Reklama

Oko w oko ze śmiercią

14/08/2012 00:00
Miała piętnaście lat, kiedy chciano ją rozstrzelać. W ciągu kilku sekund osiwiała. Kilka razy uciekła okupantom. Teraz spokojnie dożywa swych dni w Budach

Dom, w którym mieszka Bożena Radzikowska, żołnierz Armii Krajowej, uczestniczka Powstania Warszawskiego, trudno w Budach znaleźć wśród gęstwiny drzew. Ale już wchodząc na podwórko czuć specyficzną atmosferę tego domu: rzeźby, w oknach witraże, stare sprzęty poustawiane tu i ówdzie. W środku zaś każde wolne miejsce na starych meblach wypełniają książki, na ścianach portrety przodków, bibeloty.

Pani Bożena Radzikowska (właściwie Jadwiga, stąd jej pseudonim „Jadźka”) to drobna staruszka o inteligentnej twarzy i bystrych oczach. Wygląda tak, jak człowiek zawsze sobie wyobrażał powstańca warszawskiego. Podczas rozmowy towarzyszy jej córka, Anna Akolińska, znany w Jastrowiu animator kulturalny. „Wystrój” domu to jej dzieło.

Właściwie rozmowa to za dużo powiedziane. „Jadźka”, żołnierz Armii Krajowej opowiada o swoich losach płynnie, pamięta wszystkie szczegóły, mimo swych 86 lat. Zadawanie pytań byłoby w tej sytuacji nie na miejscu, bo słuchacz jest pochłonięty do reszty jej opowieścią.

Patriotyzm wyniosłam z domu

To że zamieszkaliśmy w Budach, to spełnione marzenie moje i mojego małżonka. Wędrując po Polsce znaleźliśmy się na tych terenach. Dom, w którym mieszkam, to była kiedyś całkowita ruina. Przeprowadziliśmy się tu z Bydgoszczy. W lutym 32 lata temu pierwszy raz tu byliśmy, w październiku się wprowadziliśmy. Byłam kiedyś nauczycielką, teraz jestem na emeryturze.

W czasie wojny mieszkałam w Wołominie, ale powstanie zastało mnie w Warszawie. Uczyłam się w szkole pielęgniarskiej. To, że miałam zostać pielęgniarką, to była sugestia majora „Jaremy”. Według niego my, kobiety, jako żołnierze mało byśmy zdziałały, ale jako sanitariuszki na pewno sporo.

Do podziemia należałam od początku powstania Związku Walki Zbrojnej, potem, gdy się podzielił, wstąpiłam do Armii Krajowej. Patriotyzm wyniosłam z domu, w którym się wychowałam. Byłam praktycznie sierotą, mama nie żyła, a ojciec się mną nie interesował. Zamieszkałam u dalekiej rodziny, mój przybrany tata był „granatowym policjantem”. Cała rodzina była w pewnym sensie włączona w walkę podziemną. Miałam wówczas piętnaście lat, na początku byłam łączniczką. To że jako piętnastolatka dokonałam takiego wyboru było czymś normalnym. To się wyniosło z domu. Wiedziałam, że mój przybrany ojciec działa w konspiracji i bardzo namawiałam go, żeby mnie też wciągnął. Dał się wreszcie namówić.

W momencie wybuchu powstania byłam odcięta od domu, przebywałam w Warszawie w szkole prowadzonej przez zakonnice. Siostra Żurawska dała mi adres jakiegoś małżeństwa, któremu potrzebna była pielęgniarka. Tam zastał mnie 1 sierpnia, z dala od mojego rejonu przydziału.

Czy się bałam?

Człowiek myślał innymi kategoriami. Ja tak naprawdę stałam już pod ścianą, czekałam na rozstrzelanie. Wówczas w kilka minut, jako piętnastoletnia dziewczyna, całkowicie osiwiałam. Człowiek w takim momencie się nie boi, jest nieobecny.

Na ulicy Jotejki w Warszawie były magazyny z tytoniem, wspólnie z innymi budynkami tworzyły czworokąt. W jednym z budynków przebywał nasz oddział, w pewnym momencie te magazyny się zapaliły. Nie było czym oddychać, mimo że siedzieliśmy w piwnicach. Zrobiliśmy podkop i nocą przedostaliśmy się na ulicę Barską. Kiedy już wyszliśmy z podkopu, zostałam lekko ranna, o czym w ogóle nie wiedziałam. Miałam plamę na ubraniu, ale myślałam, że się pobrudziłam. Były szalone trudności z wodą i ja - do dzisiaj to sobie wypominam – weszłam na któreś piętro do budynku i zobaczyłam w łazience wannę wypełnioną wodą. O czym kobieta myśli? Oczywiście, żeby się wykapać. Więc kiedy się rozebrałam i weszłam do wody, zobaczyłam, że jestem ranna. Miałam jeszcze w ranie kawałek odłamka i sama go sobie wyciągnęłam.

Tych co żyli, z Barskiej Niemcy gnali na taki plac, na którym handlowało się zieleniną. Ja niosłam ranną kobietę, wraz z jej mężem. Jeden z Niemców kazał nam wejść przez bramę na jakieś podwórko, na którym leżała już góra trupów. Kazał nam ją rzucić na nich i zastrzelił ją na naszych oczach.

Kiedy przyszła na mnie kolej, usłyszałam tylko trzask zamka. Okazało się, że temu co strzelał do nas skończyła się amunicja. Śledziłam ze spokojem, jak ładuje kolejne naboje. W pewnym momencie ktoś mnie uderzył w ramię i powiedział po niemiecku „Was machst du hier? Geh weg loss! Potem kazał mi dołączyć do peletonu. Kątem oka zobaczyłam, że te osoby, które czekały za mną w kolejce na rozstrzelanie, uciekły. Jeśli człowiek stanie oko w oko ze śmiercią, to nie ma czasu na banie się. Jest się w ogóle wyłączonym, w głowie panuje pustka. Wówczas to osiwiałam zupełnie. Teraz też jestem siwa, ale to była inna siwizna.
[[nowa_strona]]
Uciekłam z transportu

Zostaliśmy zagnani na plac, na którym handlowano i tam zobaczyłam tego pana, co pomagałam mu nieść żonę. Stamtąd kilka kilometrów szliśmy pieszo, potem zawieziono nas do Pruszkowa do jakiejś hali. Tam się strasznie rozchorowałam, odzyskałam przytomność gdy już wszyscy opuścili halę. Wyszłam oknem i traf chciał, że trafiłam znowu na tę kolumnę. Zapakowano nas do wagonów, było tak ciasno, że mogliśmy tylko stać.

Mieli nas zawieść do Trzeciej Rzeszy do pracy, ale z tego transportu uciekłam. Przed Kaliszem pozwolili nam wyjść do szaletów, które znajdowały się przy torach. Postanowiłam w ostatnim szalecie przeczekać. Udało się, transport odjechał beze mnie. Ale musiałam uważać, bo transporty szły jedne za drugim i każdy się tu zatrzymywał. Zaczołgałam się przez pole jęczmienia do lasu. Pieszo szłam do Kalisza. Pamiętałam adres, pod którym mieszkała nasza daleka rodzina. Po drodze nie było co jeść, ktoś dał mi jakieś niedojrzałe gruszki, po których strasznie się rozchorowałam. Miałam w fartuchu pielęgniarskim zastrzyki, więc sama sobie je zrobiłam. Jakoś doszłam do Kalisza, odnalazłam rodzinę. Miałam przy sobie dużo pieniędzy, bo ten nieznajomy, któremu zastrzelili żonę, podzielił pieniądze między siebie, swojego syna i mnie. Powiedział, że za pieniądze wszystko można kupić. Dostałam również od niego pierścionek i zegarek na rękę. Ta biżuteria mnie uratowała. Poszłam w Kaliszu na policję, tam zachowali się po ludzku, bo najpierw, jak mnie zobaczyli, to chcieli mnie zawieść do szpitala. Zastanawiali się, co ze mną zrobić. Powiedziałam, że mam w Pyzdrach, należących już do Trzeciej Rzeszy, rodzinę. Komendant powiedział, że w takim razie sprawa się sama rozwiązała. Przewieziono mnie do „Arbeitsamtu„. Stamtąd ,dzięki tym pieniądzom i klejnotom, dostałam skierowanie właśnie do mojej rodziny.

Nie mogłam z siebie wydobyć głosu

Do Warszawy w czasie powstania już nie wróciłam. Wyzwolenie Warszawy w styczniu 1945 roku zastało mnie w Koninie w szpitalu, gdzie pracowałam jako pielęgniarka. Jakimś przygodnym transportem dojechałam do Wołomina, wszyscy myśleli, że nie żyję. Moja mam zamówiła nawet mszę świętą za moją duszę. Ponieważ wilka ciągnie do lasu, znowu trafiłam do partyzantki, tam spotkałam swojego przyszłego męża. Nasze drogi się rozchodziły i schodziły. Małżonek był w pewnym momencie wywieziony do Związku Sowieckiego, ale wrócił i znowu się spotkaliśmy. Jak zobaczyłam Warszawę po wyzwoleniu to nie mogłam z siebie głosu wydobyć. Nie ma słów na opisanie tego, co człowiek czuł. To była jedna wielka ruina.

Tak trafiliśmy do Bud

Nigdy nie naszła mnie refleksja, że nie było warto się bić. Wiem, że dzisiaj próbuje się kwestionować sens powstania, ale robią to najczęściej ci, dla których patriotyzm jest pustym słowem, sloganem. Ja mam stopień podporucznika rezerwy, dostałam awans za prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego.

Dostaliśmy legitymację i po róży, na dodatek jeden z pułkowników powiedział: „Teraz jesteśmy kadrą”. Było to niesmaczne, bo jaka z nas kadra? Za tą książeczką nic „nie poszło”, nawet zniżka na leki. Tymczasem ci dla których byliśmy „zaplutymi karłami reakcji”, mają po kilka tysięcy emerytury i mają się wspaniale. Bardzo cenię sobie odznaczenia, jakie dostałam z Londynu, tam zawsze o nas pamiętali. Naszą rodzinę po wojnie spotykały same restrykcje: wyrzucanie z pracy, szykany, utrudnianie nam życia na każdym kroku. Władze komunistyczne wiedziały, że ja i mąż byliśmy w Armii Krajowej. Po jakimś czasie trafiliśmy do Bud i tu już zostaliśmy.

Tak nakazywał honor

W 1981 roku, latem, spotkali się w naszym domu wszyscy żyjący partyzanci z mojego oddziału. Przysłano również „wtyczkę” z Piły, dla niepoznaki przyjechał z dzieckiem, ale nasi chłopcy nie byli w ciemię bici, spili go bimbrem, przykryli kocem i tak spał do rana. Bawiliśmy się niemal przez tydzień. Byli nasi znajomi z Opery Warszawskiej, na uroczystej mszy świętej w miejscowym kościele odśpiewali hymn partyzancki. Tak im się spieszyło do domu, że w eleganckich garniturach podwinęli nogawki i przeszli w bród przez rzekę. Był nasz kapelan jeszcze z partyzanckich czasów.

Potem przyszedł stan wojenny i na jakiś czas wszystko się skończyło.
Dzisiaj na temat wybuchu Powstania Warszawskiego mówi się różnie, istnieje też opinia, że było to niepotrzebne. My jako żołnierze AK byliśmy od początku przygotowywani na to, że powstanie musi wybuchnąć. Nikt wówczas nie zastanawiał się nad tym, czy ono się uda, czy też nie. Biliśmy się, bo tak nakazywał honor.

Szkoda, że tak mało się o nas pamięta. Jeszcze o tych w Warszawie więcej, bo wiadomo, trzymają się razem, ale o nas tu w lesie jakby zapomniano. Ale taka jest dola wiecznego partyzanta.

Wysłuchał: Ryszard Mikietyński
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości