Reklama

Rozmowa z Zofią Rodobolską o świecie bez marzeń

02/05/2017 19:00
Krew lała się ulicami. 20 Polaków zostało rozstrzelanych - taki obraz przywołuje Zofia Rodobolska, która dorastała podczas II wojny światowej. W czasach, gdy marzenia schodziły na dalszy plan, a liczyło się tylko przetrwanie, życie tu i teraz

Widzieć, nie móc zapomnieć

Gdy wybuchła II wojna światowa Zofia Rodobolska, mieszkanka Dolnika, miała 12 lat. 1 września 1939 roku szykowała się do 5 klasy. Nie poszła, bo Niemcy zajęli szkołę w Sandomierzu. Młoda dziewczyna zmuszona była zakasać rękawy do pracy. W rodzinie się nie przelewało. Ojciec, jeszcze przed wojną, wyjechał do Francji. Zostawił żonę, córkę i dwóch synów. Na początku przysyłał pieniądze, później to się zmieniło. Pani Zofia była środkowym dzieckiem. Na życie zarabiali u lokalnych gospodarzy, najpierw u Polaków, a później u Niemców, którzy zajęli polskie dobytki.

Moja mama nie miała łatwego życia. Biedna była i ciężko pracowała

Reklama

– wspomina 90–latka.

Muszę jednak powiedzieć, że wbrew pozorom lepiej się jej zrobiło jak weszli Niemcy. Oni bardziej doceniali pracownika niż nasi

– zauważa kobieta. Zdarzały się jednak sytuacje, które po dziś dzień budzą grozę. Podczas pracy w polu, przy pieleniu buraków, nad małą Zofią i jej matką stał Niemiec nadzorujący pracowników. Gdy tak patrzył na nie, ze strzelbą przy ramieniu, dziewczynce w pewnym momencie zaczęły trząść się ręce. Ze strachu wyrwała dorodne sadzonki roślin. Niemiec był rozwścieczony. Krzyknął:

Reklama

Żeby to ona sama nie była i tych dzieciaków nie było szkoda, to bym wziął strzelbę i powybijał wszystkie!

– wspomina staruszka.

Dzieciństwo w okresie II wojny światowej nie było lekkie. Nie to co dziś

– zauważa pani Zofia, która przytacza przykład swojej prawnuczki.

Co ona ma do roboty jak przyjdzie ze szkoły? Dziś dzieci mają dużo wolnego, robią co chcą

– mówi babcia 6 wnucząt i 12 prawnucząt. Mimo wszystko maluchy wychowujące się w czasie wojny też znajdowały czas na zabawę. Co więcej bawiły się ze sobą bez względu na narodowość.

Reklama

Jak my się dogadywaliśmy, to ja już nie pamiętam

– zastanawia się pani Zofia. Lata spędzone w Sandomierzu wspomina z nostalgią. Wojna, być może właśnie dlatego, że nasza bohaterka była niewinnym, nieświadomym dzieckiem, nie dawała się aż tak we znaki. Mimo to w jej pamięci nadal pozostają obrazy, które trudno wymazać. Jak ten, gdy ciepłego popołudnia Zosia niosła obiad bratu do zakładu szewskiego w centrum miasta. Nagle ciszę przerwał przeraźliwy hałas. To Niemcy wyprowadzali z budynków Polaków. Łącznie zebrali ich 20. Ustawili mężczyzn w szeregu, tyłem do zgromadzonej ludności. Rozległ się huk. Pierwszym co zobaczyła dziewczyna była krew spływająca ulicami.

Reklama

Jak zabito jednego Niemca to w zamian zabijali 20 naszych

– wyjaśnia 90–latka.

To było okropne

– dodaje... Zapada cisza, nasza rozmówczyni bierze głęboki wdech i wyjaśnia, że tego dnia musiała jeszcze wydoić krowę, bo mama zachorowała. Obraz zabitych nie opuszczał ją nawet na chwilę. Gdy wracała rozkojarzona od zwierząt wpadła w dół, w którym była gnojówka. Mleko się wylało. Brudna, z pustymi rękami wróciła do domu. Na oczach pani Zofii i jej matki Niemcy pojmali również polskiego księdza. Zapamiętała jego ostanie słowa: „Żegnaj ziemio sandomierska, krwią polską przesiąknięta”. Przeżyte tragedie, ludzie, miejsca – to wszystko co jakiś czas do niej powraca.

Reklama

Gdy nie mogę zasnąć, to tak sobie przypominam imiona, nazwiska, numery domów. Niedawno wspominałam taką Tecię, piękną Żydóweczkę. Och, jaka ona była ładna! Bo te chłopaki to nie. Jakieś takie nosy krzywe mieli

– mówi staruszka. Na wspomnienie Teci pani Zofia przywołuje historię, jak lokalni Żydzi budowali w Sandomierzu drogę. Za każdym razem Niemcy kazali im śpiewać przy pracy: „Edward Śmigły–Rydz nie nauczył was nic, a Hitler złoty nauczył was roboty”. Ten kto nie śpiewał mógł spodziewać się kary i to srogiej, łącznie z utratą życia. Mimo upływu lat ta melodia w uszach pani Zofii nie milknie...

Reklama

To dopiero 40% artykułu. W dalszej części przeczytasz m.in.:

Machniom – W Sandomierzu dorastająca Zosia imała się różnych zajęć. Oprócz pracy na roli, kopania okopów, pędziła także bimber. – A jakże! Och, co ja nie robiłam...

W nowej Polsce – Przyjechali we trójkę. Starszy brat pojechał na Śląsk, wstąpił do partyzantki. Mama pani Zofii otrzymała 7 hektarów ziemi i dom. Dwie kobiety, mały chłopczyk, a do tego brak...

Czerwona przepustka – Gospodarzenie nie trwało długo. Pan Józef, wykształcony jak na tamte czasy, został bowiem inspektorem w Urzędzie Gminy w Krajence, a następnie...

Reklama

W wolnej Polsce – Pani Zofia przeżyła różne ustroje państwowe. Bez wahania stwierdza, że te dzisiejsze czasy są najlepsze, a przynajmniej żyje się w nich łatwiej. Wspomnieniami nadal jednak...

Subskrybuj i czytaj wszystkie artykuły bez ograniczeń[[pay]]


Machniom

W Sandomierzu dorastająca Zosia imała się różnych zajęć. Oprócz pracy na roli, kopania okopów, pędziła także bimber.

A jakże! Och, co ja nie robiłam....

– wspomina nasza bohaterka. Do produkcji trunku używała buraków cukrowych, po które psim zaprzęgiem jeździła pod wschodni front. Jego smakoszami byli głównie radzieccy żołnierze.

Reklama

Wypijali nawet zacier

– przypomina. Mając bimber rodzina Świniarskich (panieńskie nazwisko pani Zofii) mogła wymieniać się z wojskowymi. Dzięki temu dostawali w zamian konserwy, mydło oraz wiele innych towarów codziennego użytku. Życie w czasie wojny toczyło się z dnia na dzień. Liczyła się teraźniejszość. Zapytana o nastoletnie, dziewczęce marzenia nasza bohaterka odpowiedziała, że ich nie miała.

Ja nawet nie chciałam stamtąd wyjeżdżać, ale mama postanowiła. Wtedy jej nie rozumiałam, dziś już zupełnie inaczej na to patrzę

Reklama

– wyjaśnia pani Zofia. Przy wschodniej granicy rodzina nie miała perspektyw. Ojciec od dawna nie przysyłał pieniędzy, poza tym ich dom został zniszczony przez bombardowania. Matka pani Zofii, chcąc polepszyć byt, zdecydowała się na przesiedlenie. Tym sposobem 17 maja 1945 roku trafili do Dolnika.

W nowej Polsce

Przyjechali we trójkę. Starszy brat pojechał na Śląsk, wstąpił do partyzantki. Mama pani Zofii otrzymała 7 hektarów ziemi i dom. Dwie kobiety, mały chłopczyk, a do tego brak konia i sprzętu nie napawały optymizmem, a żeby przeżyć trzeba było wziąć się do pracy. Mieszkańcy wsi byli jednak bardzo pomocni i życzliwi. Większość z nich także przyjechała tutaj z różnych stron kraju, oprócz rodzin Michalskich, Radowskich i Kaczmarków, które były tutaj od początku, gdy gospodarzyli jeszcze Niemcy. Pani Zofia pamięta nawet ostatnią Niemkę, która mieszkała w jednym z domów na tzw. „górce” przy głównej drodze z Piły do Złotowa. Kobieta nie zabawiła tutaj długo. Jak zaznacza nasza rozmówczyni Polacy się nad nią nie pastwili, przynajmniej ona nie słyszała o żadnych przejawach agresji. 90–latka zastała Dolnik niemal taki jaki jest teraz.

Reklama

Niewiele się zmieniło

– zauważa. Poza tym, że w kamienicy przy rzece był urząd gminy, przy Kaczym Dołku natomiast ruiny starej Kuźni, na miejscu domu obecnych sąsiadów pani Rodobolskiej gruz po siedzibie poczty. Na stacji kolejowej w Dolniku pobudowane były magazyny i istniał drugi tor, tutaj Niemcy przeładowywali bowiem niegdyś towary.

Pamiętam też, że tych bloków nie było przy drodze. Tam na grzyby się chodziło

– wyjaśnia pani Zofia. Wielka polityka i zdarzenia toczące się w kraju i Europie omijały Dolnik. Ludzie skupiali się głównie na swoim codziennym życiu. Od czasu do czasu w codzienność wkradały się jednak komedie i dramaty, tak jak w przypadku pani Zofii. Jej mama niemal od samego przyjazdu podgadywała córkę, aby znalazła sobie kawalera. Jak będzie mężczyzna w domu, to będzie im lżej na gospodarce. Absztyfikant znalazł się, przyjechał z pobliskiej miejscowości. Był to pracowity chłopak, ale między młodymi nie zaiskrzyło, a przynajmniej ze strony panny. Mimo to mama nie dawała spokoju. Mając już dosyć ponagleń matki postanowiła, że się zabije. Wzięła różaniec, poszła w buraki, tam odmówiła modlitwę, kolejno udała się nad rzekę, aby dokończyć żywota. Gdy już szykowała się do skoku... Zza krzaków wyszła sąsiadka, która, nieświadoma niczego, zaczęła robić pranie.

No i tak było po moich planach samobójczych

– kończy historię 90–latka. Nie ma jednak tego złego. W niedługim czasie na horyzoncie pojawił się przystojny, umiejący doskonale tańczyć kolega brata pani Zofii, starszy od niej o 3 lata Józef (pan Rodobolski zmarł 13 lat temu). Motyle w brzuchu były prawie od razu, to też młodym nie trzeba było dużo czasu, aby zdecydować się na ślub. Po trzech tygodniach znajomości, 17 lutego 1947 roku, państwo Rodobolscy w saniach pojechali do kościoła w Głubczynie wypowiedzieć sakramentalne tak. Czy aby nie za krótko się znali?

Takie były wtedy czasy

– odpowiada pani Zofia. Na pewno między młodymi zaiskrzyło, a miłości później im nie brakowało. Jej owocami są córka Teresa (1948 rocznik), syn Stanisław (1950 r.) i najmłodsza Elżbieta (1959 r.). Ku radości mamy pani Zofii pojawił się wreszcie zięć, który zajął się gospodarstwem.

Czerwona przepustka

Gospodarzenie nie trwało długo. Pan Józef, wykształcony jak na tamte czasy, został bowiem inspektorem w Urzędzie Gminy w Krajence, a następnie księgowym. Pani Zofia, podobnie jak wielu mieszkańców wsi i pobliskich miejscowości, znalazła z kolei zatrudnienie w Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej w Dolniku. Doiła krowy, 7 dni w tygodniu, każdego ranka i wieczorem.

Najgorsze były niedziele. Człowiek wracał, mył się i szedł do kościoła, a ten zapach obory mimo wszystko pozostawał. Nie lubiłam tej pracy, wytrzymałam tam rok

– wyjaśnia 90–latka. Pani Zofia na koncie ma również epizod socjalistyczny. Wspólnie z dwoma panami z Dolnika wstąpiła to Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Nie kierowała się jednak wielkimi ideologiami, a bardziej własnym losem.

Jak była świnia to ją dzielili, najpierw oczywiście pomiędzy członków partii. Dlaczego ja nie miałbym jej dostać? Tak więc wstąpiłam

– mówi. Zjazdy w Złotowie niespecjalnie ją jednak interesowały. Ostatecznie postanowiła oddać legitymację, ale kierownictwo nie chciało jej przyjąć. W imieniu pani Zofii wystąpili zatem dwaj sąsiedzi. Argumentowali, że mąż boi się zdrady, bo to jedyna kobieta, która tutaj z nimi jeździ. Dla świętego spokoju rodziny lepiej zatem na to pozwolić. W taki to sposób zakończyła się komunistyczna przygoda naszej bohaterki.

Jej życie toczyło się głównie wokół rodziny. W wieku 50. lat jeszcze raz wróciła do pracy. Najpierw do „Polamu” , a później do „Lumenu” w Pile. W ten sposób udało się jej nabyć prawo do emerytury.

Dziś żyję jak pani. Siedzę tak sobie i pieniądze jakieś tam mam. Co mi więcej trzeba

– mówi 90–latka.

W wolnej Polsce

Pani Zofia przeżyła różne ustroje państwowe. Bez wahania stwierdza, że te dzisiejsze czasy są najlepsze, a przynajmniej żyje się w nich łatwiej. Wspomnieniami nadal jednak wraca do Sandomierza. Mimo wojny i wszelkich trudów związanych z tamtymi miejscami, tęskni. Kilka lat temu miała okazję je odwiedzić. Przed śmiercią chciałby wybrać się tam jeszcze raz – to jej pierwsze marzenie po latach. Drugim i ostatnim jest dobrze umrzeć. Dobrze czyli tak, aby nie była ciężarem dla rodziny. Od życia nie chce i nie potrzebuje już nic więcej.[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    osiem - niezalogowany 2017-05-04 19:45:09

    Szkoda, że w takim razie Ty nie żyłeś/żyłaś w tamtych czasach, dajmy na to w Warszawie. Ciekawe jakie wtedy miałbyś/miałabyś zdanie o tych "mordercach". Żałosne, naprawdę. Radzę więcej czytać :)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Polak prawdziwy - niezalogowany 2017-05-03 21:19:45

    Przez ludzi z Powstania Warszawskiego Niemcy w odwecie zabili ponad 200 tys. niewinnych cywili !!!!!!!!!!!!!!!!! Warto abyś zawsze dopowiadał prawdę. Dla jednych bohaterowie dla innych mordercy.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    xxx - niezalogowany 2017-05-03 12:12:42

    Lepiej byś sie nie odzywał. Jak tak dobrze było za niemieckiej okupacji, według Ciebie, to obrażasz ludzi walczących w Powstaniu Warszawskim. Ludzi, którzy zginęli w obozach zagłady. Więc lepiej milcz.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości