Pani Eugenia (z domu Skrentna) urodziła się w Złotowie w 1936 roku, lecz rok później jej rodzice kupili mały domek w Krajence i tam zamieszkali. To w Krajence rodzinę Skrentnych zastała wojna. Ojciec, z zawodu murarz, pracował głównie w Pile, matka zajmowała się domem i czwórką dzieci (trzema córkami i synem). Rodzice pani Eugenii pochodzili z Zakrzewa, w którym, mimo restrykcji, kwitła polskość. Sami wychowani w duchu patriotyzmu swoim dzieciom także wpajali wartości narodowe. Nie było to łatwe, wszędzie obowiązywał zakaz mówienia po polsku, a Krajenka w przewadze zamieszkana była przez Niemców. Polacy stanowili tam malutki odsetek. Niemcy, sądząc, że ziemie te zostaną przy Rzeszy, nie sprzedawali domów Polakom.
Z końcem 1943 roku ojciec pani Eugenii, Władysław, został powołany do niemieckiego wojska. Matka została sama z czwórką dzieci. Lato i jesień 1944 roku były czasem wielkich ucieczek. Niemieccy mieszkańcy Krajenki, przeczuwając klęskę Rzeszy, masowo opuszczali swe domy. Uginające się pod ciężarem pakunków wozy konne, na wzór cygańskich taborów, wyjeżdżały z miasteczka jeden za drugim. Do końca 1944 roku Krajenka opustoszała. Zostali tylko starcy, kobiety z maleńkimi dziećmi i ludzie schorowani, którzy nie mieli możliwości i szans na opuszczenie Pogranicza. Zostali też ci, którzy mimo niemieckich korzeni czuli się Polakami i nie obawiali się zmian.
Styczeń 1945 roku był bardzo mroźny. Na polach i ulicach zalegały hałdy śniegu. W powietrzu unosił się strach i niepewność jutra. Matka pani Eugenii była przerażona rozwojem wojennych wypadków. Pragnęła za wszelką cenę ratować rodzinę, dlatego podjęła ryzykowną decyzję o opuszczeniu domu i tymczasowej wyprowadzce do znajomych gospodarzy na wybudowaniu Krajenki. Mimo ciepłych ubrań sroga zima dawała się im we znaki. Matka z trójką małoletnich córek i niemowlęciem ułożonym w głębokim wózku w nocy przedzierała się przez zaspy. Pani Eugenia wspomina, że wózek dziecięcy stał na sankach, a ona wraz z siostrami z trudem, brodząc w śniegu po kolana, ciągnęła się za nim. Nocna eskapada zapadła pani Eugenii w pamięć. Noc, mróz i strach stanowiły okrutne połączenie. Na miejscu spotkała ich niespodzianka. Rodzina niemieckich gospodarzy nie zgodziła się na przyjęcie gości. Przenocowali, acz niechętnie zmarzniętych przybyszów, a rankiem odesłali z powrotem.

Leokadia Skrentny z dziećmi
W tym czasie doniesienia o nadciągającym froncie były już faktem. Polacy ostrzegali się o przemarszach żołnierzy i walkach o okoliczne miasta i wioski. Rzeczą wiadomą było, że niebawem zaczną się na tych ziemiach ataki i znaczące działania zbrojne. Krajenka znajdowała się na Pograniczu. Musiała zostać odzyskana przez Polaków.
Matka pani Eugenii po raz kolejny podjęła próbę ratowania bliskich. Spotkała pewną Niemkę, która została w Krajence. Kobieta wraz ze swymi dwiema małymi córkami zaproponowała wspólną ucieczkę do opuszczonego, poniemieckiego domu. Budynek znajdował się niedaleko rodzinnego domu pani Eugenii, przy obecnej ulicy Toruńskiej. Tam na krótko kobiety znalazły schronienie.
Gdy do małej, spokojnej Krajenki przybyły oddziały niemieckie pani Eugenia poznała prawdziwy obraz wojny. Był styczeń 1945 roku. Matkę pani Eugenii i wspomnianą Niemkę z gromadą dzieci nawiedził niemiecki żołnierz.
Zeźlony pytał, dlaczego nie opuścili zagrożonego terenu. Matka pani Eugenii (mówiła po niemiecku) razem ze swą znajomą wyjaśniły, że są same z dziećmi i nie dałyby rady. Żołnierz nie miał czasu na dyskusje, musiał ze swymi ludźmi uciekać. Pod groźbą kazał kobietom wydać wszystkie prześcieradła, którymi potem okrywali się na śniegu, by maskować mundury i zbiec. Przerażone kobiety zabrały dzieci i zeszły do piwnicy. Tam wszyscy w mrozie i o głodzie przesiedzieli dwa, może trzy dni. Cały czas było słychać strzały, a tynk leciał im na głowy. Niemcy zadekowali się w jednym z pobliskich domów, gdzieś po drugiej stronie ulicy. Gdy ogień ustał przerażonych znalazł rosyjski żołnierz. Zadał tylko jedno pytanie: „Polaki czy Germany?”. Matka pani Eugenii szybko wyjaśniła, a żołnierz spokojnie odszedł. Po chwili wrócił z dzbanem mleka. Niemce i jej dzieciom Polka nakazała udawać głuchoniemą. Radzieccy żołnierze się nabrali.
Po wyjściu z piwnicy rodzinę Skrentnych czekał przykry widok. Na ulicach leżały ciała poległych żołnierzy i martwe konie. Pani Eugenia nie przypomina sobie ofiar cywilnych, ale zaznacza, że wiele spraw przed nią i jej rodzeństwem ukrywano. Byli dziećmi, mieli prawo do choćby skrawka dzieciństwa.
Krajenka straty poniosła nie tylko w ludziach. Wiele budynków zniszczono. Spalono sklep kolonialny, od którego zajęły się też pobliskie zabudowania. Ocalał młyn i szkoła powszechna, z której Rosjanie zrobili magazyn. Z czasem zniszczone miasteczko stało się dla dzieci placem zabaw. Mimo upomnień matki, pani Eugenia wspomina wycieczki w ruiny po łupy. Raz udało się jej zdobyć łyżkę wazową. W czasach, gdy nie było niemal nic, to był skarb.
Żołnierze radzieccy byli nachalni i bezczelni. Zdarzało się, że atakowali i gwałcili polskie dziewczęta. Chodzili po domach, żądając jedzenia, złota, kosztowności. Matka pani Eugenii nie szukała zwady. Zależało jej na dobru dzieci. Oddawała wszystko, czego chcieli, ale któregoś razu żołnierze byli wyjątkowo agresywni i natrętni. Przerażona kobieta, gdy tylko wyszli do innego pokoju wysadziła dzieci przez okno i kazała biec do staruszka sąsiada. Tam przebywali też radzieccy oficerowie. Staruszek, mimo ciasnoty, przygarnął znękaną rodzinę.
Pierwsze doniosłe wspomnienie po wyzwoleniu Krajenki dotyczy mszy św. w kościele św. Anny. Pani Eugenia uczestniczyła wtedy, pierwszy raz w życiu, we mszy po polsku z polskim księdzem (wcześniej msze odbywały się w języku niemieckim). Zaśpiewano „Serdeczną Matkę”. Słowa pieśni zapisały się w pamięci dziewięcioletniej wówczas dziewczynki. Wierni doznali otuchy i pokrzepienia. Poczuli się Polakami.
Po jakimś czasie do Krajenki przybyła kuzynka pani Eugenii z Zakrzewa. Dziewczyna przyszła pieszo, ciekawa, co dzieje się z ciotką i jej dziećmi. Krewna pracowała już w tym czasie w urzędzie w Złotowie. Zaniepokojona warunkami życia krewnych załatwiła im w Złotowie mieszkanie. Wpierw na al. Piasta, potem na ul. Mickiewicza. Szczęśliwym trafem wiosną 1946 roku wrócił też ojciec pani Eugenii, który trafił do sowieckiej niewoli. Mężczyzna był skrajnie wycieńczony i zniszczony, ale żył. Opowiadał, że przetrwał katorgę tylko dlatego, że posiadał fach w ręku. Budował oprawcom piece, za co dostawał większe racje żywnościowe. Ci, którzy nie byli przydatni, ginęli.
W opowieści pani Eugenii stale pojawiały się roztropne kobiety, które spotykały się w grupach i radziły, co robić, gdy nastał najgorszy czas. Wojenne kobiety zostawały same z dziećmi. Ich mężowie w większości zostali powołani do wojska. Zdane na siebie i swój rozsądek musiały walczyć o przetrwanie. Mądre, takie jak matka pani Eugenii, potrafiły dogadać się zarówno z Niemcami jak i Rosjanami. Wiedziały, gdzie się schronić i kiedy uciekać. To one ratowały dzieci i uczyły je języka polskiego. Wojna była więc też czasem kobiet. Wyzwolenie Ziem Złotowskich widziane oczami dziecka potwierdza, że historia nie była dla Polaków łaskawa. W 73. Rocznicy powrotu Złotowszczyzny do Macierzy dramat wojny tutejszych autochtonów może być doskonałą lekcją. Pamiętajmy o tym, co przeszli nasi dziadkowie w drodze po wolność.
Opowieść spisała Małgorzata Modrak
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Znam dobrze państwa Wróbel pani Eugenia była pielęgniarką a mąż felczerem a tak nawiasem to pani Eugenia była i jest piękną kobietą.
Wiele przykrych, strasznych i ciekawych historii można usłyszeć od ludzi, którzy przeżyli wojenny czas. Warto tych wspomnień posłuchać, szczególnie teraz, gdy nacjonaliści podnoszą głowy coraz wyżej.
Bardzo fajna rodzina, mieszkali też na Zamkowej. Znałam brata śp.Mundka,siostry Teresę i Krystynę.Panią Eugenię znam z widzenia, bardzo fajnie się trzyma !
Znam dobrze państwa Wróbel pani Eugenia była pielęgniarką a mąż felczerem a tak nawiasem to pani Eugenia była i jest piękną kobietą.
Wiele przykrych, strasznych i ciekawych historii można usłyszeć od ludzi, którzy przeżyli wojenny czas. Warto tych wspomnień posłuchać, szczególnie teraz, gdy nacjonaliści podnoszą głowy coraz wyżej.
Bardzo fajna rodzina, mieszkali też na Zamkowej. Znałam brata śp.Mundka,siostry Teresę i Krystynę.Panią Eugenię znam z widzenia, bardzo fajnie się trzyma !