Dlaczego rodzice przyprowadzają chorujące dzieci do przedszkoli?
Przedszkole. Przed wejściem dziecka do sali mama daje mu syrop, aby nie kaszlało. Inna podaje swojej pociesze antybiotyk. Kiedy pani Kasia zwraca jednej z mam uwagę, by chore dziecko zostawiła w domu, słyszy: „to nie pani sprawa”.
– Przecież to jest straszne – komentuje pani Katarzyna. Jej zdaniem przyzwalanie na przyprowadzenia chorych dzieci do przedszkoli to problem społeczny.
– Nieraz dzieci mocno kaszlą lub kichają. Dwa razy byłam świadkiem, gdy raz matka, a raz ojciec sprawdził czoło dziecka i stwierdził: „Ty chyba masz gorączkę. Jutro nie pójdziesz do przedszkola”. A dziś? Dziś pobaw się z dziećmi i je pozarażaj? Sorry, ale takie podejście jest dla mnie żałosne i bardzo nieodpowiedzialne – uważa.
Podobnego zdania jest pan Kamil, ojciec piątki dzieci.
– Moje dzieciaki uczęszczały do różnych przedszkoli w Złotowie i w każdym podejście było podobne – choroby są przemilczanym problemem – twierdzi.
– Czasami po tygodniu leczenia dziecka w domu (aby nie zarażało innych lub samo czegoś gorszego nie złapało) wraca do przedszkola na 2–3 dni i znów nadaje się do leczenia, bo w przedszkolu dzieci kaszlą i kichają. Tłumaczenie, że dziecko ma alergię do mnie nie przemawia, bo mam dzieci alergiczne i alergia nie przenosi się po kichnięciu – dodaje zdenerwowany tym, ile pieniędzy wydaje na leczenie pociech. Nie ze swojej winy, co podkreśla.
Zarówno pani Kasia jak i pan Kamil utrzymują, że dbają o zdrowie swoich latorośli. Zdrowo je odżywiają, uprawiają z nimi sport, chodzą na spacery, ubierają stosowanie do pogody. Dlatego tak denerwuje ich to, że nie wszyscy postępują podobnie.
– Nie kłócę się z rodzicami w szatni, ale jak dla mnie to co to za rodzice, którzy przedkładają swoje „sprawy” nad zdrowie swojego dziecka i innych w grupie przedszkolnej? Jestem w stanie zrozumieć wszystko, że ktoś ma pracę i jest mu ciężko wziąć wolne, ale od czego są babcie, dziadkowie? Nawet opiekunkę jakąś załatwić, sąsiadkę. Nie pojmuję. Większość rodziców pobiera te 500+ i co oni z tymi pieniędzmi robią? Nie mogą dziecku opłacić niani na 2–3 dni? Przecież to pieniądze na dzieci, prawda? – pyta matka dwóch córek. Na młodszą, czterolatkę, od września już trzy razy brała urlop chorobowy. Póki co szef to toleruje.
Pan Kamil dodaje, że nie tylko stara się z żoną prowadzić zdrową kuchnię, ale też ograniczają dzieciom spożycie słodyczy na rzecz owoców i warzyw, co łatwe nie jest.
– Niestety nie u wszystkich rodziców podejście jest identyczne – martwi się złotowianin.
Jego troskę łatwo zrozumieć, gdy spojrzy się na dane. Mówi o nich Justyna Lichodziejewska–Gałązka, pediatra:
– 70– 80% infekcji dróg oddechowych, dominujących wśród zachorowań w okresie jesienno–zimowym wywoływana jest przez wirusy. Do zarażenia dochodzi najczęściej drogą kropelkową, rzadziej pokarmową czy kontaktową. Najbardziej narażone na zachorowania są dzieci i osoby starsze z uwagi na upośledzone funkcjonowanie układu odpornościowego. Aby ograniczyć rozprzestrzenianie się wymienionych zakażeń należy unikać kontaktu z osobami chorymi. W przypadku dzieci bardzo istotne jest, aby nie posyłać chorego dziecka do żłobka, przedszkola lub szkoły. Korzyści z takiego postępowania są obopólne, z jednej strony zapobiegnie to rozprzestrzenianiu się zakażenia w środowisku rówieśników, z drugiej strony pozostawienie dziecka w warunkach domowych oraz oszczędzający tryb życia w okresie choroby stworzą idealne warunki do mobilizacji organizmu do walki z infekcją.
Zapytaliśmy w kilku przedszkolach w Złotowie, czy dyrektorki mają problem z rodzicami, którzy przyprowadzają do placówek chore dzieci. Żadna nie potwierdziła obserwacji pani Katarzyny i pana Kamila.
– Na zebraniach organizacyjnych w pierwszych tygodniach września rodzice są informowani, że do przedszkola przyprowadzamy tylko dzieci zdrowe – mówi Mariola Surma, dyrektor Przedszkola Publicznego nr 1 Złotowie.
– Dzieci przeziębione, z katarami i kaszlące, zostawiamy w domu. Taki komunikat znajduje się też na każdej tablicy informacyjnej – dodaje. Identycznie twierdzą Danuta Łoboda z Przedszkola Katolickiego im. św. Wojciecha w Złotowie i Jolanta Kurowska z Przedszkola Publicznego nr 2 w Złotowie.
– Mamy procedurę bezpieczeństwa, którą stosujemy od kilku lat. Nie mamy w przedszkolu pielęgniarki, ale nauczycielki bardzo dobrze znają dzieci i widzą, gdy dziecko inaczej się zachowuje albo nie ma apetytu – zapewnia ostatnia z pań. Wszystkie dyrektorki, z którymi rozmawialiśmy przekonują, że w przypadku pogorszenia się stanu zdrowia dziecka (np. gorączki) nauczycielki zawiadamiają rodziców, by odebrali swoje pociechy. To akurat pan Kamil potwierdza. Były takie sygnały, dziecko było zabierane do domu.
Co jednak, gdy oboje rodzice pracują i nie mogą zjawić się w przedszkolu na każdy sygnał?
– Starają się przysłać ciocię czy babcię – odpowiada D. Łoboda, która jeszcze raz zauważa, że nie ma problemu z nagminnym przyprowadzaniem do placówki dzieci chorych.
– Mówimy, żeby nie przyprowadzać nam chorych dzieci, bo inni rodzice się skarżą. Myśmy już to kiedyś przerabiali i rodzice w większości stosują się do tej prośby.

W związku ze zgłoszeniem naszej czytelniczki zapytaliśmy użytkowników portalu zlotowskie.pl, co powinny robić przedszkola i żłobki, gdy rodzice przyprowadzą do nich chore dziecko. Zdecydowana większość uczestników sondy odpowiedziała, że kategorycznie odmówić jego przyjęcia w danym dniu (wyniki sondy obok). Internauci rzeczowo komentowali ten problem.
„Niestety to był jeden z powodów, przez który wypisałam dziecko z przedszkola... U takich dzieci kończy się katarem czy przeziębieniem. Mój syn niestety lądował w szpitalu. Grupa dzieci siedziała w klasie, a większość z nich kaszle i smarka. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że najczęściej matki albo ojcowie tych dzieci siedzą w domu i nie pracują, a wepchnięcie chorego dziecka zwalnia ich z opieki i mają więcej czasu na kawki i ploteczki. Wiadomość do rodziców chorych dzieci: „Twoje dziecko nie jest pępkiem świata, pomyśl, że inne dzieci mogą przez Twoją nierozwagę cierpieć”!!!”
„No tak, tylko jak w ten dzień przestawić harmonogram prac. Wiemy, że ot tak, ad hoc wielu pracodawców nie przyjmie do wiadomości gwałtownej absencji w pracy z powodu przeziębienia u dziecka. Każdy boi się o pracę, a nie każdy to rozumie. Poza tym czy dziecko zostanie w przedszkolu, czy nie, pozostałe dzieci też będą chorowały. Jedynym wyjściem byłoby utworzenie pokoju kwarantanny, gdzie bawiły by się dzieci przeziębione i to nie zawsze z gorączką.”

Na strach przed utratą pracy lub choćby przypięcia łatki „tego, który się miga” uwagę zwracają także inni rodzice. Mówią o bezwzględności pracodawców. Dlatego mimo wszystko oddają chore dzieci pod opiekę nauczycielek. Dla nich rachunek jest prosty: nie pracujesz – nie masz pieniędzy do życia – pogarszasz warunki rozwoju swojej pociechy.
Nie wszystkich jednak takie postawienie sprawy przekonuje. Pani Katarzyna podpowiada zastosowanie w przedszkolach rozwiązań sprawdzonych w innych miastach.
– Mam kilka koleżanek w Poznaniu, Warszawie, Krakowie i tam jest niedopuszczalne, aby dziecko przyszło chore do przedszkola. Rodzic musi przynieść zaświadczenie od lekarza, że dziecko jest zdrowe. U nas, w Złotowie, to jest nie do pomyślenia. U nas w przedszkolu w grupie jest ponad 20 osób na liście, a tymczasem wczoraj było 7, może 8 dzieci, a w młodszej grupie jest podobnie – oburza się mama czterolatki. Jej zdaniem pracownice przedszkoli powinny stawiać rodzicom twardsze, jasne warunki. I na to zwracają uwagę użytkownicy zlotowskie.pl.
„Ktoś pisze: niech wychowawca lub dyrekcja zareaguje.... a wy myślicie, że nie reaguje?! Reaguje, tylko że taki rodzic i tak przyprowadzi dziecko, bo powie, że był u lekarza i już jest zdrowe... Nawet jeśli nauczyciel wpadnie na pomysł, żeby poprosić o zaświadczenie, że dziecko jest zdrowe i może chodzić do przedszkola, to taki pożal się Boże lekarz jakich teraz mamy i tak to zaświadczenie wystawi, bo przyjmuje hurtowo i wszystko mu jedno.... A nauczyciele nie są z tego zadowoleni, bo przecież też łapią wszystkie bakterie od dzieciaków.”
Problem jest złożony. Zwłaszcza, gdy dodamy do niego teorię, że w okresie przedszkolnym dzieci nabywają odporności na choroby, więc kontakt z różnymi patogenami nie jest dla nich taki zły (w perspektywie dalszego życia). Wychowywanie dzieci w sterylnych środowiskach także nie jest dobrym rozwiązaniem. Co więc robić? Jak w obliczu kaszlącego, smarkającego kilkulatka powinni zachować się rodzice i pracownicy przedszkoli? Trzeba szukać złotego środka. Niekoniecznie jednak takiego, o którym mówi pani Katarzyna:
– Córka była tydzień chora i w tym czasie odbywała się zabawa andrzejkowa. Córka z racji choroby była w domu. Ktoś z przedszkola do mnie zadzwonił i pytał mnie, czy córka przyjdzie na zabawę andrzejkową. Odpowiedziałam, że nie, bo jest jeszcze chora i ma jeszcze kaszel. To ta pani co dzwoniła z przedszkola powiedziała, że to nic, bo w gorszym stanie dzieci przychodzą. Masakra jakaś. Z takim podejściem to zaraz będzie epidemia i przedszkola trzeba będzie zamknąć, bo chore dzieci zarażą wszystkie zdrowe...
Łukasz Opłatek, rys. Karol Bobkowski
imiona bohaterów zostały zmienione
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Powiedzcie to pracodawcom. Każda opieka (zwolnienie lekarskie) nad dzieckiem to problem dla rodzica. Płacić za przedszkole trzeba czy dziecko jest czy nie ma w przedszkolu, a do tego zarobki są zmniejszone do 80 %. I jeszcze krzywy r.y.j szefa. Tak wygląda rzeczywistość. Dlaczego przy tym wszystkim służby mundurowe są wynagradzane w 100%?
Bo ten kraj jest bardzo chory a 500+ go nie uzdrowi. Jak tak dalej będzie szło to grozi nam rozpad a ruski się ucieszą. Codziennie obserwuję gówniarzy mających w dupie ideały ale i starzy nie dają dobrego przykładu. Np na naszych ulicach coraz częściej spotykam się z prostactwem ze strony podstarzałych "kierofcuf"
Brak jasnych reguł...dziecko chore,nie zostaje przyjęte. To powinno być w regulaminie,jasne i klarowne. Ja sie zderzylam z faktem,że pediatra nie zgodzila sie wystawić zaświadczenia,że dziecko jest zdrowe...bo bylo zdrowe osluchowo i w gardle,a męczył dziecko nagminny kaszel. Nie raz świadkiem byłam jak w przedszkolu dziecko kichajac pozbyło sie calej zawartości nosa ( ale jest zdrowe oczywiście). Z kolei każda wizyta w aptece to min. 50-100 zł na lekarstwa i modlitwa,by nie byl potrzebny amtybiotyk.
Nauczyciel albo inny rodzic napewno nie jest kompetentny zeby stwierdzic czy dziecko jest chore czy nie. A lekazy w przedszkolach nima . Takze i tak beda przyprowadzame i tak.
A ja jestem osobą zdroworozsadkowa i uważam że skrajne podchodzenie do tematu w żadną stronę jest niewłaściwe. Mam dwójkę małych dzieci i początkowo jak córka w wieku 2.5 roku poszła do przedszkola szybko zaczęła chorować. Ja byłam w domu z młodszym dzieckiem więc zostawiłam córkę też w domu.. Ale sytuacja wyglądała tak, że córka miała kaszel po 1.5 miesiąca bez gorączki, oczywiście pod kontrolą lekarza. Było tak że więcej przeaiadywala w domu niż w przedszkolu. Ledwie było lepiej, poszła do przedszkola i znów to samo. Więc zaczęłam trochę przmukac oko na lekko średni kaszel czy katar. Teraz chodzi już trzeci rok, młodsze dziecko drugi i w końcu jest trochę lepiej ale i tak chodzą z kaszlem czy katarem. Niestety nie mam babci która chętnie pomoże i zostanie z dziećmi, mam swoje obolowiazki w pracy i nie ma mnie kto zastąpić z dnia na dzień więc ciężko jest wziąć od razu opiekę. Łatwo się mówi jak się siedzi w domu lub ma babcie na każde zawołanie. O nianie na wsi dorywczo też Joe łatwo bo albo na stale albo ma inne obowiązkai. Poza tym nasze dzieci nabierają przez kontakt z zarazami i wirusami odporność więc nie panikujmy bo katarek leci czy dziecko zakaszlalo. Nie mówię o skrajnych przypadkach typu dawanie przeicwgorackowych przed przedszkolem, ale o normalnym myśleniu. Chowanie sterylnie nic nie da. I serio dziecko siedząc w domu z kaszlem może tak samo długi kaszlec jak wychodząc do przedszkola. Na początku też mnie denerwowalo że inne dzieci przychodzą zasmarkane a teraz się cieszę bo mam to gdzieś a moje dzieci w koncu maja lepsza odporność i organizm się sam potrafi wybronic, a wcześniej trochę kaszlu i zapalenie oskrzeli ciągle.
Jak czytam to rodzice powinni iść do lekarza bo nawet poprawnie nie piszą komentarzy
Moje dzieci, które po infekcji i długim pobycie w domu wracają do przedszkola, po trzech dniach pobytu w nim, są znów chore. Serdecznie dziękuję rodzicom przyprowadzajacym chore dzieci. Ukłony w waszą stronę.
Powiedzcie to pracodawcom. Każda opieka (zwolnienie lekarskie) nad dzieckiem to problem dla rodzica. Płacić za przedszkole trzeba czy dziecko jest czy nie ma w przedszkolu, a do tego zarobki są zmniejszone do 80 %. I jeszcze krzywy r.y.j szefa. Tak wygląda rzeczywistość. Dlaczego przy tym wszystkim służby mundurowe są wynagradzane w 100%?
Bo ten kraj jest bardzo chory a 500+ go nie uzdrowi. Jak tak dalej będzie szło to grozi nam rozpad a ruski się ucieszą. Codziennie obserwuję gówniarzy mających w dupie ideały ale i starzy nie dają dobrego przykładu. Np na naszych ulicach coraz częściej spotykam się z prostactwem ze strony podstarzałych "kierofcuf"
Brak jasnych reguł...dziecko chore,nie zostaje przyjęte. To powinno być w regulaminie,jasne i klarowne. Ja sie zderzylam z faktem,że pediatra nie zgodzila sie wystawić zaświadczenia,że dziecko jest zdrowe...bo bylo zdrowe osluchowo i w gardle,a męczył dziecko nagminny kaszel. Nie raz świadkiem byłam jak w przedszkolu dziecko kichajac pozbyło sie calej zawartości nosa ( ale jest zdrowe oczywiście). Z kolei każda wizyta w aptece to min. 50-100 zł na lekarstwa i modlitwa,by nie byl potrzebny amtybiotyk.