Jak w dzieciństwie spędzał święta burmistrz? Z woskiem na choince, klejonymi własnoręcznie ozdobami i karabinem w dłoni
W mroźną noc grudniową
Wśród śnieżnej zamieci
Para reniferów
Z nieba do nas leci
Kochany Mikołaju!
Bardzo chciałbym dostać od Ciebie pistolet maszynowy. Taki, który podczas strzelania iskrzy. Marzę o nim bardzo długo.
Cały rok byłem bardzo grzeczny, pomagałem tacie i mamie. Dalej będę pomagał, jeśli moje marzenie się spełni.
Stefciu Kitela
Mikołaj spełnia życzenie sześciolatka. Stefciu, jak wołają go w domu, biega za siostrami z bronią i strzela bez opamiętania. W tatę, w choinkę, w karpia. Niepostrzeżenie jednak radość zamienia się w płacz. Pistolet bez kolby jest do niczego. - Było mi tak żal, że to o czym tak marzyłem zepsuło się pierwszego dnia. Tata próbował pistolet skleić, ale się nie dało – burmistrza Krajenki widzi siebie w domu w Czarnkowie.
Obok dwie starsze siostry z zaplecionymi warkoczami i rodzice wystrojeni jak na najważniejsze święto przystało. Szkoda tylko, że pistolet już nie iskrzy...
Zresztą jakoś tak się składa, że Stefciu do zabawek nie ma szczęścia. Mikołaj szybko orientuje się, że samochody podarowywane najmłodszemu dziecku państwa Kitela muszą być twarde. – Zabawki, które dostawałem potem, były blaszane, bo trudniej było dotrzeć do wnętrza tego samochodu – twarz burmistrza rozjaśnia szelmowski uśmiech. [[reklama]] Przyjdź do nas w gościnę
Szczerze zapraszamy
Wierszyk Ci powiemy
Piosenkę zaśpiewamy
Podobnych wierszyków Stefciu musi się uczyć co najmniej kilku. W liście pisanym pod koniec listopada wymienia, co chce dostać i potem liczy. Pistolet – raz, samochód – dwa. Ile życzeń, tyle wierszyków do powiedzenia. - Do każdego prezentu musiał być inny. To mobilizowało dzieci do ćwiczenia również umysłów – zauważa nauczyciel z wykształcenia. - Jeden trzeba było mieć na zapas – przypomina sobie.
No i obietnicę trzeba było spełnić. Ułożyć sztućce na stole, pozbierać talerze po kolacji. – Zawsze sumiennie wywiązywaliśmy się ze słowa danego Mikołajowi – Stefan Kitela wspomina jak to za Dziadka Mroza – wówczas tak mówiono na Mikołaja – przebierali się kolejni sąsiedzi.
Dziś się z tego śmieje, ale dla kilkuletniego dziecka w wigilię była to osoba najważniejsza.
S. Kitela: - Jak miałem 3-4 latka to uciekałem, bałem się Mikołaja. A później, jak widziałem, że są prezenty, to już mniej się bałem. Ale ta obawa, że Mikołaj wie, co się nabroiło i nie dostanie się prezentów, była duża.
W żadne święta jednak Mikołaj nie przynosi Stefciowi rózgi.
Choinko, choinko,
świąteczną masz minkę!
łańcuszek wpleciony
w zieloną czuprynkę!
Choinka chętnie dzieli magię świąt między domowników. Stefciu Kitela z tatą i siostrami ubiera żywe drzewko. Są bombki, są kolorowe łańcuchy sklejone przez dzieci. Magiczny trójkąt rozświetlają światła świec. – Do gałązek na takich żabkach wpinane były podstawki do świeczek i w nich paliły się prawdziwe świeczki. Z ogniem. Ojciec je podpalał i pilnował, by nic się nie stało – dzisiaj Stefan Kitela dziwi się takiemu ryzyku. Ale prawdziwy ogień na świerku to jedno z najlepszych wspomnień z dzieciństwa.
Dziś to Stefan Kitela jest głową rodziny i to on przynosi drzewko do domu. – Po przerwie wróciliśmy do żywej choinki. Zawsze kupujemy ją w donicy lub wiaderku, bo jak przeżyje to wsadzamy ją do ziemi – burmistrz świątecznych obowiązków ma więcej. Obieranie marchewek, pora, czosnku. - Robię takie rzeczy, których nikt nie lubi – żartuje, bo z żoną cały rok czeka na czas przedświątecznych przygotowań. [[nowa_strona]]
Gdy się zbliża czas świąteczny
Jestem bardzo niebezpieczny
Pluskam wodą, podskakuję
Z rąk się wszystkim wyślizguję
Z karpiami burmistrz Krajenki walczy od lat. Jego tata nie zabijał karpi, mama też nie, on bierze to na siebie. – Kupuję takie sztuki do 1,2 kilograma, bo mama takie zawsze brała. Mówiła, że większe i mniejsze są niedobre – w tym roku Stefan Kitela tę zasadę może złamać. Ze sklepu wynosi okaz ważący 1,6 kilograma.
Na wigilię kupuje kilka karpi. Żona przygotowuje je w różnych konfiguracjach. – W ostatnich latach nawet je filetuję – chwali się włodarz gminy. Ale na najlepszą rybę mężczyzna jeździ do Słupska, do mamy. - Moje ulubione danie wigilijne z dzieciństwa to karp w sosie szarym. Ten smak pamiętam do dzisiaj. Czasami jedziemy do mamy i daniem głównym, jak synuś przyjeżdża, jest właśnie ten karp – uśmiech mężczyzny mówi sam za siebie.
Śpiewać każdy może,
trochę lepiej lub trochę gorzej,
ale nie oto chodzi,
jak co komu wychodzi. [[reklama]]
- Każdy śpiewać może, ale nie każdy powinien. Ja mam taki głos, że nie powinienem. W tłumie dobrze mi to wychodzi, bo mnie nie słychać – Stefan Kitela mówi o kolędowaniu. Śpiewać lubi. Zna na pamięć kilka kolęd, ale pastorałki znane w domu rodzinnym żony śpiewa z książki. - Ja nie znałem tych, które ona śpiewała. Nie potrafię ich nawet nazwać. W ogóle moja żona wprowadziła do naszego domu szereg obyczajów, których nie znałem – opowiada burmistrz. Jak noszenie łuski w portfelu, by cały rok nie zabrakło w nim pieniędzy.
W domu Stefana Kiteli nie pieniądze są najważniejsze. I nie prezenty. Raz włodarz gminy dostał prezent, z którego nigdy nie korzysta, ale nie narzeka. - Teraz nie przywiązuję wagi do prezentów, bo najważniejsza jest pamięć. Lubię dostawać pragmatyczne rzeczy, np. maszynkę do golenia, krawat czy coś do auta – zdradza.
Co daje najbliższym? – Moje dziewczyny lubią takie niepragmatyczne rzeczy. Żonie często kupuję jakiś drobiazg z biżuterii. Mam dobrą relację zwrotną z Mikołajem, który przysyła mi list z propozycjami prezentów dla niej i córki – burmistrz mruga porozumiewawczo.
I zdradza, czego oczekuje po nadchodzących świętach: - Po okresie wariactwa, kiedy to każdy biega za swoją pracą, będzie to okazja do porozmawiania o tym, co się wydarzyło, o planach na najbliższy rok. Posiedzimy, poprzytulamy się i już.
Łukasz Opłatek
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze