Nie był jednym z wielu. Nie był kolejnym weterynarzem, który odszedł na zielone pastwisko. Był indywidualnością. Mądry, inteligentny i oczytany czasami stwarzał kłopoty, kiedy chciano go ustawić w szeregu kolegów po fachu. Wyrastał ponad
Urodził się na Kresach Wschodnich w Kobryniu 11 czerwca 1929 roku. Mama była nauczycielką. Szkołę podstawową skończył w Kobryniu z kolegami ruskojęzycznymi. Do końca życia był dwujęzyczny. [[reklama]] Kiedy ukończył kolegium, zmarł mu ojciec. Pozostał w domu jedynym mężczyzną i pomagał mamie w prowadzeniu gospodarstwa. Kiedy w 1945 roku wszystkim kresowiakom postawiono warunek: albo obywatelstwo sowieckie, albo wyjazd w ciągu 24 godzin z możliwością zabrania dobra, które mieściło się w dwóch rękach, wybrali to drugie. Wagony były bydlęce, bez dachu, a podróż trwała od tygodnia do miesiąca (znam to z autopsji). Transport, którym jadą, zatrzymuje się koło Złotnik Kujawskich, gdzie, w ramach rekompensaty, otrzymują dwunastohektarowe gospodarstwo.
Po przyjeździe Ryszard uczęszcza do Gimnazjum im. Kasprowicza w Inowrocławiu, do jednej klasy z Józefem Glempem – późniejszym kardynałem. Po ukończeniu przez niego szkoły matula zapakowała najlepsze ciuchy do tekturowej walizy obszytej lnianym płótnem i wyekspediowała go do Wrocławia. Tam przeniosła się Akademia Medycyny Wet ze Lwowa. Właściwie cały Wrocław to były Kresy, a zwłaszcza Lwów. W tym czasie na uczelni wykładały takie tuzy weterynarii jak profesor Antoni Bont, prof. Szczudłowski i wielu innych. [[reklama]] Kiedy Ryszard przyjechał do Wrocławia, wokół były ruiny, ruiny, ruiny (jedyną atrakcją były kwitnące w tych ruinach magnolie). Pomieszkiwał na prywatnych kwaterach, u znajomych, o akademiku nikt nie marzył. Studia zakończył razem z wolnością – w 1953 roku, kiedy to podpisał „cyrograf” z panią Czesławą (nomen omen Lassotą). W prezencie ślubnym dostał nakaz pracy w powiecie złotowskim, gdzie panowała pryszczyca. Jeżeli w zawodzie weterynarza są wredne jednostki chorobowe, to na pewno jedną z nich jest pryszczyca. [[nowa_strona]] Pryszczycy się nie leczy, tylko poddaje utylizacji całe stado. Ryszard musiał się nauczyć rozmawiać z człowiekiem, któremu zabiera się dorobek całego życia. Rolnik nigdy nie był dla niego petentem, ale partnerem. Rozmawiał, tłumaczył, wyjaśniał, a jak trzeba było – skarcił. Na zgłoszenie do chorych zwierząt często zabierał żonę, córkę i syna. Były to lekcje biologii, fizjologii i patologii – po prostu kurs przygotowawczy. Te wspólne wyjazdy w teren zaowocowały tym, że Ania została kardiologiem, a Karol chirurgiem. [[reklama]] Ryszard miał na tyle silne geny, że i następne pokolenie rodziny poświęciło się medycynie – wnuczka Ewelina jest po doktoracie, Iwona studiuje weterynarię.
- Jestem ogromnie dumna, że miałam takiego dziadka, który nauczył nas miłości do zwierząt i szacunku do ciężkiej pracy na roli. Od 2005 roku, kiedy zmarła małżonka, sam gospodarzył. Jako że nie obca mu była praca i w domu, i w zagrodzie, doskonale sobie radził, aczkolwiek coraz bardziej zaczęły dokuczać mu choroby. Po przejściu na emeryturę poświęcił się pracy w ogródku, z owoców którego korzystała cała rodzina. Jego pasją stało się rozdawnictwo. Odszedł od nas człowiek spełniony. Człowiek, który kochał zwierzęta i ludzi. Pogodny, dla którego rodzina była najważniejsza i takim pozostanie w naszej pamięci. Do grobu zabrał ze sobą aksamit końskich chrap i wiatr z końskiej grzywy. Weterynaria była dla niego świętością. Nie wyobrażał sobie, że można nie udzielić pomocy cierpiącemu zwierzęciu, bo to by była zbrodnia. [[reklama]] Całe życie obdarowywał dzieci wartościowymi książkami, bo książka była dla niego najważniejsza. Przekazał im też miłość do sztuki. Odszedł nieodżałowany erudyta. Będzie nam brakowało jego śpiewnego głosu, człowieka zawsze gotowego do pomocy, rady – wspomina wnuczka Iwona.
Andrzej Nowicki
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze