Reklama

Bogdan Pufal - żywa historia miasta

11/10/2016 19:00
To człowiek, o którego życiu można by napisać książkę. W wieku trzech lat cudem uniknął śmierci. W ostatnich dniach wojny latał nad Łobżenicą radzieckim „kukuruźnikiem”, był też świadkiem egzekucji żołnierza AK na ulicach miasta

Heil Hitler!

Urodził się w 1936 roku. Chociaż mówi się, że ludzka pamięć zaczyna działać od trzeciego roku życia, w jego przypadku zdaje się być inaczej.

Mam w głowie obrazy z przedwojennej Łobżenicy. Miasta, które faktycznie można było śmiało nazywać „małym Gdańskiem”. Było w nim w tamtym czasie dwanaście restauracji i kilka hoteli, były okazałe kamienice, dobrze zaopatrzone sklepy, kolej wąskotorowa, która po przesiadce na szerokie tory w Witosławiu pozwalała dojechać do Berlina. To był ważny przygraniczny ośrodek handlowy, w którym robiło się interesy. Mieszały się tu nacje i kultury. Niemcy, Żydzi i Polacy. Tych pierwszych było chyba w tamtym czasie najwięcej

Reklama

– mówi pan Bogdan.

Jeszcze dokładniej w pamięć wryły się obrazy pierwszych dni wojny.

„Niemcy nas wszystkich wymordują” – takie hasło na początku września 1939 roku oraz granica z Trzecią Rzeszą tuż za miedzą, w Rudnej sprawiły, że z Łobżenicy i okolic decyzję o ucieczce w stronę Warszawy podjęło wiele rodzin. Uciekaliśmy i my, wozem konnym, tzw. kastą. Dojechaliśmy do Kutna, gdy już było wiadomo, że uciekać na wschód nie ma co, bo z drugiej strony wkraczają wojska radzieckie. W tamtym czasie omal nie straciliśmy życia. Nocowaliśmy w jednej  z altan na terenie ogródków działkowych. W nocy rozległ się huk. To najprawdopodobniej pocisk artyleryjski zdmuchnął z tej altany dach. Po prostu nagle nad naszymi głowami pojawiło się niebo. To była straszna noc. Niemal od razu zapadła decyzja, że wracamy

Reklama

– wspomina pan Bogdan.

Razem z dziećmi nad brzegiem jeziora w Luchowie

Na miejscu okazało się, że wracać nie ma do czego.

Nasz dom, tu gdzie dzisiaj mieszkam zajął Niemiec nazwiskiem Reissdorf – z zawodu fryzjer. U góry mieszkał, a na dole zrobił sobie zakład. My trafiliśmy do niewielkiego mieszkania na ulicę Sienkiewicza, gdzie mieszkaliśmy w osiem osób, całą naszą rodziną

– mówi Bogdan Pufal.

Jak wyglądała okupacja w Łobżenicy?

– pytam.

Polaków traktowano fatalnie. Faktycznie jak niższą rasę. Nie szło na przykład nic kupić do jedzenia. Z tamtego okresu, do końca życia zapadnie mi w pamięci smak konfitury z buraczków, które wszystkim wychodziły już uszami. Ona rosła w słoiku i jeśli wyjadło się go do połowy, na rano już znów był pełen. Jednak o kostce masła można było tylko pomarzyć. Rarytasem było zdobyć resztki buraków cukrowych z okolic stacji kolejki wąskotorowej, z czego był robiony syrop. Do szkoły chodziłem na dzisiejszą ulicę Mickiewicza, tam gdzie dziś jest GCK. Uczyła nas pani Wolf, rzecz jasna tylko po niemiecku. Kiedyś idąc do szkoły zostałem zaatakowany przez Niemca. Nazywał się Schitz. Był to wysoki mężczyzna, mocnej budowy. Gdy spotkałem go na swej drodze ze strachu powiedziałem do niego „dzień dobry”. Uderzył mnie w twarz tak, że aż się przewróciłem. Niedługo później sytuacja powtórzyła się. Znów dostałem w twarz, ale tym razem mówiłem do niego „Heil Hitler!”. Co ciekawe, jakiś czas od tego zdarzenia trafiłem z mamą do jego domu. To było bezdzietne małżeństwo. Mama pomagała im robić przetwory. Gdy pan Schitz wszedł do domu, gdy go zobaczyłem dałem nura pod łóżko. Próbowali mnie spod niego wyciągnąć ale krzyczałem, że nie chcę. W chwili, w której to on zobaczył mnie zaczął przepraszać, za to jak mnie potraktował. Od razu pobiegł do sklepu i kupił mi słodycze

Reklama

– wspomina pan Bogdan.


W dalszej części przeczytasz:

Lot nad miastem – Niemcy czuli pismo nosem, że przegrywają wojnę. Wielu z nich słysząc co dzieje się w głębi kraju, dowiadując się o bestialstwie żołnierzy radzieckich uciekało na zachód

Józiu, nie strzelaj! Ja mam dzieci! – To był 28 marca 1946 roku, gdy wraz z mamą byłem świadkiem wykonania wyroku na żołnierzu Armii Krajowej, Czesławie Wiśniewskim. Dopiero teraz

Żukiem w świat – Gdy Bogdan Pufal ukończył szkołę podstawową postanowił, że wyuczy się fachu mechanika. Trafił do szkoły zawodowej w Złotowie, a z niej do[[pay]]

Reklama

Ciekawostką, która zapadła w jego pamięci były wydarzenia roku 1943 lub 1944.

Niedawno zakończył się remont wieży kościoła św. Szczepana. Mało kto jednak wie, że w czasie okupacji na tej wieży też zmieniano dach. Pierwotnie wykonany był z miedzi, której u schyłku wojny Niemcy potrzebowali do produkcji nabojów. Wtedy blachę miedzianą zastąpiono cynkową. Nie było rusztowań. Z górnych okien wysunięto bale, na których były ułożone deski. Prace dekarskie wykonywali podobno angielscy jeńcy, których trzymano w obozie zorganizowanym w Górce Klasztornej

Reklama

– dodaje Bogdan Pufal.

Życie toczyło się w miarę spokojnie, jak na czas wojny. Aż do zimy 1944 i 1945 roku.

Lot nad miastem

Niemcy czuli pismo nosem, że przegrywają wojnę. Wielu z nich słysząc co dzieje się w głębi kraju, dowiadując się o bestialstwie żołnierzy radzieckich uciekało na zachód. Byli jednak też tacy, którzy mieli inne plany. Zimą Łobżenicę obiegł komunikat od okupanta, że wszyscy Polacy, którzy są w mieście mają się stawić na dzisiejszym Placu Wolności, celem zrobienia spisu ludności. Ostrzeżenie dał nam niejaki pan Gertz, mówiąc o tym, że to zasadzka i żeby nikt pod żadnym pozorem tam nie szedł. Miał rację, w miejscu gdzie dziś stoi pomnik czekał przykryty plandeką karabin maszynowy. Plan był taki, by zebrać wszystkich i rozstrzelać. Usunąć świadków. Podobno jednak nikt się nie zjawił. W tamtym czasie schowaliśmy się w piwnicy. Wejście do niej prowadziło z pokoju dziennego. Zasłonięte było dywanem i stołem. To maskowanie zrobił dziadek, który sam schował się na strychu. Przez mury dobiegał tylko odgłos żelaznych kół toczonych po bruku w straszliwym mrozie, sięgającym – 30 st. C. To uciekali Niemcy. Później słyszałem, że wielu z nich pozamarzało. Gdy wszystko ucichło wyszliśmy. Okupanci pozostawili po sobie dwa działa. Jedno u zbiegu ulicy Sienkiewicza z dzisiejszą 1 Maja, wycelowane w centrum i drugie, vis a vis wyjazdu z miasta w stronę Wyrzyska, wycelowane w wieżę ciśnień. W tamtym czasie zginął jeden z moich kolegów, który próbował rozbroić znaleziony nabój

Reklama

– mówi Bogdan Pufal.

Drużyna KS Pogoń trenowana przez B. Pufala od lewej stoją m.in.: Tadeusz Kalita, Zdzisław Zmitrowicz, Bogdan Pufal, Włodzimierz Mądry, Wojciech Sobieszczyk, Zbigniew Mrotek, Andrzej Mrotek, Andrzej Bilicki, Gwidon Betscher, Zygmunt Czyż, Czesław Stefaniak, Marek Bielawski, Jerzy Król

Z jego relacji wynika, że jako pierwszy do miasta wkroczył oddział ułanów.

To był 26 stycznia 1945, dzień później wkroczyli żołnierze radzieccy. Zaczęła się gehenna dla miejscowych kobiet. Około maja, czerwca chodziliśmy z kolegami na wojskowe lotnisko, na którym stacjonowały m.in. samoloty PO–2, zwane kukuruźnikami. To był mój pierwszy bezpośredni kontakt z żołnierzami radzieckimi. Czyściliśmy im te samoloty, a któregoś dnia, w nagrodę za to zabrali nas w powietrze. Miałem dziewięć lat i po raz pierwszy leciałem samolotem! To był też pierwszy i ostatni raz, gdy z takiej wysokości patrzyłem na Łobżenicę

Reklama

– mówi pan Bogdan. Z żołnierzami Armii Czerwonej wiążą się też inne historie.

Pewnego razu pędzili oni przez miasto setki  krów. To była ich nagroda za wyzwolenie Polski, inna rzecz, że kradli je z polskich gospodarstw. Całość bydła kierowali do Runowa, gdzie czekały wagony kolejowe. Wraz z moim kolegą, Antkiem Duszyńskim uratowaliśmy jedną krowę. Gdy je ruscy tak pędzili przez Łobżenicę otworzyliśmy bramę na jego podwórko i jedna z krów tam wbiegła i już została. Nie wywieźli jej do ZSRR. Zresztą mieli przy tym wszystkim taki bałagan, że i tak nikt by się nie doliczył

Reklama

– śmieje się pan Bogdan. Mniej wesoło było, gdy także wraz z kolegą odcinał uwiązane do wozów czerwonoarmistów konie.

Udało się nam kilka razy. Też wywozili je jak te krowy. Za żołnierzami na końcu jechał wóz, przypominający te cygańskie. Byliśmy mali, zwinni i sprytni. Podbiegaliśmy i przecinaliśmy powrozy brzytwami. Zanim ktoś się zorientował, że koni nie ma, byli już pewnie daleko. Jednak w końcu ktoś to zauważył i konie nie były już przywiązywane do tak zabudowanego wozu. Nas nigdy nikt nie złapał. Gdyby było inaczej pewnie dzisiaj byśmy nie rozmawiali, bo zastrzeliliby nas na miejscu

Reklama

– mówi Bogdan Pufal. Do końca roku po żołnierzach radzieckich nie było śladu, poszli dalej za frontem.

Józiu, nie strzelaj! Ja mam dzieci!

To był 28 marca 1946 roku, gdy wraz z mamą byłem świadkiem wykonania wyroku na żołnierzu Armii Krajowej, Czesławie Wiśniewskim. Dopiero teraz, po latach, mam odwagę o tym mówić...

– wspomina pan Bogdan.

Byliśmy sąsiadami. Mama przyjaźniła się z panią Wiśniewską, ja też kolegowałem się z ich najstarszym, siedmioletnim synem. Mieli jeszcze dwie córki. Przez okupację mieszkaliśmy koło siebie na Sienkiewicza. Czesław Wiśniewski ujawnił swoją przynależność do AK, bo uwierzył w ogłaszaną amnestię. Faktycznie wiele wskazywało na to, że nic złego mu nie grozi. Dostał nawet pracę jako milicjant, w posterunku MO, który wówczas mieścił się na dzisiejszym placu Zwycięstwa, wcześniej Paderewskiego. Razem z nim pracował niejaki Józef Gajuś, który trafił do miasta podobno aż z Katowic. Tego feralnego wieczora byliśmy z mamą u Wiśniewskich na imieninach, czy urodzinach. Przed godziną 22:00 do mieszkania wpadł Gajuś, mówiąc, że pan Czesław ma się zbierać, bo jest akcja i jest potrzebny na posterunku. Dodał też, że weźmie już jego karabin i będzie na niego czekał przed komisariatem. Wyszliśmy chwilę później. Pan Wiśniewski ruszył za nami. Dogonił nas na wysokości sklepu pana Piątka, obecnie pani Cerlak i pobiegł dalej. Gdy zniknął za rogiem usłyszeliśmy tylko przeraźliwy krzyk: „Józiu nie strzelaj! Ja mam dzieci!” po którym rozległy się strzały. Wszystko wskazuje na to, że ten człowiek trafił do Łobżenicy, by wykonać na nim tzw. zaoczny wyrok śmierci za działalność w AK. Nie ma pewności, że faktycznie nazywał się Józef Gajuś, ani że pochodził z Katowic. Zresztą w dokumentach sprawy, które do dziś posiada najbliższa rodzina, w sądowym piśmie z 1957 roku można przeczytać, że tego człowieka nigdy nie odnaleziono. Pana Czesława Wiśniewskiego pochowano bez żadnych honorów. Do dziś nie doczekał się tablicy pamiątkowej, bo mało kto wie, czy pamięta, że takie rzeczy też się w Łobżenicy działy

Reklama

– o jednym z najbardziej traumatycznych wspomnień swojego życia mówi pan Bogdan.

Lata 60. Pufalowie wraz z dziećmi

Żukiem w świat

Gdy Bogdan Pufal ukończył szkołę podstawową postanowił, że wyuczy się fachu mechanika. Trafił do szkoły zawodowej w Złotowie, a z niej do łobżenickiej jednostki OSP, z którą jest związany do dzisiaj.

Zacząłem w straży jako mechanik w 1954 roku. W tym samym roku, jeszcze nie mając prawa jazdy po raz pierwszy prowadziłem auto do akcji. Mieliśmy wtedy Dodge’a z amerykańskiego demobilu, którego pieszczotliwie nazywaliśmy „Doczką”. Gdy dowiedział się o tym ówczesny naczelnik był wściekły, na szczęście sprawa rozeszła się po kościach, a mnie straż zaczęła wciągać coraz bardziej i bardziej. Tym bardziej, że od 1955 do 57 roku adaptowaliśmy na remizę dawny kościół Fromma. Później dostaliśmy nowe auto – Stara 25

– śmieje pan Bogdan, który przez kilkadziesiąt lat służby pełnił rolę zastępcy naczelnika, naczelnika oraz komendanta miejsko– gminnego. Prowadził też Młodzieżową Drużynę Pożarniczą.

Odnosiliśmy sukcesy nie tylko w okolicy, ale też na szczeblu wojewódzkim i krajowym przywożąc złoto m.in. z Sopotu i Katowic. Zapadliśmy w pamięć w Krajence, bo przerwaliśmy ich dominację w woj. pilskim

– podkreśla. Remiza niemal co sobotę tętniła życiem. Na zabawy chodziło kilkaset osób. W straż wciągnął także bez żadnego namawiania swoich trzech synów.

Żona za to dostała wyróżnienie do komendanta wojewódzkiego

– żartuje pan Bogdan. Aktywność w OSP przygasła w nim w pierwszej połowie lat 90– tych.

Wtedy wystarałem się o jelcza hydromila, który służy do dzisiaj. Dostaliśmy go za darmo ze szczecińskiej policji, gdzie wcześniej, jeszcze w MO służył do rozganiania manifestacji. Mogliśmy mieć jeszcze jednego, ale ówczesny burmistrz nie wyraził na to zgody, choć dogadane było, że drugie auto także nie będzie nas nic kosztowało. Wtedy jakoś skrzydła mi opadły i nabrałem do tego wszystkiego większego dystansu

– mówi B. Pufal, który od 1958 roku rozpoczął pracę w zakładzie, który dziś zwie się Zakładem Gospodarki Mieszkaniowej i Komunalnej.

Przepracowałem tam jako kierowca i zaopatrzeniowiec 35 lat. Najpierw za kierownicą stara, a później żuka. Ten drugi służył mi przez 27 lat i objechałem nim całą Polskę wzdłuż i wszerz. Jedynym miastem wojewódzkim do którego nie dotarłem był Białystok

– mówi pan Bogdan.

Oprócz pracy zawodowej, strażackiej pasji wciągnęły go też Pracownicze Ogródki Działkowe im. T. Kościuszki w Łobżenicy. Był ich prezesem przez 20 lat.

Proszę sobie wyobrazić, że na 252 działki ani jedna nie była pusta! Co więcej, miałem stos podań o to, by działki przydzielić. W tamtych czasach usypaliśmy nawet tzw. kopiec Kościuszki. Miał pięć warstw. Na każdej z nich rósł inny rodzaj kwiatów. Pięknie się to wtedy wszystko kręciło

– dodaje B. Pufal.

Na emeryturę przeszedł w 2000 roku.

To już 16 lat, jak ten czas leci!

– śmieje się. Jednak dalej jest bardzo aktywny, m.in. działając w Kurkowym Bractwie Strzeleckim w Łobżenicy, w straży oraz na strychu swego domu gdzie ma mini warsztat, w którym czas wyznacza mechaniczny zegar od starego auta, a wszystko jest skrzętnie poukładane.

Mogę powiedzieć o sobie społecznik, bo chyba coś po sobie pozostawiłem. Cieszę się też, że tak samo jak ja przez życie idą moje dzieci

– kwituje pan Bogdan.[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Ryszard - niezalogowany 2016-10-13 13:30:23

    Pan Bogdan zawsze służył miastu i naszej społecznosci. Jest wzorem prawdziwego patrioty i wzorowego ojca. Po prostu zawsze na pierwszym miescu człowiek a po tem maszyna.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości