O zobacz
– pani Krystyna wstaje z fotela i zaczyna liczyć kroki.
Raz, dwa, trzy, cztery, a teraz obrót
– prezentuje jedną z figur tanecznych. Prościzna – dla młodych na pewno. W wieku 80–lat to już jednak swego rodzaju wyczyn.
Siedzenie mnie męczy, ja muszę się ruszać
– zapewnia. No i rusza się. Codziennie rano wychodzi na kilkukilometrowe spacery z psami, korzystała z zajęć samoobrony w ramach Akademii Seniora w Krajence, a nawet pół godziny przed ich rozpoczęciem, sama prowadziła taneczną rozgrzewkę dla uczestników, zresztą za ich namową. Po latach Krystyna Witkowska znowu wcieliła się w rolę swojego życia – animatora kultury.
Pani Krystyna uradziła się we Lwowie, krótko przed II wojną światową. Była jedynaczką. Córka Franciszka i Anastazji Kolbuszowskich, na owe czasy dość majętnej rodziny.
Gdybym tam została byłabym teraz dystyngowaną damą
– zauważa.
Ciotka zawsze mnie strofowała, abym prosto siedziała, dobrze się zachowywała. Tym czasem ja uwielbiałam jazdę konną i daleko było mi do grzecznej panienki
– wspomina 80–latka. Ze Lwowa wyjechali w lutym 1945 roku. W maju, po długiej podróży pociągiem, osiedlili się w pięknej, dwupiętrowej kamienicy w Krakowie. Mieszkanie niestety pełne było wesz i pluskiew, które przesądziły o kolejnej przeprowadzce, a że wuj pani Krystyny budował administrację samorządową na Ziemi Złotowskiej i zachwalał schludny, urokliwy Złotów, Anastazja Kolbuszowa zdecydowała o osiedleniu się właśnie tutaj.
Te wszystkie wille na ul. Piasta były wolne. Mogliśmy się tam wprowadzać. Mój tato uważał jednak, że wojna rządzi się swoimi prawami. Po zawierusze wojennej właściciele zaczną tutaj wracać. Nie można odbierać im ich domu
– wyjaśnia. Ostatecznie trafili pod dach starszej Niemki przy ul. Zielnej. Oma Paula przyjęła ich trochę ze strachu. Dość szybko stała się jednak członkiem rodziny.
Wspólnie jedliśmy, wspólnie świętowaliśmy. Ona była taką samą biedotą powojenną jak i my
– mówi pani Krystyna. Życie w Złotowie płynęło powoli, ale dobrze. Tutaj również nasza rozmówczyni, mając niespełna 10 lat, zaczynała swoją przygodę ze sztuką. Do historii przeszły jej występy teatralne urządzane w sadzie za domem, gdzie za scenę służyła stara przyczepa bez kół. Mała Krysia zbierała wszystkie dzieci z okolicy i uczyła ich ról. Gdy wszystko było gotowe maluchy zapraszały rodziców i sąsiadów na premierę. Oczywiście goście musieli zakupić najpierw bilet za 2 zł. Dochód z tej sprzedaży przeznaczony był następnie na wizytę całej trupy teatralnej w miejskim kinie. Sztuka, a przede wszystkim poezja na poważnie zagościła dopiero w nastoletnim życiu naszej bohaterki. Miejscem, w którym wszystko się zaczęło był Zespół Szkół Spożywczych w Krajence, gdzie pani Krystyna przygotowywała się do pracy w młynarstwie.
Tu jestem ja, a tutaj mój ukochany pan dyrektor Polański
– pani Witkowska wskazuje na zdjęcie w swojej prywatnej kronice.
Prawie brałam ślub z moim dyrektorem, ale uciekł przez okno...
– pani Krystyna opowiada o „Ożenku Gogola”, w której grała Agafię Tichonowną, a Stanisław Polański rolę kandydata do żeniaczki. Szkoła z pewnością była tym etapem, w którym nasza rozmówczyni odkryła swoją artystyczną duszę. To również moment, w którym zakochała się w Krajence, jak również koledze, który kilka lat później stał się jej mężem.
Mój Tadeusz jest trzy lata straszy. Ja grałam z jego kolegami na scenie, a on robił plakaty i kasował bilety. Już wtedy zaiskrzyło, na poważnie zrobiło się dopiero w Wałczu.
Agata i Ambroży zwiedzają Wałcz – Dorosłe życie pani Krystyna rozpoczęła w Rejonie Młynów Gospodarczych w Wałczu. Tutaj dostała pracę biurową, oczywiście...
Hulaj dusza, piekła nie ma – Praca z młodzieżą okazała się strzałem w dziesiątkę. – Dobrze przeżyłam życie. Robiłam to...
Za ladą – Krystyna Witkowska z animacją kultury i internatem rozstała się w 1996 roku, gdy do użytku oddany został nowy budynek szkoły przy ulicach Polańskiego i Domańskiego. Przez lata działała jednak...

„Damy i Huzary” na zdjęciu Pani Krystyna, Krystyna Pietrzyńska i Violeta Trasenberg
Dorosłe życie pani Krystyna rozpoczęła w Rejonie Młynów Gospodarczych w Wałczu. Tutaj dostała pracę biurową, oczywiście w wyuczonym zawodzie. Jak zaznacza, było to dobre zajęcie, ale czegoś jej w tym brakowało. Wieść o jej zamiłowaniach artystycznych rozeszła się dość szybko.
I całe szczęście
– wspomina. Dzięki temu trafiła do radiowęzła przy Powiatowym Domu Kultury.
Jej audycje cieszyły się popularnością. Pani Krystyna stworzyła m.in. fikcyjną parę – Agatę i Ambrożego, którzy krytykowali, ale czasami też chwalili, co dobrego dzieje się w okolicy. Ponadto w wałeckiej placówce kulturalnej prowadziła zespoły żywego słowa, teatr poezji oraz kabaret. Pracowała również w Klubie Oficera. Wspólnie z żołnierzami stworzyła poetycką grupę teatralną, której działalność odbijała się szerokim echem w całym ówczesnym województwie koszalińskim. O sukcesach młodej animatorki dowiedzieli się i w Krajence. W 1961 roku, na 15–leciu szkoły dyrektor Polański zaproponował pani Krystynie, aby wróciła do nich, potrzebują bowiem kogoś takiego. Decyzja była trudna, przeważyły jednak problemy zdrowotne pana Tadeusza. W młynie przy ul. Chełmińskiej, w którym był zastępcą dyrektora do spraw produkcji, od 3 lat nie miał czasu na urlop. Stres i przemęczenie zaczęły mu doskwierać coraz bardziej. Decyzja o przeniesieniu się na spokojniejsze stanowisko wydawała się zatem słuszna. I tak we wrześniu 1961 roku pani Krystyna rozpoczęła pracę jako kierownik zajęć pozalekcyjnych oraz wychowawca w krajeńskim internacie (w 1976 r. stała się jego kierownikiem ). Jej mąż został instruktorem młynarstwa, a następnie kierownikiem warsztatów szkolnych.

Pani Krystyna, a w tle dyrektor Polański. Aktorzy grają sztukę „Niemcy”
Praca z młodzieżą okazała się strzałem w dziesiątkę.
Dobrze przeżyłam życie. Robiłam to, do czego się urodziłam
– wspomina pani Krystyna. Liczne zajęcia teatralne, żakinady (bale przebierańców) z okazji Dnia Dziecka, występy jako Królewna Śnieżka, rajdy rowerowe, piesze wędrówki, wycieczki, zajęcia nauki tańca towarzyskiego – nasza bohaterka była w swoim żywiole.
Za swoją pracę i zaangażowanie otrzymała zresztą liczne wyróżnienia. W czym tkwił sekret jej sukcesów? Otóż w tym, że przede wszystkim zawsze była sobą i postępowała w zgodzie z własnymi przekonaniami. Czasy, w których tworzyła, nie były najłatwiejsze, mimo to, jak podkreśla, potrafiła się podporządkować, ale tylko drobnostkom, w większych kwestiach zdarzał się jej bunt.
Lata pracy w kulturze nauczyły panią Krystynę bardzo wiele. Gdy dziś wspomina tamte czasy nie mówi, że było lepiej. Jej zdaniem jest jak jest i tak musi być. Nie ma zatem sensu zmienianie faktów historycznych, bo one się przecież wydarzyły i to jest bezdyskusyjne.
Dziś budują pomnik Kaczyńskiemu, a za parę lat ktoś uzna, że on na niego nie zasługiwał. Nie rozumiem tego. Trzeba zaakceptować to jak jest
– zauważa. Być może dzięki właśnie takiemu podejściu zawsze udawało się jej realizować to, do czego się urodziła.
Najważniejsze to słuchać ludzi, być z nimi i robić coś dla nich. W takich czy innych ustrojach politycznych trzeba być sobą. Ja nie wstydzę się niczego. Nie jestem ideałem, ale zawsze starałam się być fair w stosunku do wszystkich
– mówi nasza rozmówczyni. Oczywiście zdarzały się słowa krytyki, ale tej głupiej, zresztą, jak zaznacza 80–latka, przez te wszystkie lata nie zaznała innej. „Unikaj głupich ludzi. Współczuj im, ale unikaj. Z mądrymi idź, mądry cię nie zaatakuje, cię nie obrazi, a głupcom współczuj i nie podejmuj z nimi dyskusji” – tę życiową mądrość małej Krysi wpoił ojciec. Dziś dorosła już kobieta potwierdza, że warto ją stosować. Dzięki niej mogła żyć tak jak chciała i nie przejmować się tymi nieżyczliwymi, których współcześnie, w dobie Internetu, nie brakuje.
Sama widzę, co się dzieje na tych forach. Ja nigdy się jednak tam nie wdaję w dyskusję. Zresztą to są ludzie chorzy, im trzeba współczuć
– zauważa. Szczerość, życzliwość, ale i stanowczość to wszystko jest podstawą pracy pedagoga oraz animatora. Pani Krystyna do dziś jest w kontakcie z byłymi wychowankami, którzy często przypominają jej o tym, co przeskrobali. Ona pamięta jednak tylko te dobre zdarzenia. Zawsze starła się być wyrozumiała, czego dzisiejsi pedagodzy nie zawsze praktykują.
Żeby nauczyciel powiedział do ucznia: „Ty głąbie kapuściany, nie zdasz do następnej klasy” – kiedyś to było nie do pomyślenia. Nauczyciel szukał sposobów, aby mu pomóc, aby wyciągnąć go na tyle, żeby zdał. Ja sama nie raz pisałam usprawiedliwienia moim wychowankom. Gdy jeden z nich kiedyś wstał cały zestresowany, przerażony sprawdzianem z matematyki, prosząc o to, aby nie musiał iść do szkoły, zgodziłam się. Usiedliśmy później razem i podszkoliłam go z przedmiotu. To dziecko strasznie to przeżywało, wystarczyło tylko okazać mu zrozumienie i trochę pomóc, a nie od razu zapisywać w dzienniku notatki
Reklama
– mówi pani Krystyna.

Próba montażu poetyckiego „Pomniki jak żywe” w Krajeńskim Ośrodku Kultury
Krystyna Witkowska z animacją kultury i internatem rozstała się w 1996 roku, gdy do użytku oddany został nowy budynek szkoły przy ulicach Polańskiego i Domańskiego. Przez lata działała jednak w komitecie organizacyjnym zjazdu absolwentów. Po zakończeniu kariery animatora zaczęła pracę w sklepie u córki. Tam spędziła prawie 20 lat, do czasu jego zamknięcia. Przez chwilę miała jeszcze kilka epizodów artystycznych i pedagogicznych. Za namową swoich byłych wychowanek wspólnie prowadziły kolonie dla dzieci poszkodowanych w powodzi w 1997 roku. W marcu 2017 roku pani Krystyna stanęła naprzeciwko spragnionych nauki seniorów.
Nie jestem już zawodowym instruktorem, dlatego też nie prowadzę żadnych specjalistycznych kursów. Tutaj chodzi bardziej o zachowanie aktywności fizycznej. Jak się okazuje, w pewnym wieku nie każdy potrafi wykonać prosty obrót o 360 stopni. Moje seniorki też miały problemy. Na ostatnich zajęciach niektóre pokonały jednak swoje słabości. Byłam z nich dumna. Aż biłam brawo
– mówi Krystyna Witkowska.[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze