Jak zostać lekarzem i nie zostać burmistrzem? Jak być podwójnym Królem Bractwa Strzeleckiego i kierowcą JEEP' a - ze Stanisławem Bolanowskim rozmawia Szymon Chwaliszewski
Jak to się stało, że postanowił Pan być lekarzem? To przypadek czy powołanie?
Sięgamy aż tak daleko? (śmiech) Działając w harcerstwie byłem sanitariuszem. Już wtedy niosłem pomoc, chociaż jeszcze w ogóle nie myślałem o tym, że będę lekarzem. Wtedy, na początku szkoły średniej widziałem siebie jako historyka albo biologa. Uważałem, że Akademia Medyczna to za wysokie progi. Decyzję o tym, że jednak spróbuję podjąłem w ostatniej klasie przed maturą, po kontakcie z profesorami uczelni medycznej, którzy werbowali wśród licealistów przyszłych kandydatów. Teraz nie widzę dla siebie innego zawodu jak bycie lekarzem – to moje powołanie.
I co było dalej, gdy klamka zapadła?
Studia ukończyłem w Łodzi, tam też odbywałem staż. Swoją pracę w zawodzie lekarza widziałem jedynie na prowincji. Zależało mi na tym, aby być samodzielnym lekarzem, nie podlegać rygorom przychodni, nie być pod czyimś kierownictwem. Nie chciałem też pracować w ogromnym szpitalu, w którym pacjenci są anonimowi. W latach 70-tych XX wieku, kiedy zaczynałem, brakowało w Polsce lekarzy. Wówczas pracę znaleźć można było np. za pośrednictwem ogłoszeń w Gazecie Lekarskiej. Tak też zrobiłem i trafiłem do znanego mi wcześniej z podróżniczych wędrówek Czaplinka na Pojezierzu Drawskim. Zaoferowano mi mieszkanie i pracę w tamtejszym ośrodku zdrowia. Było nas tam dwóch lekarzy na całe miasteczko. Podczas 4 lat pobytu tam nauczyłem się żeglować. Później pracowałem pod Łodzią, aby być bliżej rodziny. Zduny to centrum kultury łowickiej, znane m.in. z charakterystycznych – bardzo kolorowych wycinanek. Tam byłem kierownikiem ośrodka zdrowia i jedynym lekarzem. Stamtąd, 1 kwietnia 1980 roku, przeniosłem się już tutaj, do Łobżenicy.
[[reklama]]
Czyli mieszka Pan tu już ponad 30 lat. Czy po takim czasie czuje się Pan łobżeniczaninem?
Zdecydowanie tak. Mam tutaj masę przyjaciół, znajomych, no i już większą cześć życia tu spędzam pracując jako lekarz i tutaj już pewnie zostanę, dlatego z Łobżenicą czuję się związany emocjonalnie. Żyję jej sprawami, ale mam ten komfort, że patrzę na różne problemy czy obyczaje z dystansu.
Udziela się Pan jednak w życiu publicznym miasta i gminy. Pisze Pan artykuły o zdrowiu, współpracował i współpracuje Pan z lokalnym samorządem.
Traktuję to jako część mojej pracy, w takiej właśnie – mniejszej miejscowości. To nie było moje wygnanie, tylko wybór. Już w Czaplinku i Zdunach angażowałem się w życie organizacji wiejskich, dając m.in. wykłady na tematy związane z promocją zdrowia. W Łobżenicy, spotykając się z pytaniami pacjentów dotyczących objawów, chorób czy nawet przesądów medycznych – postanowiłem informacji udzielać szerszej grupie osób, za pośrednictwem swoich publikacji. Trwa to już pewnie kilkanaście lat. Polityką też się interesowałem swego czasu. Działałem w Solidarności w szpitalu w Wyrzysku i w Łobżenicy. Organizowałem pierwsze wolne wybory. Byłem również członkiem Rady Narodowej, jeszcze przed pełną transformacją. Później byłem członkiem prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej. Działałem w samorządzie: gminnym, powiatowym i wojewódzkim.
Teraz przestał się Pan interesować polityką?
Teraz polityka mnie denerwuje. Czynnie bym się już nie angażował. Żadne partie polityczne, ugrupowania nie wchodzą w grę.
Czyli hasła „Stanisław Bolanowski na burmistrza” nie zobaczymy na plakatach?
Nie. Na pewno nie. Choć był taki moment – pod koniec lat 90-tych, kiedy startując w wyborach do Rady Miejskiej w Łobżenicy uzyskałem dość wysoki wynik. Wtedy pojawiła się plotka, że będę chciał być burmistrzem. To jednak nie była prawda. Tak jak i wcześniej, nadal chciałem być lekarzem. Poza tym sami pacjenci mówili mi, że jeśli zaangażuję się bardziej w życie polityczne, przestanę zajmować się leczeniem.
A jak dba Pan o swoje zdrowie?
Jednym ze sposobów jest bieganie, które mniej lub bardziej regularnie uprawiam już od bardzo wielu lat. To moje hobby, którego wpływ na zdrowie potwierdzają współczesne badania. Raz przebiegłem łobżenicki Bieg Graja. Ruch i aktywność fizyczna są nam potrzebne, nie tylko dla zdrowia fizycznego, ale i psychicznego, a ja po prostu lubię aktywny tryb życia.
[[nowa_strona]]
Ze względu na taki tryb życia jeździ Pan już trzecim JEEP’em?
W pewnym momencie pomyślałem sobie, że chcę mieć auto terenowe. Po pierwsze – potrzebne było mi do pracy, na bezdroża, po których tu się czasem jeździ. A po drugie, tego typu samochód daje możliwość pojeżdżenia trochę w terenie, z dala od asfaltowych dróg. Faktycznie celowo wybieram tę markę. JEEP okazał się najmocniejszy ze wszystkich samochodów, które miałem. Poza tym uwielbiam Stany Zjednoczone, a to jest dla mnie pewna ich cząstka.
Poza lekarskim kitlem przywdziewa Pan też mundur Bractwa Strzeleckiego. Czym ono jest dla Pana?
To bardzo ważna dla mnie organizacja, ponieważ swoją tradycją nawiązuje do patriotycznych wartości z czasów świetności Polski, czyli okresu tzw. Złotej Rzeczypospolitej, przypadającego na okres panowania królów Batorego i Sobieskiego. Bractwa Kurkowe dawały przykład szczerego oddania ojczyźnie. Ucieszyłem się, kiedy w 2002 roku, wiosną, zaproponowano mi przystąpienie do tego, które po latach zawieszenia na nowo powstawało w Łobżenicy.
[[reklama]]
10 lat po reaktywacji część mieszkańców nadal patrzy na Wasze Bractwo podejrzliwie - jakieś dziwne stroje, odznaczenia – o co tu chodzi?
Stroje wzorowane są na tych, które w łobżenickim bractwie noszone były w okresie międzywojennym. Podobnie rzecz ma się jeśli chodzi o odznaczenia czy insygnia Króla Bractwa. Poza tym odznaczenia zdobywa się lub kupuje podczas turniejów strzeleckich oraz z okazji uroczystości brackich takich jak np. 10-lecie. Spotykamy się na strzelnicy, żeby ze sobą rywalizować, ale też na gruncie towarzyskim, np. podczas brackiego balu karnawałowego. Poza tym zajmujemy się też działalnością charytatywną: fundując obiady, wyjazdy wakacyjne dla dzieci z uboższych rodzin czy podczas jednorazowych akcji, jak np. zbiórka środków na remont organów w kościele p.w. św. Trójcy w Łobżenicy. Sponsorujemy też nagrody w wojewódzkich konkursach na szopkę bożonarodzeniową czy palmę wielkanocną. Staramy się być obecni podczas ważnych dla Łobżenicy wydarzeń czy uroczystości.
Przed Waszym Bractwem kolejne 10 albo i więcej lat?
Przetrawiliśmy do 10-lecia i jestem pewny, że będziemy trwali przez kolejne lata. Wykruszać możemy się jedynie ze starości. Liczymy na to, że przyciągniemy ludzi młodych. Może powołamy grupę młodzieżową. Chcemy dalej przekazywać tradycje patriotyczne oraz zachęcać do tego, aby młodzi też ćwiczyli swoją sprawność strzelecką.
Skoro lubi Pan strzelać nie myślał Pan, żeby zostać myśliwym?
Jeśli chodzi o polowanie to w moim wypadku jedynie z pomocą aparatu fotograficznego. Robienie zdjęć przyrodniczych to moje kolejne hobby.
Czy bycie Królem Bractwa po raz drugi z rzędu to dla Pana szczególne wyróżnienie?
Jest to dla mnie duży zaszczyt. Pewnie każdy z Braci marzy o tym, aby ten najwyższy tytuł podczas strzelania o godność Króla uzyskać. Mnie udało się to podwójnie, z czego bardzo się cieszę. Cieszę się też, że dzięki temu wchodzę do historii, do brackiej kroniki.
Ma Pan ambicje walczyć o ten tytuł po raz trzeci?
Zobaczymy jak będzie. Tanio skóry nie sprzedam. (śmiech)
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze