Nie było czasu płakać ani myśleć o tym, że go nie ma. Trzeba było zakasać rękawy i wziąć się do pracy - wspomina Barbara Aleksiewicz
Na stole gęsto ścielą się wspomnienia. Z pobladłych nieco kartoników całkiem śmiało wychyla się szczęście zaklęte w roziskrzonych oczach młodego mężczyzny. Czas odcisnął się na nich matem, nie zdołał jednak zetrzeć ukrytego głęboko blasku. Wesoły, pobłażliwy uśmiech i tężejąca w chwilach powagi twarz, beztroska i surowy profesjonalizm naprzemiennie zapisują się w kadrach. Flesz, powaga, flesz, niefrasobliwość, flesz – jasna jak słońce radość. Poruszone ujęcie, rozmyta w pośpiechu twarz, a obok jasno wyrysowane kontury. Czarno-biały zbiór marzeń, które udało się ziścić, a nad tym wszystkim szklane oczy. Łzy, które być może nie miały szansy popłynąć wcześniej. [[reklama]] Noce, których nie było
We wspomnieniach stary dom. Wypełniony rodzinnym gwarem, kryty ciągłym pośpiechem, z drzwiami otwartymi na oścież. Z otwartymi sercami, które raz w życiu na moment zastygły – 16 listopada 1994 roku.
- Tu gdzieś ten dom jest chyba na zdjęciu... – zamyśla się Barbara Aleksiewicz. - Jak mąż zmarł, akurat szła zima. Nie było co dwóch budynków opalać, więc szybko przeprowadziliśmy się tutaj. Mąż dom postawił, a ani nocy w nim nie spędził… To jest najbardziej przykre. Postawił, wybudował, a żadnej nocy nie przespał… - słowa kurczą się pod naporem smutku.
Za 9 dni miał świętować 46 urodziny. Mąż odszedł szybko, bo mając 45 lat. Musiało być Pani bardzo ciężko. Pięcioro dzieci i 102-hektarowe gospodarstwo, od którego nie można było wziąć wolnego na czas żałoby.
Z jednej strony to dobrze, bo gdybym nic nie miała to człowiek wyszykowałby dzieci do szkoły, a potem pewnie usiadł w kącie i popłakiwał. Nie było czasu płakać ani myśleć o tym, że go nie ma. Trzeba było zakasać rękawy i wziąć się do pracy. Od wczesnego rana do późnego wieczora było co robić. Ciągle tylko człowiek myślał: „aby było dobrze”. Dobrze, że miałam wsparcie kolegów męża.
Nie ma takiego życia, które by choć przez chwilę nie było nieśmiertelne. Śmierć zawsze o tę chwilę przybywa spóźniona…
Śmierć przyszła nagle, zaskoczyła Wtedy, kiedy się to stało, mąż był w Pile na posiedzeniu w sprawie radawnickiej gorzelni. Z tego co wiem w trakcie spotkania Norbert się bardzo zdenerwował. Potem pojechał do kolegi, chyba chciał mu o wszystkim opowiedzieć i źle się poczuł…
*** Mąż w dom, Bóg w dom
Oczekiwanie – pod znakiem tego słowa przez wiele lat w malutkim domu w Klukowie toczyło się życie. Nasłuchiwanie – nie zawsze zgrzytu klamki i znajomych kroków. Często rzeczowego i surowego, ale właśnie TEGO głosu. Słów, które padały setki kilometrów od rodzinnego domu. Szklany ekran, dziesiątki nieznajomych twarzy, a wśród nich TA twarz. Sejmowa mównica, sala kolumnowa Pałacu Namiestnikowskiego, niekończące się apele, namowy i przewidywania. Polityczny rozgardiasz, w pośród niego ON. Norbert Aleksiewicz. Tata. Przed telewizorem podekscytowane dzieciaki.
Najbardziej jasne wspomnienie? Takie, które najtrwalej zapisało się w pamięci?
Najlepiej pamiętam jak mąż został wybrany na przewodniczącego kółek i organizacji rolniczych – w sumie szefował dwie i pół kadencji, 10 lat. Z jednej strony byłam z niego bardzo dumna, z drugiej wiedziałam, jakie będą tego konsekwencje. Wiedziałam, że wyjazdów nie da się uniknąć, że z gospodarstwem i z dziećmi zostanę praktycznie sama. Potem mąż został wybrany na posła i pracy było jeszcze więcej.
Niespokojny duch?
Ciągle w ruchu, ciągle się spieszył. Nie zdążył dobrze wejść do domu, a już słyszałam, że musi jechać dalej. Przyjeżdżał do domu wieczorem albo w nocy i już mnie zapewniał, że rano po prostu musi gdzieś być.
Przypomina mi się nocne prasowanie koszul, o którym kiedyś rozmawiałyśmy.
(uśmiech) Mąż miał całą szafę garniturów, koszul i krawatów. Mnóstwo! Miał swoje ulubione koszule i mimo że były inne wyprasowane, nie chciał ich zakładać. Była taka okazja i koniec, on musiał mieć swoje ulubione (uśmiech). Najciekawsze jednak, że sam je sobie wszystkie wybierał, a potem mu nie odpowiadały. Nie raz pojawiała się złość. Czasami mówił: „Ten tydzień będę miał wolny”, a potem przychodziła cała sterta korespondencji i jak zaczął otwierać koperty, to na poniedziałek zaproszenie, na wtorek zaproszenie, na środę też… Kiedy pytałam „I co teraz?” odpowiadał, że może na wszystko nie pojedzie, a potem dodawał, że tu powinien być, tu i tu też… [[nowa_strona]] Bez protestów godziła się Pani na takie życie?
Nie uśmiechało mi się to, ale co miałam zrobić? Z jednej strony byłam dumna, że męża wszędzie zapraszają, z drugiej – zawsze działo się to kosztem rodziny.
W jaki sposób sama radziła sobie Pani z natłokiem obowiązków, kiedy mąż był w trasie, zaabsorbowany polityką, pomaganiem?
Kiedy mąż zaczął często wyjeżdżać, zatrudniliśmy do pomocy w gospodarstwie 2 osoby. Ja doglądałam pracowników i zajmowałam się produkcją zwierzęcą, produkcja roślinna to była działka Norberta, dlatego ciągle byliśmy w kontakcie telefonicznym. Podział obowiązków był na tyle silnie zarysowany, że po śmierci męża nawet nie wiedziałam, które działki do obrobienia są nasze. Znajomy geodeta pomógł mi zorientować się gdzie są nasze działki. *** Nie dla siebie proszę
„Ja” przed „Ty” w przypadku N. Aleksiewicza znajdowało się wyłącznie w słowniku. W jego życiu encyklopedyczne zasady w ogóle nie miały zastosowania. Nie o siebie przez cały czas uparcie walczył, a o innych – życie na walizkach było tego ceną. Permanentny pospiech.
Jaki był mąż?
Bardzo dbał o rodzinę. Kiedy był w domu, mimo nawału pracy w gospodarstwie zawsze poczuwał się do swoich obowiązków.
Wielka polityka nie przesłoniła mu świata?
Nie. Jeśli tylko miał czas, odrabiał z dziećmi lekcje, czytał im książki. Wszystkim starał się pomoc. Często ze swoimi problemami przyjeżdżali do męża rolnicy, a on nigdy nikomu nie odmówił. Nie mówił „nie”, tylko „zobaczę, spróbuję” i z reguły dopinał swego. Pozałatwiał ludziom przydziały na ciągniki, na kombajny, a sobie nie. Nie potrafił 5 minut usiedzieć na miejscu.
Karol Aleksiewicz, syn: Do 15.00 uczestniczył w zebraniach, potem wracał do domu, patrzył na zegarek i mówił „To już trzecia?”, a potem jechał w pole. I do wieczora, do ciemnego pracował.
Barbara Aleksiewicz: Przeważnie był w domu o 15.00 albo 16.00 i to praktycznie dzień w dzień. Rzadko trafiał się wyjątkowy, wolny dzień, taki że nie miał żadnego wyjazdu.
Obrady Okrągłego Stołu to gorący czas w polityce. Mąż nie przynosił emocji do domu?
Nie, zawsze prosiłam, żeby nerwy, stresy zostawiał przed drzwiami. Jak go częściej nie było, to mówił, żebyśmy oglądali Dziennik, bo tam będzie. Wtedy dzieci siadały i kto pierwszy tatę zobaczy. Nie mogły go na żywo oglądać to chociaż w telewizji… [[reklama]] ***
- Jeszcze jak mąż był, to mieliśmy taki porządek, że do godziny 19.00 dzieci były nakarmione, wykąpane, przebrane w piżamy i czekały na bajkę. Potem było „dobranoc” i do swojego pokoju. Mąż przychodził z dojenia, siadaliśmy na Dziennik i mieliśmy trochę czasu dla siebie. Chwilę – wspomina pani Barbara.
Chwila dla siebie wydarta pędzącemu życiu, goniącym naprzód wskazówkom zegara. Chwila, by zatrzymać się w sobie.
…na próżno szarpie klamką niewidzialnych drzwi. Kto ile zdążył, tego mu cofnąć nie może.
W. Szymborska, „O śmierci bez przesady”
„Odszedł nagle, w pospiechu, tak jak żył, jakby przewidywał, że nie będzie długo żył i dlatego spieszył się w pracy i w działalności społecznej…”
dla „Plonu” Władysław Serafin
„Pana Norberta Aleksiewicza znałem wyłącznie z działalności parlamentarnej i udziału w obradach okrągłego stołu. Nie była to głęboka znajomość, ale z naszych spotkań i rozmów odnosiłem wrażenie, że jest on człowiekiem życzliwym, jowialnym, bardzo zaangażowanym w sprawy wsi i rolnictwa, nie szczędzącym energii w sprawach, które leżały mu na sercu”
dla „Aktualności Lokalnych” Aleksander Kwaśniewski
Patrycja Koplin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze