Reklama

Obiad u pani Jadzi

04/06/2017 18:00
Jadwiga Budnick od ponad 20 lat zarządza szkolną kuchnią w Sławianowie. Gotowała dla uczniów, kolonistów, sportowców, wczasowiczów, a od niedawna jej obiady jedzą także w szkole w Kleszczynie

W Szkole Podstawowej w Sławianowie w kuchni rządzi Pani od początku, czyli już ponad dwadzieścia lat...

Tak, od początku. Najpierw były kolonie, tak się zaczęło. Stołówka nie działała od razu. Dopiero wraz z jej otwarciem dostałam tę pracę, którą wykonuję do dzisiaj.

Czym zajmowała się Pani wcześniej?

Wcześniej pracowałam w domu. Właściwie, to kiedyś byłam zatrudniona w zakładzie krawieckim, ale potem wyszłam za mąż i zostałam gospodynią domową. Później jednak okazało się, że potrzeba, abym poszła do pracy. Córka pewnego dnia wróciła ze szkoły, mówiąc, że będą tam potrzebować kucharki. Jednocześnie złożyłam papiery do szkoły i zakładu krawieckiego. Przyjęto mnie i tu i tu, ale ze względów ekonomicznych, jak chociażby dojazdy, zdecydowałam się na szkołę w Sławianowie i tak pracuję już od 20 paru lat.

Reklama

Jak tu się przestawić z gotowania dla domowników na karmienie takiej ilości osób?

No strach był, bo ja właściwie to chciałam pracować jako pomoc w kuchni. Niestety, mogli wówczas zatrudnić tylko jedną osobę, więc od początku musiałam sobie ze wszystkim radzić. Nie chodziło zresztą o samo gotowanie. Trzeba było też robić raporty, czego na początku nie potrafiłam. Był więc i płacz, i śmiech. Kolonie jak przyjeżdżały, to też były spore wymagania. Każda grupa chciała czegoś innego i trzeba było wszystko pogodzić. Jedni chcieli nabiał, a drudzy wędliny, więc tak trzeba było planować zaopatrzenie. Do tego zawsze należało pilnować, aby wszystkie wymogi Sanepidu były spełnione.

Jak wyglądało układanie takiego jadłospisu dla grup? Przypomnijmy, że głównie do Sławianowa przyjeżdżali sportowcy.

W większości trenerzy dawali propozycje, co ma być na śniadania, obiady i kolacje i myśmy się do tego stosowali. Szliśmy na ugodę. Sanepid przyjeżdżał sprawdzać każdy turnus i to kilkakrotnie. Kuchnia zawsze była głównym celem tych kontroli. Choć zawsze starałam się, żeby wszystko było w jak najlepszym porządku, to stres był duży. Dzięki uwagom i wskazówkom kontrolujących moja wiedza i doświadczenie były lepsze niż po niejednym kursie.

Reklama

Dla kogo lepiej się gotowało: grup kolonijnych czy dzieci szkolnych?

Wydaje mi się, że dla dzieci szkolnych. Jest trochę więcej swobody, choć teraz, chyba od dwóch lat, są duże wymagania przy układaniu jadłospisu. Dzieci mogą pić albo wodę, albo soki 100%, a kiedyś robiłam im napoje z syropów rozcieńczanych wodą. Coraz częściej, o dziwo, jest wybierana woda mineralna, co świadczy o kształtowaniu się zdrowotnych nawyków. Musi być też w jadłospisie odpowiednia ilość witamin, wymagane są owoce i warzywa w każdym posiłku.

Jak te odgórne zalecenia mają się do rzeczywistości i apetytu dzieci?

W posiłkach musi być też mała ilość soli, przynajmniej raz w tygodniu musi być ryba, wprowadzono ryże, kasze. Niestety dzieci tego nie chcą jeść i wolą to, co znają z domów, czyli najlepiej schabowe z ziemniakami.  Dzieciaki nie przepadają np. za kopytkami, nie znają takich dań. Kiedyś robiłam dania bardziej mączne, pierogi, kluski, ale uczniowie tego już nie lubią. To dla nas też przykre czasem, że pół dnia spędzamy na smażeniu naleśników ze szpinakiem, a później dzieciaki nie chcą tego jeść. Dlatego zadałam to pytanie nawet paniom z Sanepidu: czy mam gotować tak, jak są przepisy i praktycznie wszystko wyrzucać, czy tak, żeby dzieci coś zjadły? Powiedziały, żeby gotować tak, żeby dzieci zjadły. Staram się co jakiś czas podawać takie inne dania, ale nie codziennie, żeby nie wyrzucać. W obu szkołach [pani Jadzia gotuje obecnie dla szkół w Sławianowie i Kleszczynie – red.] dzieciaki uwielbiają makaron z twarogiem i truskawkami. Jedna szkoła woli więcej zupy, a druga preferuje bardziej drugie dania. Lubiana jest także zupa pomidorowa. Jadłospisy piszę z głowy i podobnie gotuję, bo po tylu latach nie muszę już zaglądać do książki czy zeszytu. Potem się ze mnie śmieją, że jak dzwonią po przepis na drożdżówkę, to nie chcę podać, a ja po prostu robię to „na oko” i dlatego nie podam dokładnego przepisu.

Reklama

To dopiero 40% wywiadu. W dalszej części zadałem m.in. takie pytania:

Ma Pani jakieś metody, żeby zachęcać dzieciaki do jedzenia?

Jeszcze nie tak dawno niektórzy politycy głośno mówili o dużym problemie niedożywionych dzieci. Jak Pani to widzi?

Lubi Pani poeksperymentować, czy ma Pani już sprawdzony jadłospis?

A jak to jest z naszą lokalną kuchnią? Jest jeszcze coś takiego?

Subskrybuj i czytaj wszystkie artykuły bez ograniczeń[[pay]]


Ma Pani jakieś metody, żeby zachęcać dzieciaki do jedzenia?

Czasami trzeba pomóc maluchom z przedszkola, bywają też szczególne dzieci, którym trzeba poświęcić więcej uwagi i bardziej je zachęcić. Czasami wystarczy podejść do nich i np. dać im posmakować i dopiero wtedy same zaczynają jeść. Czasem jak nie zjadają, to mówię, żeby zabrały do domu. Po co my to mamy wyrzucać?

Reklama

Jest Pani sama w kuchni?

Przez większość czasu. Na trzy godziny przychodzi do pomocy jedna osoba.

Jak wygląda taki dzień pracy?

Do pracy przychodzę na 7.00. Zaczynam wtedy już działać: przyprawiam mięso, zrobię jakąś surówkę. Potem przychodzi pani Mariola, pomaga mi, np. obrać ziemniaki czy przy smażeniu. Teraz mamy już piec indukcyjny, co ułatwia pracę, wystarczy włożyć mięso na blachy.  Są jednak dania wymagające smażenia na patelni, co też zajmuje sporo czasu. W między czasie przychodzą przedszkolaki na śniadanie, więc trzeba jeszcze po nich posprzątać. Na 11-tą musimy mieć już obiad gotowy, bo przyjeżdża pan z Kleszczyny i zabiera w termosy. Następnie przychodzą nasze przedszkolaki, a na koniec dzieci szkolne. Potem trzeba jeszcze tylko posprzątać. Dodatkowo w mej pracy są jeszcze do wypełnienia dokumenty w dzienniku żywieniowym.

Reklama

To dla ilu osób Pani gotuje, biorąc pod uwagę Sławianowo i Kleszczynę?

Dla przeszło 50. W przyszłym roku trochę dzieci dojdzie, bo będzie szkoła 8-klasowa.

Co przez te lata najbardziej się zmieniło?

Organizacyjnie są bardzo duże postępy. Kiedyś mieliśmy wyparzacz do naczyń, to było ciężkie, teraz już mamy zmywarkę, piec konwekcyjny, wszelkie urządzenia elektryczne. To znacząco ułatwia pracę.

Jeszcze nie tak dawno niektórzy politycy głośno mówili o dużym problemie niedożywionych dzieci. Jak Pani to widzi?

Wydaje mi się, że u nas nie ma tego problemu. Może gdzieś tak, ale nie wydaje mi się. Gdyby dziecko było głodne, to zjadłoby wszystko. Owszem, zdarzają się dzieci bardzo chude, ale to nie z powodu głodu, przeważnie to typowe dziecięce niejadki.

Reklama

Lubi Pani poeksperymentować, czy ma Pani już sprawdzony jadłospis?

Repertuar mam podobny i mniej więcej powtarza się w miesięcznych cyklach. Gotuję po prostu to, co dzieciom najbardziej podchodzi, żeby nie wyrzucać jedzenia. Lubię sobie czasami coś nowego popróbować, ale jak dzieciaki tego nie jedzą, to nie wdrażam na stałe. Jedną z takich nowości, które się kiedyś bardzo dobrze przyjęły były mięsne kotlety z warzywami.

Zdarza się, że po latach dzieci wspominają te stołówkowe obiady?

Tak. Dzieci wspominają. Nie raz mówią, że chciałyby zjeść mój obiad albo że później na innych stołówkach, nie miały już tak dobrych. Nie wiem czy tak jest, czy tylko tak mówią, ale miło to usłyszeć.

Reklama

Czy chce się jeszcze Pani gotować w domu?

Nie bardzo. Kiedyś bardzo lubiłam piec, ale teraz już też się nie chce. Obiad zrobię, ale ciasta  to już rzadko piekę. W przeszłości przygotowywałam także imprezy komunijne czy weselne, lecz i zapał minął, i zdrowie wprowadziło ograniczenia.

Oprócz kuchni, drugą aktywnością, z którą jest Pani kojarzona jest sławianowskie Koło Gospodyń Wiejskich...

Tak, z KGW też już jestem związana jakieś 20 lat. Wcześniej było nas sporo, ponad  35 osób, a obecnie pozostało nas 25. Młode kobiety się tak nie angażują, nie chcą. Kiedyś to zaangażowanie było większe, teraz każdy się odwraca, znajdując różne wymówki.  Wydaje mi się, że jest gorzej. Niemniej gdy czegoś się już podejmujemy, to nie ma żadnego problemu i mogę liczyć na nasze gospodynie. Chciałabym jednak żeby było więcej osób podejmujących inicjatywę, bo wraz z przejściem na emeryturę w szkole, prawdopodobnie zrezygnuję też z przewodniczenia KGW i mam nadzieję, że nie będzie problemu ze znalezieniem kogoś na moje miejsce. Nasza działalność to głównie przygotowywanie imprez wiejskich czy też środowiskowych, np. balu seniora, andrzejek, spotkania opłatkowego czy naszych świętojanek. Grillujemy, śpiewamy, puszczamy na jezioro wianki. Na wiele swoich imprez przygotowujemy w grupach różne nowe potrawy, sałatki, desery. Wspólnie uczestniczyłyśmy w kilku wycieczkach, np. na targi i koncerty do Poznania, byłyśmy w Gdańsku, Malborku, Częstochowie, Licheniu. To są wyjazdy integracyjne, w których biorą też udział kobiety z kół z Buntowa czy Kleszczyny. Teraz jako KGW organizujemy wycieczkę do ogrodów Hortulusa. Kiedyś więcej było wyjazdów i innych imprez, ale od pewnego czasu mam obowiązki względem rodziny i nie mogę sobie pozwolić na dłuższe wyjazdy.

Reklama

A jak to jest z naszą lokalną kuchnią? Jest jeszcze coś takiego?

To tylko w domu albo w kole się tak gotuje: szare kluchy, rypslok, placki ziemniaczane. W większości rodzin jednak chyba tego nie ma, bo dzieciaki nie jedzą, nie znają. Czasem pytam: co lubicie, co jecie, to wam ugotuję, ale dzieci najczęściej odpowiadają, że schabowe. Nieraz aż dziw bierze, jak można na okrągło jeść schabowe. Tym bardziej, że kiedyś nie każda rodzina mogła sobie pozwolić na taki obiad kilka razy w tygodniu.

Dziękuję za rozmowę, a także pyszne obiady, z których korzystałem jako uczeń.[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Czesiek - niezalogowany 2017-06-04 19:31:31

    Brak tematów? Doceniam długoletnią pracę pani Jadzi w szkolnej kuchni, ale po co taki długaśny artykuł?

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    iiii - niezalogowany 2017-06-04 19:04:28

    ma kobietka dryg do gotowania.Smaczne, to dzieciaki zjadają.koło szkoły może być stołówka dla wszystkich chętnych jesli bedzie smacznie i tanio.Tak praktykują Szkoły gastronomiczne aby to co mają na praktykach,żeby się nie zmarnowało to na ulicy stolik .najchętniej przechodnie kupują drożdżówki ...

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości