Reklama

Żyj, byle niedługo, czyli dla kogo śmierć bywa wygodna

09/12/2016 19:00
Wciskanie rodziców dzieciom to nowa profesja. Na żadnym z uniwersytetów nie uczą, jak powiedzieć: „Dzień dobry, czy odbierze pan mamusię?” A telefon już jest głuchy...

Pani do kogo?

Ja tu, do hospicjum.

Odwiedzić kogoś czy jak?

Nie, ja mam skierowanie. Syn mi wszystko załatwił

– mówi siwiutka staruszka, popierając słowa papierami. Honorata Lisakowska, na użytek Boga i sióstr świętej Elżbiety zwana Piotrą, przegląda dokumenty. Nazwisko coś jej mówi, tylko wyczekujące oczy siedzącej na drewnianej ławce kobiety są zbyt żwawe. Nie dla takich wymyślono hasło hospicjum.

Mówię wam, ludzi trzeba uszczęśliwiać.

Pacjentka, o której myśli zakonnica, miała być obłożnie chora, wyciągać ręce do lepszego świata, a nie kurczowo ściskać w nich walizki jak turysta zagubiony w wielkim mieście.

Reklama

To gdzie mam się wnieść?

– pyta staruszka, opisana przez syna jako zmęczone ciało pokryte odleżynami. To „ciało” jest zbyt zdrowe, by położyć się w jednej z sal rozmieszczonych wzdłuż niebiesko–żołtego korytarza. Podobno żółty wywołuje w nas radość i pobudza do życia, dodaje pewności siebie. Ten kolor rozładowuje napięcia i konflikty. Dyrektor hospicjum wie, jak je rozwiązywać. Typ przywódczy, mocno ściska rękę na powitanie i wyzywająco patrzy w oczy. Decyzje podejmuje stanowczo, ale z uśmiechem. Kilka jej słów rzuconych do słuchawki wystarcza, by zawrócić syna niedoszłej pacjentki z drogi do domu. Zapis monitoringu pokazuje jego ucieczkę. Zadzwonił do białych drzwi, wstawił walizki, mamusię i odjechał. Bez zbędnych słów: wdzięczność, porzucenie, miłość, pożegnanie.

Reklama

Mamie dzisiaj się polepszyło i już chodzi

– przekonuje po powrocie siostrę Piotrę. No bo co on miał zrobić, jak już robotę na Zachodzie ustawił? Musiał gdzieś rodzicielkę odstawić.

Pan mnie okłamał, żeby tylko się mamy pozbyć!

– zakonnice Elżbietanki żyją surowo i tak też oceniają innych. I choć wiedzą, że świat jest szary jak ich habity, to szala zła jakoś ostatnio bardziej jest dociążona. Porzuceniami.

Gdyby owa staruszka była mniej rezolutna, nie zepsułaby synowskiej ucieczki

Mogłaby wtedy ruszyć korytarzem, minąć dyżurkę pielęgniarek w bieli i w jednym z otworów na ludzkie losy zobaczyć ewenement. Trzydziestosześcioletni, z nogami zwisającymi z drewniano–metalowego łóżka, niesamodzielny. Lekarz ocenia go na ponad czterdzieści punktów w skali Barthel. To znaczy, że przy niewielkiej pomocy mężczyzna o spojrzeniu pustym jak jego konto ubierze się, umyje, zje i powstrzyma przed zmoczeniem spodni. Zdolności te to wilczy bilet podopiecznego Elżbietanek. Nie może tu zostać, bo hospicjum to miejsce dla ludzi poniżej czterdziestu oczek. A on powinien trafić do domu pomocy społecznej. Tylko jak? Zakonnice wciąż odbijają się od muru obojętności. Ściany zbudowanej na solidnej kalkulacji. Mężczyźnie za daleko do śmierci, a miesięczny koszt jego utrzymania w DPSie to ponad trzy tysiące złotych. Nie opłaca się go brać.

Reklama

Ciągle jest drugi w kolejce do tych ośrodków, a wiem, że są tam przyjmowani pacjenci

– siostra dyrektor musi udawać, że bezdomny o dyndających nogach jest w gorszym stanie niż w rzeczywistości. Nie ma sumienia wystawić go za próg.

Ciuciubabka to zabawa nie tylko dla dzieci

Starzy i schorowani mają własną jej odmianę. To nasłuchują, czy jest ktoś w domu, to próbują złapać, choćby wzrokiem, kogoś z rodziny.

Osoby starsze kładzie się tam, gdzie ich nie widać

– oddziałowa w szpitalu w Złotowie Teresa Marchlewicz–Pachuc zna zasady tej gry. Mówią o nich ratownicy medyczni. Wezwani na pomoc wyciągają staruszków z najdalszych zakamarków domów, upchniętych na poddaszach niepamięci.

Reklama

Schorowani, zbędni i wyrwani z bezpiecznych łóżek trafiają do sterylnych sal wypełnionych cierpieniem. Nie tylko ich własnym, tym oswojonym, ale też obcym, wyzierającym ze zmęczonych ciał.

Niektórzy pacjenci przychodzą do nas tacy zaciśnięci

– zauważa pani Teresa. Oddział długoterminowy, którym kieruje, ma w sobie jakąś niejasną obietnicę. Długi termin? Że istnieć będę jeszcze długo, czy może umierać w nieskończoność? – zastanawiać się mogą leżący w nim ludzie. Ceniony polski reportażysta Mariusz Szczygieł mówi, że żyć trzeba tak, by w chwili śmierci miał kto nas trzymać za rękę. Oddziałowa nie ocenia i nie dzieli podopiecznych według zasług. Każdego częstuje ciepłem swoich długich, jasnych palców.

Reklama

Czasem wystarczy ścisnąć dłoń, by ktoś czuł że nie jest sam. Nigdy się nie przyzwyczaję do śmierci. Będę tu pracować dopóty, dopóki każdą z nich traktować będę trochę jako osobistą porażkę

– zapewnia, zaciskając wypielęgnowane dłonie aż czerwień ustępuje miejsca bieli.


W dalszej części artkułu przeczytasz:

Wciskanie rodziców dzieciom to nowa profesja – Na żadnym z uniwersytetów nie uczą, jak powiedzieć: „Dzień dobry, czy odbierze pan mamusię?”, by komunikat był skuteczny...

Targowanie mamy we krwi – Lubimy mieć poczucie, że dostaliśmy rabat, że tacy jesteśmy sprytni, bo urwaliśmy temu chciwemu sprzedawcy kilka groszy...

Reklama

Macie i rodźcie! – Tak część publicystów w Polsce komentuje pomysł rządu, by za urodzenie nieuleczalnie chorego dziecka matka dostawała 4 tys. złotych. I co potem?...

To dziwne uczucie brać w ramiona niemowlę, które wygląda normalnie, ale wiedzieć, że pod rumianą, pachnącą, ledwo napoczętą przez życie skórą kryje się straszna tajemnica...

Kiedy myślimy o niebie wyobrażamy sobie piękno i błogi spokój – Są tam ludzie, których kochamy, a miłość jest oczywistością. Tylko czy trzeba być Bogiem, aby podarować komuś niebo?...

Reklama

Nikt nie zasługuje na to, by go skreślić – Nigdy nie wiemy, co siedzi w drugim człowieku. Więc jeśli on chce to odkrywać, pomóżmy mu w tym. Dyrektor hospicjum w Złotowie na Dzień Matki dostała...

Subskrybuj i czytaj wszystkie artykuły bez ograniczeń[[pay]]


Radośnie jest wtedy, gdy uda się urwać losowi kilka chwil. Jakby przez zagapienie nie doliczył się jednego czy dwóch staruszków. Gdy orientują się, że termin został odroczony, od razu chcą wrócić do siebie. Bo dom to miejsce stworzone po to, by za nim tęsknić. Tylko czy zawsze z wzajemnością? Pani Teresa opowiada o chorej, matce trójki dzieci. Latorośle nie czekają, aż ich rodzicielka stanie na nogi. Nie wierzą aktorce Grażynie Szapołowskiej, że możliwość towarzyszenia bliskiej osobie w jej ostatnich chwilach to największy dar. Wolą inne prezenty.

Reklama

Córka wymeldowała panią z domu, a ona przecież nie była ubezwłasnowolniona!

– oddziałowa nie kryje złości, pod lśniącą blond grzywką marszczy czoło. Po jej interwencji w ośrodku pomocy społecznej staruszka wraca na łono rodziny. Nie pytam, czy wie o wpisie w dokumentach. Czymś w rodzaju: pani X już tu nie mieszka.

Wciskanie rodziców dzieciom to nowa profesja

Na żadnym z uniwersytetów nie uczą, jak powiedzieć: „Dzień dobry, czy odbierze pan mamusię?”, by komunikat był skuteczny. Honorata Lisakowska próbuje przez telefon. Cisza. Pakuje więc postawioną po udarze na nogi kobietę do białego busa i ruszają w ulubioną podróż wszystkich, choćby największych obieżyświatów – do domu. Dzyń, dzyń. Drzwi otwiera mężczyzna. Syn.

Reklama

Był bardzo niezadowolony, że mama wróciła, chociaż udawał przed nią szczęśliwego

– ocenia zakonnica, podpierając się doświadczeniem pedagogicznym. Zanim została siostrą przełożoną, uczyła dzieci religii. Dziś z każdej twarzy umie wyczytać chowane za skórą występki.

Z każdego banału można wyciągnąć coś dla siebie. Choćby tego, że podróże kształcą. Dyrektor hospicjum uczy się, że nie warto dłużej bawić się w szofera podreperowanych pacjentów, choć za kierownicą skody yeti radzi sobie jak Adam Małysz w pędzącej po bezdrożach terenówce. By nie jeździć ubezpiecza się przed znikaniem rodzin. Numerami telefonów w ilości możliwie największej.

Reklama

Często, gdy próbuję poinformować o czymś rodzinę, to takiego numeru już nie ma

– siostra mówi o pladze odcinania korzeni. O nagłej, choć pewnie planowanej amnezji.

O odebraniu, pochowaniu, zapłaceniu. Widać słowa niewiele dziś znaczą, zwłaszcza te zdalnie wypowiedziane, jakby smartfon nie był wiarygodnym świadkiem zawartej umowy. Co innego pieniądze. Banknoty zaprojektowane przez Andrzeja Heidricha mają twarze Władysława Jagiełły czy Zygmunta Starego i może przez to tak dobrze łączą rodziny z ośrodkami, w których ostatnich dni zażywają ich rodzice.

Rozmawiam wyłącznie z osobą, która będzie później płacić. Muszę być pewna, że pieniądze trafią do szpitalnej kasy

– oddziałowa Pachuc przypomina, że zakład opiekuńczo–leczniczy pobiera 70% emerytury lub renty pacjenta. Zwykle to kilkaset złotych, niewiele jak za usunięcie sprzed oczu wyrzutów sumienia niczym zaćmy z kaprawego oka.

Ludzie myślą, że jeśli wpłacą 500 zł, to sprawa jest załatwiona, a my mamy się panią czy panem opiekować do końca życia

– zauważa siostra zwana Piotrą. Nie zawsze jednak są chętni, by się na tę czyjąś troskę zrzucić.

Gdy jest więcej dzieci, to jedno spycha odpowiedzialność na drugie. Najczęściej mówią, że mamą zająć ma się ta osoba, która bierze emeryturę. Mówię im: to jest wasza mama, wasz tata, który was wychował i teraz trzeba mu to oddać

– pani Teresa odwołuje się do sumień rodzin.

Targowanie mamy we krwi

Lubimy mieć poczucie, że dostaliśmy rabat, że tacy jesteśmy sprytni, bo urwaliśmy temu chciwemu sprzedawcy kilka groszy. Nie ma znaczenia, czy licytujemy się o telewizor z ekspedientem sypiącym jak z rękawa informacjami o calach, kontrastach i inteligentnych systemach, czy z handlarzem z chodnikowego kramu zasypanego kolorowym poliestrem. Wytargujmy coś.

Przekonuję rodziny, żeby wytrzymały z chorą osobą choćby trzy miesiące, przez kolejne trzy odpoczną, bo mama trafi ponownie do nas

– oddziałowa w szpitalu zachowuje się jak przekupka na targu. Nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że towar jest nietypowy.

Jest kilka osób, które tak krążą między ośrodkami

– przyznaje. Przerzucanych nikt nie pyta, jak się czują. Po co rozdrapywać rany, skoro nie ma szans na balsam z miłości.

Przysłowia mają moc. Większość niesie ze sobą wielką mądrość, ale są też prawdy chybione. Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Czyżby? Mówca motywacyjny Jacek Walkiewicz twierdzi, że co cię nie zabije, to nie zabije, ale może sponiewierać i zostać na całe życie. Nawet „wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej” można zepsuć. Potwierdza to przykład babuni przywiezionej do szpitala w Złotowie. Szkieletu obciągniętego skórą.

Wyglądała jakby wyszła z Oświęcimia. Postawiliśmy ją na nogi, miała wrócić do domu, ale tam nikt nie podałby jej szklanki wody

– Teresa Pachuc miała dylemat. Z jednej strony pani była w tak dobrym stanie, że powinna wrócić do siebie, z drugiej w rodzinnym gnieździe czekał na nią syn alkoholik.

Pił i wszystko wyprzedawał. Łącznie z łóżkiem, na którym leżała mama. A w domu nie było ani światła, ani wody. Została więc u nas, bo do domu pomocy społecznej się nie nadawała

– przełożona pielęgniarek wspomina skalę Barthel. Nie chce jednak wrzucać wszystkich do jednego worka. Szufladkowanie co prawda ułatwia ocenianie ludzi, co tak wielu z nas chętnie czyni, ale nie jest sprawiedliwe. Oddawani do domów opieki staruszkowie czasem zapracowują na swój los. Sami przez lata zrywają więzi, krytykując, poniżając, niszcząc krew ze swojej krwi.

Przy opiece dwadzieścia cztery godziny na dobę nawet mamusia potrafi dać w kość

– przyznaje szefowa oddziału długoterminowego. Może dlatego też tak chętnie przyjmujemy modę z Zachodu na spłacanie emocjonalnych długów pieniędzmi. Płacę, więc jesteśmy kwita.

Macie i rodźcie!

Tak część publicystów w Polsce komentuje pomysł rządu, by za urodzenie nieuleczalnie chorego dziecka matka dostawała 4 tys. złotych. I co potem? Siostra Piotra jest matką dla kilkorga takich dzieci. Zniekształconych, ze zrośniętymi powiekami, jakby już w brzuchu matki przeczuwały, że świat na zewnątrz nie jest dla nich.

Są to często maluchy z dziecięcym porażeniem mózgowym, z wadami serca czy takie, które były zdrowe, ale zostały zarażone sepsą. Rodzice pozbywają się ich, bo nie pasują one do wizerunku dobrej, wspaniałej rodziny. Widziałam ludzi, którzy mogliby dać tym biednym dzieciom dom i może bardziej profesjonalną opiekę niż my, ale wolą mówić, że tych dzieci już nie ma. Że zmarły w szpitalu. Wypierają ten problem

– zakonnica nie rozumie tych zachowań, bo sama zawsze marzyła o zostaniu matką. Stając się oblubienicą Boga straciła możliwość noszenia nowego życia pod sercem, ale nie szansę obdarzenia najmłodszych miłością. Dziś jest opiekunem prawnym kilku  maluchów. Spaceruje z nimi w wózkach, które czasem pcha w stronę przechodniów. Z premedytacją.

Jeden pan mnie wyśmiał. W głos: „siostra z dziećmi...” Powiedziałam, że z całą radością mu je oddam

– dyrektor hospicjum zaprasza takie osoby na wolontariat. Może i by się udało, bo kto nie lubi dzieci, ale ich wielkie głowy, przywodzące na myśl kosmitów, i rurki z cofającymi się resztkami miksowanych obiadów odstraszają. Dziwić się? Przecież nawet ich rodzice, którzy często miesiącami przygotowywali się na taki widok, nie byli ostatecznie w stanie go znieść.

Jeśli rodzina jest patologiczna i zostawia dziecko już w szpitalu, to można to sobie wytłumaczyć, ale są rodzice, którzy mogliby się tymi dziećmi zająć, bo mają do tego warunki i pieniądze, ale nie chcą swoich pociech

– Elżbietanka nie szuka dla ludzi usprawiedliwień. Przeciwnie, opowiada o Asi. Miała szesnaście lat i metr długości. I rodziców, którzy opiekowali się nią przez kilkanaście lat. Aż w końcu coś w nich pękło. Powiedzieli, że nie chcą mieć z córką więcej do czynienia. I tyle. Mikroskopijna nastolatka trafiła do hospicjum, na oddział dziecięcy zmiękczony kolorowymi obrazkami na ścianach i pluszowymi przyjaciółmi.

Gdy jej stan się pogarszał, czułam się w obowiązku powiadomić rodziców. Odnalazłam ich, ale mama powiedziała, że dosyć się przez tę córkę wycierpiała i nie chce mieć z nią nic wspólnego

– wspomina z bólem mniszka. Gdy telefon ogłuchł, poszła do sali, wzięła metrowe ciałko na ręce i powiedziała, że jest już całkowicie jej. Asia umarła z uśmiechem. Pochowana została w Złotowie. Jej rodzice na pogrzeb nie przyjechali.

To dziwne uczucie brać w ramiona niemowlę,

które wygląda normalnie, ale wiedzieć, że pod rumianą, pachnącą, ledwo napoczętą przez życie skórą kryje się straszna tajemnica. Przez nią noworodka zostawili rodzice. W jednym tygodniu do hospicjum trafiły trzy takie podrzutki. 

To bardzo dziwne uczucie. Przecież ten maluszek wyczuwa, że nie ma przy nim mamy. Dlatego trzeba dać mu dużo miłości. Pokochać go jak swoje dziecko

– siostra dyrektor powołuje się na historię Elżbietanek, które od zawsze opiekowały się dziećmi. Prowadziły ochronki. Najwięcej po II wojnie światowej, gdy wyniszczający się świat dorosłych wywołał boom na sieroty.

Wówczas nikogo nie dziwił widok zakonnicy idącej z gromadką dzieci

– matka zastępcza niepełnosprawnych nie może zapomnieć śmiechu mężczyzny ze spaceru.

Grudzień 2015 roku. Pasterka. Jest żłóbek, w nim pachnące beztroską sianko, a na nim chłopiec. Cały w bieli symbolizującej czystość i niewinność. Dziecko nie ma na imię Jezus, nawet nie przypomina pacholęcia z wyświęconych obrazów. Jezus był synem bożym, ideałem w każdym calu, a ten leży z rurką wystającą z nosa. Nie mówi, tylko patrzy nieobecnym wzrokiem. Może zastanawia się, czego chcą od niego ci brodaci panowie w turbanach? Nie rozumie, co symbolizuje stojące za nim sztywno drzewko niczym żołnierz na warcie. Słowa: święta, dom, rodzina nie są dla niego. Na pewno nie to ostatnie.

Do adopcji ludzie szukają dzieci jak najmłodszych, zdrowych i ładnych. Takich, żeby piękne oczy miały

– mówi siostra Piotra, która na zdjęciu ze świątecznej mszy pochyla się nad kołyską. Towarzyszy jej złoty anioł zwisający z choinki.

Kiedy myślimy o niebie wyobrażamy sobie piękno i błogi spokój

Są tam ludzie, których kochamy, a miłość jest oczywistością. Tylko czy trzeba być Bogiem, aby podarować komuś niebo? Wrota z wielką mosiężną klamką, której uwieszony jest święty Piotr uchylać można już teraz. Tak jak siostra Piotra.

W grudniu 2014 roku opuścił nas Gabryś. Chłopiec, który trafił tu jako niemowlak, bez części twarzoczaszki i bez podniebienia. Rodzice nie mieli odebranych praw do niego, ale nie byli w stanie poradzić sobie z opieką nad nim. Dzięki Bogu udało mi się zorganizować mu trzy operacje w Bydgoszczy (są tam wspaniali lekarze) i na Boże Narodzenie Gabryś wrócił do domu. Mamy kontakt, więc wiem, że chodzi do przedszkola, jest bardzo bystry i wszędzie musi być na pierwszym miejscu

– siostra śmieje się w głos.

A teraz, jak zaczął mówić, jest po prostu nie do uciszenia.

Nikt nie zasługuje na to, by go skreślić

Nigdy nie wiemy, co siedzi w drugim człowieku. Więc jeśli on chce to odkrywać, pomóżmy mu w tym. Dyrektor hospicjum w Złotowie na Dzień Matki dostała od maluchów plakat z odciskami ich rąk. W zamian na Dzień Dziecka podarowała im szkołę. Dwie godziny nauki dziennie.

To nam się może wydawać, że nie opłaca się inwestować w ich rozwój, ale ja widzę, że one tego potrzebują

– twierdzi ich przyszywana matka.

Na stronie internetowej Hospicjum Sióstr św. Elżbiety w Złotowie jest galeria. „Przedsmak wakacji” dokumentuje zabawy porzuconych. W ogrodowym basenie, ozdobionym postaciami dzieci penetrujących dżunglę, kąpie się dwóch chłopców. Ten z zespołem Downa śmieje się z zamkniętymi oczami.[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Gosia - niezalogowany 2017-04-23 19:26:22

    temat , owszem na czasie ...ale grafomania zniszczyla go .

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Oz - niezalogowany 2016-12-10 17:43:07

    Tytuł to strzał w 10 tkę! Bardzo lubię takie artykuły. Mało jest ludzi inteligentnych emocjonalnie. Teraz bardziej szanuje się rzeczy nie ludzi.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    do fikimiki - niezalogowany 2016-12-10 11:51:53

    Masz rację pisząc, że to temat ważny i trudny. Bardzo trudny i złożony. O grafomaństwie też prawda. Autor wykazał się tu nie lada dyletanctwem. Jest wiele powodów, że ludzie muszą oddać członka rodziny do hospicjum, każdy przypadek inny i w tym wypadku już sam tytuł tego jednostronnego artykułu jest w stanie kogoś obrazić.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości