W sklepiku szkolnym pracuje już trzynasty rok. Kilkanaście roczników poznało smak słynnych bułek pana Mietka. Kilku dyrektorów również
Przychodzę w odwiedziny do pana Mieczysława Manikowskiego, który od 13 lat prowadzi szkolny sklepik w Zespole Szkół Technicznych w Jastrowiu. To pogodny 61-latek. Jest bardzo energiczny, pomimo sporych kłopotów zdrowotnych. Jest po operacji raka żołądka, ma cukrzycę, a około 5 lat temu przeszedł przeszczep serca. W sklepiku pracował najpierw jego syn, potem trochę synowa. Życie tak się potoczyło, że syn z synową wyjechali z Jastrowia. Pracować w swoim zawodzie nie mógł (był drwalem) ze względu na swój stan. Wtedy podjął decyzję, że skoro jest na rencie, skoro ma czas, to czemu nie spróbować pracy w sklepiku szkolnym.
Gastronomiczny hit
Na pierwszy rzut oka zwykły sklepik szkolny, jakich tysiące w całej Polsce. Można tu kupić różnego rodzaju soki, słodkie bułki, hot-dogi, groszki, batoniki, zeszyty, długopisy. Jeśli ktoś ma ochotę na gorącą kawę, herbatę lub zupkę - proszę bardzo, jednak prawdziwym hitem sklepu stały się bułki, które pan Mieczysław robi sam. Wpadł na ten pomysł, gdy rozmyślał, co by zrobić, by zyski były większe. To był strzał w dziesiątkę. W czasach, gdy uczniów było dużo, robił ich dziennie nawet 130 sztuk. By je przygotować przychodził do pracy ok. 3 godziny nad ranem. Teraz uczniów jest mniej, więc mniej bułek przygotowuje. Może dłużej pospać, bo pracę zaczyna o 5.00. Przygotowuje wszystko rano, by produkty były świeże. Słynne bułki są z farszem pieczarkowym lub drobiowym, z ogórkami, wędliną. Dodaje ketchup, majonez albo sos czosnkowy. Wszystko podgrzewa w elektrycznym piekarniku. Gdy pytam uczniów na przerwie, czy te bułki naprawdę im tak smakują, odpowiadają zgodnie, że smaku tych bułek nie da się zapomnieć . Nazywają je grzańcami. [[reklama]] Dziadek, szef, Mietek
- Mówią mi: pan Mietek, szefie, dziadku albo i po imieniu. Mnie to nie przeszkadza - śmieje się pan Mietek. Nie raz już myślał, żeby zamknąć swój mały biznes, ale jak posiedzi z 2 -3 dni w domu to tęskni za swoją pracą. Za młodzieżą. Opowiada, że przychodzą porozmawiać z nim, zwierzyć się. Pytają o radę. Lubi ich słuchać. Cieszy go, gdy młodzież przychodzi i mówi, że miał rację, jak radził im w jakiejś sprawie. Zdarza się, że sprzedaje towar na kreskę, bo przecież nie może dopuścić, żeby młodzi chodzili głodni. Czasami na nich pokrzyczy, jak się źle zachowują, ale nie gniewa się, bo tworzy społeczność z nimi. - Kiedyś młodzież była grzeczniejsza - wspomina, ale zaraz dodaje, że to pewnie dlatego, że teraz są inne czasy, inna kultura. [[nowa_strona]]
Zyski ze sklepu też były wyższe, gdy uczniów było więcej. Niż demograficzny dotknął więc i jego sklep. [[reklama]] Konkurencja pokonana
Byli uczniowie przychodzą do niego jak do dobrego, starego znajomego. Przychodzą na kawkę, porozmawiać. Najczęstszym jednak powodem wizyt są bułki. Cieszą go te dowody sympatii. Jest dumny z tego, co robi. - Wykosiłem nawet konkurencję – opowiada. - Kiedyś był w szkole automat, ale uczniowie i tak do mnie przychodzili na kawę lub herbatkę. Bo moja kawa gorąca, automat z nimi nie porozmawia. I automat znikł. - Nie sprzedaję chipsów, bo są niezdrowe. Na pytanie o zamknięcie sklepu odpowiada, że jeszcze nie bierze tego pod uwagę. Za jego czasów zmieniło się w szkole kilku dyrektorów, kilka pokoleń uczniów przychodziło na jego bułki, zmieniała się kadra nauczycielska, wystrój szkoły, profil. A w sklepiku szkolnym od lat ten sam człowiek - Mieczysław Manikowski. I póki co, ku uciesze uczniów, chyba się to jeszcze długo nie zmieni.
Joanna Kozij
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze