścisk w szkołach będzie jeszcze większy. Dzieciaki są przemęczone, bo długo są w szkołach, mają też wiele zajęć pozalekcyjnych, które rozwijają ich pasje. Często wracają o 18 – 19 do domu. Uczniowie ziewają mi na zajęciach, więc pytam: ile spałeś? Pięć godzin. Rodzice dłużej śpią niż ich dzieci.

Problem, o którym warto mówić, dotknie uczniów, którzy chcą się uczyć zawodu i będą potrzebować praktyk u rzemieślników.
Dlatego już dziś mówię uczniom, by szukali sobie miejsc na praktyki. Aby walczyli nie tylko o oceny, ale i jak najwyższe zachowanie, bo wszystko może mieć znaczenie. Za wszystko są punkty. Już widzę pielgrzymki uczniów z prośbą o możliwość poprawienia czegoś. Są tacy, którzy chcą poprawiać rzeczy już poprawione...

Czy tak wyobrażał Pan sobie pracę nauczyciela, gdy zatrudniał się w szkole?
Chciałem spróbować, a po dwóch–trzech latach stwierdziłem, że lubię pracować z dzieciakami. Jeśli będę zmuszony odejść, to będzie mi bardzo żal. Na dziś jednak jestem sytuacją w oświacie rozgoryczony.

Rozmawiał Łukasz Opłatek
imię rozmówcy zostało zmienione

Rozmowa z panem Adrianem, nauczycielem w szkole średniej

Co nie podoba się Panu w szkole?
Sprawa musi być jasna – pracę z młodzieżą w szkole uwielbiam, ale jest wiele rzeczy, które mi się nie podobają. Po pierwsze nasze szkolnictwo zabija papierologia. Mam w komputerze kilkanaście gigabajtów dokumentów (część była kilkakrotnie zmieniana), tworzonych jeden za drugim. Dla kogo? Dla kontroli. Bo gdy ktoś przyjeżdża, to sprawdza, czy ten dokument jest. Nikt nie sprawdza, co w nim jest. Tworzenie tych zbędnych papierów zabiera czas, który powinienem poświęcić uczniowi, na przygotowanie lekcji czy choćby spędzenie czasu z młodzieżą.

Co jeszcze Pana denerwuje?
To, że uczeń w szkole jest tylko wynikiem, nie osobą. Uczeń A1 – 70%, nieważne jest jego nazwisko, liczy się to, jak zdał. Nauczyciel też rozliczany jest z tego, jaki jego uczeń uzyskał wynik. Uczymy więc młodzież pod egzamin, a nie życia. Większą część lekcji, zwłaszcza przed maturą, poświęcam na uczenie jak „oszukać zadanie”.

Zdaje się, że szkoły średnie wpadły w błędne koło: uczniowie wybierają tę, która ma dobre wyniki na maturach, a tymi pochwalić się może ta placówka, która, jak Pan mówi, oszukuje system...
I tak to się kręci. Ale mimo tego, że wynik mój czy nas – przedmiotowców był wyższy niż średnia w Polsce, to i tak mi się dostało, że czemu nie był jeszcze lepszy. I to mnie irytuje. Nie liczy się to, czy uczeń będzie umiał coś zrobić, czy coś wie, tylko wynik. Uczeń jest symbolem na kartce papieru. Tak wygląda szkolnictwo w Polsce. To musi być zmienione, bo my nie możemy uczyć tych młodych ludzi tylko do egzaminu. Powinniśmy ich też uczyć życia.

System, w którym najważniejszy jest najbliższy egzamin pokutuje przez lata, na kolejnych szczeblach nauczania, prawda?
Szkoły podstawowe przepychają sobie ucznia, by pozbyć się kłopotu. A gdzie on później pójdzie? To już jego sprawa. To samo jest z nową reformą i jej egzaminami. W podstawkach już coś wiadomo – egzamin będzie za dwa miesiące, a w szkołach średnich nie wiadomo nic. Jak on będzie wyglądać? Co się zmieni?

Tymczasem minister oświaty Anna Zalewska oświadcza wszem i wobec, że polska oświata kwitnie.
Jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej? Wiem, słyszałem. Ciągle dostajemy z ministerstwa listy o tym informujące. W ubiegłym tygodniu np. dostałem na maila list, ile to nam podwyżek dali czy dadzą, a tak naprawdę dostałem ponad 100 zł na rękę więcej. Ale czarowanie jest niesamowite.

Pan, nauczyciel dyplomowany, zarabia ok. 2800 złotych „na rękę”.
Z dodatkami. Mój tydzień czasami liczy 60 godzin. Samego sprawdzania prac mam ok. 7 godzin. Do tego dochodzą szkolenia, wywiadówki, dyskoteki, rady pedagogiczne, wycieczki. Jeśli naprawdę chce się zarobić, to trzeba szukać nadgodzin albo pracy w dwóch szkołach. Pewnie dlatego nie widzę w ogóle młodych nauczycieli. Nie dziwię się, bo za 1800 zł na rękę – tyle ma stażysta – nie chcą pracować. Gdzieś indziej zarobią więcej.

Zawód nauczyciela ma też swoje plusy.
Czasu wolnego ogólnie mamy więcej niż inni, to prawda. Może nie w tygodniu, ale w ferie czy wakacje już tak. Choć to nie znaczy, że w tym czasie nic nie robimy. Choćby rekrutacja do szkoły średniej w tym roku skończy się 25 lipca i do tego czasu trzeba pracować. W ferie niby miałem urlop, ale nie dość, że miałem zaplanowane zadania, to jeszcze dostałem kilka maili ze szkoły z tym, co muszę.

Jedną z największych niewiadomych jest to, że za chwilę szkoły ponadpodstawowe będą musiały przyjąć około dwukrotnie większą liczbę uczniów niż dotąd. Pomieścicie ich wszystkich?
Szkoła nie jest z gumy. W Warszawie np. z dwudziestu najlepszych liceów jedenaście nie otworzy podwójnych roczników, bo nie są w stanie. Gdzie te dzieci mają pójść? W Złotowie większość szkół da sobie radę jeśli chodzi o miejsce.

Dobrze, tylko czy rozważacie wprowadzenie zajęć na dwie zmiany? Miejsce to bowiem jedno, ale ktoś tymi uczniami musi się zająć.
Już dziś są szkoły, w których lekcje kończą się o 16:10, kto wie, czy od września nie będzie to później. Z drugimi zmianami też byłby problem, bo i tak obie zmiany musiałyby się w pewnych godzinach pokrywać, a czy się zmieszczą? I kto ich będzie uczyć? Nieprzemyślana była ta reforma.
Oprócz lekcji coraz więcej jest różnych projektów, bo szkoły chcą się czymś wyróżnić. Niby uczeń ma wybór, ale tak naprawdę musi brać w tym udział. Dlatego już dziś siedzi w szkole do siedemnastej.

Czy nauka po osiem godzin dziennie jest w ogóle efektywna?
Gdy mam zajęcia na siódmej, ósmej czy dziewiątej lekcji, to wiem, jaki jestem zmęczony, a co dopiero uczeń. Bywa, że przychodzi na moją lekcję po dwóch wuefach, na ósmej godzinie, więc chce te 45 minut tylko przetrwać. Jest tych zajęć za dużo, dlatego nie wiem, czy te projekty mają sens. I tak musimy uczyć młodzież do egzaminu...

Wciąż to Pan powtarza, to aż tak irytujące?
Tak, dlatego mocno zastanawiam się nad zmianą pracy. Przez papierologię, podejście rządu i traktowanie ucznia jak wyniku. Może przechodzę mały kryzys, ale dostałem już dobrą ofertę i zastanawiam się nad odejściem ze szkoły. Powiem panu, że chciałbym wychodzić z pracy o 16:00 i wiedzieć, że już niczego nie muszę. Mieć czas dla żony i dzieci.

Rozmawiał Łukasz Opłatek
imię bohatera zostało zmienione

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Ha ha ha - niezalogowany 2019-03-04 19:03:34

    Broniasz i jego znp to polityczna organizacja.Nie ma co sie rozwodzic nad postulatami bo dzis kazdy chce pieniedzy czy to nauczyciel czy wozny lekarz pielegniarka itd. TU NATYCHMIAST i teraz najlepiej do 30-stki domek na przedmiesciach z bialym plotkiem...Prosze bardzo zapraszam uciemiezonych nauczycieli do callcenter albo na budowe . Tylko ze tam etat to nie 18godz i nie ma rocznego urlopu abi 2 msc laby co roku

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    gość 2019-03-04 19:44:48

    Ha ha ha Zapomniałeś dodać o rocznych płatnych urlopach na poratowanie zdrowia oraz L4 kiedy się tylko podoba.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Gość - niezalogowany 2019-03-04 19:44:55

    Tu chodzi tylko o kase. Mało darmozjadom. Dzieciaki coraz wiecej dostaja zadane do domu. Rodzic po powrocie ze swojej pracy odrabia z dzieckiem lekcje nieraz przez kilka godzin. Rodzic odwala za nich robote. Smiechu warte. Biedni nauczyciele... powinni miec umowy na 10 miesiecy!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości