Reklama

Niezniszczalny

01/02/2021 12:30

Marcin Betscher miał talent, szansę na sportową karierę, jednak wypadek wszystko przekreślił. Był bliski śmierci, ale się jej wymknął. O kolarstwie nigdy nie zapomniał. Kilka lat temu ponownie na dobre wsiadł na rower

„W życiu twardym trzeba być, nie miętkim” – Marcin przywołuje swoje ulubione powiedzenie. Dla niego jest czymś więcej.

– To moje życiowe motto. Zapadło mi w pamięć po pierwszej edycji Big Brothera. Używał go tam jeden z uczestników, jakiś góral. Spodobało mi się – może dlatego, że pasuje do jego życia.

– Chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że moja droga była w pewnym momencie dość wyboista – ocenia złotowianin. Młodość układała się pomyślnie. Z dobrego domu, zdrowy, z pasją. Oczywiście jak w przypadku taty, było to kolarstwo.

Reklama

– Ojciec był współzałożycielem klubu LKS Drogowiec. Zapytał mnie kiedyś, czy nie chciałbym spróbować. Był jakiś wyścig, miałem pokazać się na tle innych zawodników i przekonać się, czy jest we mnie jakiś potencjał. Właściwie z marszu przyjechałem na trzecim miejscu. Krótko po tym był nabór do klubu – wspomina połowę lat osiemdziesiątych. Celem Marcina nigdy nie było przebicie ojca.

– Oczywiście chciałem mu dorównać, ale nie to było moim dążeniem. Poza tym wiedziałem, że nie będzie łatwo.  Zawsze był dla mnie wzorem, któremu trudno byłoby dorównać. Tata w młodości był jednym z czołowych kolarzy w Polsce – przypomina, że pan Zbigniew (pisaliśmy o nim kilka lat temu) w 1966 roku został mistrzem Polski juniorów LZS, a dwa lata później zdobył brązowy medal.

Reklama

Nie byłem z pierwszej łapanki

Marcinowi, który zaczął trenować od dwunastego roku życia (był w szóstej klasie szkoły podstawowej), też nie brakowało sukcesów, choć nie tak spektakularnych. Zwyciężał nie tylko w Polsce (w tym w ogólnopolskich zawodach), ale też zagranicą.

– Wygrałem jeden z wyścigów w NRD. Była przede mną jakaś perspektywa. Miałem chyba dość spory potencjał – ocenia po wielu latach.

– Z Adamem Łucarzem startowaliśmy w parze w eliminacjach do spartakiady młodzieży, w ramach strefowych mistrzostw Polski. Zajęliśmy trzecie miejsce. Trzykrotnie byłem też mistrzem województwa w przełaju i czterokrotnie na szosie. Nie byłem z pierwszej łapanki – mówi Marcin. Był to dość dobry okres Drogowca.

Reklama

– Sukcesów może więcej przyszło w kolejnych latach, gdy zaczęli jeździć m.in. bracia Wolscy. Jedni z nielicznych z naszego terenu, którzy poszli później w zawodowstwo. Sebastian jeździł przecież w grupie Mróz, a Kamil we Włoszech, w grupie Amore Vita. Zdobywali medale mistrzostw Polski. Ale nasz czas w Drogowcu też był ciekawy. Głównie dlatego, że było wielu zawodników. To było coś nowego w mieście. Byłem częścią pierwszego naboru – przypomina, że były to czasy, gdy w Polsce jeździł też Piotr Wadecki.

– Znaliśmy się. Na niektórych wyścigach on był pierwszy, na innych ja. To była zdrowa rywalizacja i dobra znajomość. Dzisiaj nie mamy już kontaktu – mówi o wielokrotnym mistrzu Polski, obecnie trenerze kolarskiej kadry narodowej.

Reklama

Czy Marcin też myślał kiedykolwiek o zawodowstwie?

– Aż tak daleko nie sięgałem. Byłem jeszcze na to za młody. Tym bardziej, że wtedy w Polsce nie było jeszcze zawodowych klubów. Nikt u nas nie naciskał na takie rzeczy, nie było żadnej presji. Tata też nigdy mnie nie pouczał. Zawsze miał zasadnicze, ale krótkie podejście, nie rozwodził się nad detalami. Mówił: „chcesz, to się ścigaj, trenuj, nie – to zrezygnuj. Ale jak coś robisz, staraj się robić to dobrze – wspomina.

– Jeszcze niespełna dwa tygodnie przed wypadkiem byliśmy na wyścigu w Koninie. To były zawody „O Złotą Lampkę Górniczą”. Startowało w nim 104 zawodników. Byłem drugi.

Reklama

Blisko śmierci

Wypadek… On wszystko zmienił. Doszło do niego w lipcu 1989 roku. Marcin miał siedemnaście lat. Trenował od pięciu. Startowali w czteroetapowym wyścigu w Bydgoszczy. Tego dnia uczestniczyli w ostatnim etapie.

– Miałem prawo jazdy. Była możliwość zrobienia go wcześniej za zgodą rodziców. Był kiedyś taki przepis, który to umożliwiał. W sumie nie był to pierwszy raz, kiedy jechałem na wyścig jako zawodnik i kierowca. Tego dnia musiałem, bo nie mógł z nami jechać trener, śp. Winfried Mitkowski. Nie dostał wolnego w pracy. Ustaliliśmy, że jak będziemy wracać, przyjedziemy po niego i on nas rozwiezie do domów. W tym śp. Waldka Jarzębskiego do Górznej. Stwierdziłem, że jak już tyle jadę, sam odwiozę Waldka – do wypadku doszło, gdy z Górznej wracali już do miasta, na odcinku między Nowinami a Złotowem.

Reklama

– Nikt z nas niczego nie pamięta. Adam Łucarz, który siedział obok mnie i Arek Milewski, który był na tylnej kanapie, spali. Najprawdopodobniej było tak, że najpierw ściąłem dwa słupki na prawym poboczu, po czym chyba się ocknąłem, chciałem wymanewrować, koła złapały asfalt, przelecieliśmy na drugą stronę, odbiliśmy się od drzew i wylądowaliśmy na dachu – przypuszcza Marcin. Jechali fiatem 125 kombi.

– Samochód trudno było rozpoznać. Kiedyś widziałem gdzieś zdjęcie z wypadku. Nie mam pojęcia, jak my to przeżyliśmy – przyznaje.

Reklama

– Sądowi biegli ustalili, że w momencie uderzenia mieliśmy na liczniku 93 km/h. Najprawdopodobniej musiałem przysnąć za kierownicą. Adam miał złamane obie ręce, Arek poobijane oczy, w sumie miał najmniej obrażeń. Ja? Mogłem umrzeć. Było bardzo duże niebezpieczeństwo, że tak się stanie. Sześć tygodni byłem nieprzytomny. Stłuczenie pnia mózgu, zmiażdżona ręka, łokieć, bark oderwany od obojczyka, no i uszkodzone nerwy – w takim był stanie.

– Miałem w ogóle nie widzieć na lewe oko, a prawą nogę miałem wyłącznie ciągnąć. Takie były rokowania lekarzy.

Reklama

Jeśli nie na rowerze, najczęściej Marcina można spotkać w miejscu pracy – w myjni samochodowej przy ulicy Szpitalnej


Miesiące powrotu do życia

Marcin nie pamięta nie tylko całego dnia wypadku, ale też całego kolejnego półrocza.

– W szpitalach spędziłem łącznie dziesięć tygodni, z tego sześć byłem nieprzytomny. Później niby się ocknąłem, ale w sumie przez pół roku w ogóle nie kontaktowałem. Odwiedzali mnie, mówili do mnie, czasami niby reagowałem, ale do dzisiaj nic z tego nie pamiętam. Nie chodziłem, nie jadłem samodzielnie, nie mówiłem. Nawet jak zacząłem już mówić, to ponoć bardziej bełkotałem, opowiadałem trzy po trzy. Pamięć wracała stopniowo. Przez siedem miesięcy, dzień w dzień, przechodziłem rehabilitację. Straciłem rok nauki, musiałem później zaczynać od tej samej klasy – do dzisiaj z wielkim sentymentem wspomina, jak po wielu miesiącach nieobecności w szkole pojawił się w niej, żeby odwiedzić kolegów.

Reklama

– To było bardzo budujące, ale nie zmieniło faktu, że na powrót do normalności musiałem jeszcze sporo czekać – podkreśla, że ostatecznie nie jest tak źle, jak zapowiadali lekarze.

– Najpierw nie było gwarancji, że w ogóle przeżyję, a później wprost mówiono rodzicom, że mój umysł nie będzie normalnie funkcjonował, a ciało też nie będzie sprawne. Z czasem jakoś się z tego wykaraskałem, dzisiaj przede wszystkim mam słabszy wzrok (20% w jednym oku, 60% w drugim) i inaczej stąpam prawą nogą, mam niedowład prawej strony ciała. Prawej ręki do końca nie wyprostuję, ale ją mam. Do tego jednak jakoś widzę i chodzę, więc nie przeszkadza mi to w życiu.

Reklama

Najpierw jeździł, później chodził

Jak po wypadku myślał o przyszłości?

– Chyba nie myślałem. To była jedna wielka niewiadoma. Ale też nigdy specjalnie nie załamywałem rąk. Do nikogo nigdy też nie miałem pretensji. Ani do losu, ani do klubu czy trenera, że musiałem jechać. Trener wyraźnie powiedział: przyjedźcie do mnie, odwiozę. To była moja decyzja, że pojechałem do Górznej. Moja wina. Choć wiadomo, w chwilach samotnych przemyśleń zadawałem sobie czasami pytanie, po co pojechałem. Tych pytań stawiałem sobie więcej. Kiedyś na religii rozmawialiśmy o takich rzeczach z księdzem. Mówię, że jeśli ten Bóg istnieje, nie do końca jest chyba sprawiedliwy. Bo przed wypadkiem byłem co tydzień w kościele, a jednak mnie to spotkało. Ksiądz odparł: może właśnie dlatego żyjesz, że latałeś co tydzień do tego kościoła…

– Marcin doskonale wie też, jak wielu w Złotowie modliło się za niego, gdy w szpitalu walczył o życie.

Na dobre dziesięć lat zaprzestał czynnej jazdy na rowerze, ale nie odstawił dwóch kółek definitywnie.

– Kiedy po rehabilitacji wracałem do formy, miałem duże trudności ze swobodnym chodzeniem. Zawsze musiałem kogoś się trzymać. Kiedyś poszliśmy z ojcem na spacer. Gdy przechodziliśmy koło garażu, tata mówi: Marcin, może rowerem chciałbyś się przejechać? Nie wiedziałem, czy będę umiał, ale poszło. Pomógł mi ruszyć i jechałem. Zatem po wypadku szybciej jeździłem rowerem niż chodziłem – uśmiecha się szeroko na to wspomnienie.

Podkreśla, że pomimo ograniczeń, jest dzisiaj sprawny.

– Jedyne co mi trochę przeszkadza, to ta wolna gadka. Przez nią ludzie dość często biorą mnie za pijanego. Pytają: ile ty dzisiaj wypiłeś? Odpowiadam żartobliwie, że to moja sprawa, ile wypiłem, ważne, że funkcjonuję. Ale czasami to naprawdę jest denerwujące – przyznaje

Muzyk z „Bajki”

Zdobył wykształcenie techniczno–rolnicze. Później przez czternaście lat pracował w Spółdzielni Inwalidów Silmet.

– Jako monter silniczków elektrycznych niskiego napięcia – precyzuje. Przez kolejne 6,5 roku Marcin był magazynierem w Media Expert, po czym na dwa lata wyjechał do Niemiec. Gdy wrócił, rozpoczął pracę w myjni samochodowej, przy ulicy Szpitalnej, w pobliżu Miejskiego Zakładu Usług Komunalnych.

– W lutym będzie sześć, jak tutaj pracuję – mówi 49–latek.

Jego pasją przez lata było nie tylko kolarstwo, ale też muzyka. Marcin to absolwent szkoły muzycznej w klasie akordeonu.

– Przez pięć lat miałem nawet swój zespół. „Bajka” się nazywał. Mieliśmy regularne próby, ćwiczyliśmy w naszej piwnicy, a graliśmy i dorabialiśmy do życia na chałturach. Ja, Darek Nowakowski, wcześniej również śp. Robert Buniewicz, a wokal robiła Aldonka Chamarczuk. Zostałem przy klawiszach, ale trochę się przebranżowiłem, grałem na organach. Zespół pewnie przetrwałby dłużej, ale przyszły rodziny, dzieci, obowiązki i ekipa się rozeszła – o tym okresie też mówi z wielkim sentymentem.

– Za to niedawno nauczyłem się grać na gitarze. Z kuzynem Pawłem sobie pogrywamy, a czasami nawet coś nagrywamy. Ja na gitarze, Paweł na klawiszach – choć przyznaje, że łatwo nie jest, bo niedowład w dłoni przeszkadza nieco w sprawnym szarpaniu strun.

– Nie mam takiego wyczucia w palcach, ale jakoś daję radę – na jego twarzy ponownie pojawia się uśmiech.

Od lat pasją Marcina jest również muzyka


Pozytywny człowiek

Przed pięcioma laty Marcin ponownie, na dobre, wsiadł na dwa kółka.

– Przyszło samo z siebie, ale impuls znowu pojawił się za sprawą taty, który był wśród osób, które reaktywowały naszą lokalną grupę mastersów – przyznaje.

– Robię to wyłącznie dla siebie, to nie jest już czas udowadniania czegokolwiek komukolwiek. Na rowerze odpoczywam, przede wszystkim psychicznie. Fizycznie też czuję się znacznie lepiej – opisuje stan, w jaki wpada przy każdym treningu. A trenuje trzy–cztery razy w tygodniu.

– Staram się robić do tysiąca kilometrów miesięcznie. Ponieważ zimowa pogoda potrafi zepsuć plany, uniemożliwić trening, niedawno zainwestowałem w trenażer.

Z pomocą aplikacji mogę jeździć z kolegami, którzy mieszkają w Niemczech. Nie wirtualnie, a półwirtualnie, bo przecież pedałuję – złotowianin przyznaje, że ponownie odnalazł kolarską pasję.

– Bardzo motywuje mnie w tym Alinka – mówi o małżonce, która jest dla niego ostoją.

– Prawdziwą drugą połową. Bez wątpienia jesteśmy bratnimi duszami – gdy się poznali, nawet nie wiedzieli, że przez wiele lat mieszkali zaledwie 300 metrów od siebie. Związek małżeński zawarli po roku znajomości.

– Wspiera mnie nie tylko Alinka, ale też rodzice. Każdego dnia. Jestem im wdzięczny z bardzo wielu powodów – przyznaje nasz rozmówca. Kilka miesięcy temu uczestniczył w charytatywnej akcji kolarskiej dla rodzeństwa Marysi i Jasia, jaką przy jego dużym wsparciu zorganizowali Krzysztof i Celina Kudybowie. Marcin pokonał wtedy dystans ponad pięciuset kilometrów. Ponownie dostarczył powód do dumy sobie, małżonce i rodzicom.

– Tata zawsze pozostawiał decydowanie mnie samemu, ale potrafił umiejętnie na mnie wpływać. Kiedyś sprezentował mi ramę od roweru, jakim Fred Rompelberg pobił rekord Guinessa w jeździe prędkościowej w tunelu aerodynamicznym (263 km/h) – podkreśla z dumą.

Tata Marcina też miał przed ponad dwoma laty wypadek. Nie samochodem, a motocyklem – swego czasu także pisaliśmy o tym, jak wraca do zdrowia. Czy Marcinowi przeszło przez myśl, że nad Betscherami wisi jakieś fatum?

– Nie. Wręcz przeciwnie. Nawet sobie żartowałem, że u nas to rodzinne: mieć poważny wypadek i z tego wyjść. Tata też dalej jeździ na rowerze. Twardzi jesteśmy. Niezniszczalni – ocenia trudne przejścia. Dlatego z politowaniem patrzy na tych, którzy użalają się nad sobą z byle powodu, łatwo się poddają.

– Też mam chwile lepsze i gorsze, ale trzeba pamiętać, że po burzy zawsze wychodzi słońce.

Jak potoczyłaby się jego kariera, gdyby nie wypadek?

– Na pewno byłyby sukcesy sportowe, ale jak poważne, trudno mi ocenić. Może jednak trafiłbym do jakiegoś klubu, kto wie? Nie zastanawiam się jednak nad tym, nigdy tego nie rozpamiętuję. Po prostu cieszę się każdym dniem. Rzeczami, które dla innych może są oczywiste, a dla mnie potrafią być powodem radości – przyznaje nie tylko mąż i tata, ale też podwójny dziadek. Przy tym przyjaciel i dobry znajomy wielu mieszkańców Złotowa i okolic.

– Zawsze otaczałem się wieloma kolegami. Żaden nigdy mnie nie opuścił, nikt się nie odwrócił, pozostało przy mnie wielu przyjaciół – docenia.

Piotr Steffen, fot. P. Steffen, archiwum Marcina Betschera

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    arci - niezalogowany 2021-02-01 15:17:34

    Mega pozytywny gość.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    JUREK - niezalogowany 2021-02-01 18:13:22

    Nie znam P. Marcina , ale wiele lat temu miałem okazję poznać Zbyszka /tatę/ , jak i jego brata ! To bardzo porządni Panowie i jak się okazuje podobne są ich dzieci ! A tak na marginesie prawdziwi sportowcy , to ludzie twardzi i porządni ! Pozdrawiam Was z Jastrowia ! Dużo zdrowia i wytrwałości !

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Ja - niezalogowany 2021-02-01 18:32:42

    Super gość jest wzorem dla naszego syna

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama