Reklama

Pałacowe życie. Rozmowy z mieszkańcami pałacu Działyńskich

15/06/2018 18:00
To nie jest bajka, choć są w niej i księżniczki, i zamek. To życie w zawieszeniu

Chcemy mieszkać jak te ludzie, ale tu jest taka nienawiść

– mówi J. Białecka z pałacu Działyńskich.

Przez ten zamek to depresji dostałem

– skarży się P. Myszkowski.

Tu nie ma przyszłości, to nawet władze powiedziały. Trzeba stąd uciekać.

Żeby to kupić i wyremontować, to musi kogoś kasa ugniatać w kieszeni

– uważa Z. Żaglewski, gospodarz.

Tu był piękny gest Wełniaka, że nie zezwolił ludziom na meldunek

– twierdzi M. Rębiś.

Nic nie wygląda, jakby było tu wczoraj albo miało być jutro, a jednak codziennie wygląda tak samo.* Pierwsza atakuje łuszczyca. Wspina się z dołu ku górze jakby zajmowała kolejne słabe tkanki. Tuż za nią podstępuje jej kuzynka, grzybica – smoląc od wewnątrz pożera białe dotąd fragmenty oficyny. Zewnętrzny wygląd domu do niedawna był w harmonii z brudnym skąpstwem, które panowało wewnątrz**.

Reklama

Grzyby w domku myśliwskim nie byłyby niczym dziwnym, gdyby nie rosły na sufitach

Gdyby pan wszedł i zobaczył w jakich warunkach ludzie żyli…

– do mieszkania na piętrze zaprasza Jadwiga Białecka. Z wnukiem na ręku pokazuje lokal syna i synowej. Jasny, wysoki, świeży, z widokiem na dziedziniec, na który dawni właściciele wjeżdżali kolaskami i wierzchem po polowaniu w Borach Kujańskich. Pewnie w towarzystwie wesołego ujadania psów.

Przedtem mieszkał tu jakiś doktor. Porobił, co mógł i to zostawił. I wchodzi następna rodzina, i coś zrobi

Reklama

– opowiada była mieszkanka Zalesia.


Pozostało jeszcze 84% tekstu
Zaloguj się i zostań stałym Czytelnikiem

[[pay]]

Do pałacu Działyńskich (Działyńscy wcale w nim nie mieszkali, ale nazwa się utrwaliła) trafiła w ubiegłym roku. Wprost z Holandii. Syn jej lokal obok siebie załatwił.

Weszłam w smród! Jak ludzie potrafią mieszkać, to się w głowie nie mieści. Psy tam były cały dzień, dywaniki posikane... Parkiet szorowałyśmy szrubrem, odkażałyśmy. Przez cały tydzień okna były pootwierane, a to wszystko aż puchło. Trzeba było podłogi zerwać i założyć panele

– krzywi się, choć zwykle jest bardzo pogodna. Na emeryturze jest, wnukami się zajmuje, a po południu biuro jednej z firm sprząta.

Reklama

Bardzo przyjemnie, pomiędzy młodymi człowiek inaczej się czuje

– twierdzi spacerując po kuchni wyłożonej polekarskimi kaflami.

Ponarzekać też umie, bo to pałacowe życie wcale tęczowe nie jest.

Jedno wzięło, drugie wzięło i nikt żadnego wkładu nie zrobił

– skarży się na właścicieli zabytku.

Każdemu szkoda tego grosza, ale też chcemy mieszkać jak te ludzie. Że w pałacu? Każdy wie, gdzie to jest. Piękny park, wszystko elegancko, ale tu trzeba trochę pracy włożyć. Żeby tu była wspólnota, wszyscy razem, to jeden ma piłę taką, drugi ma kosiarkę i wspólnie ładnie by człowiek o to zadbał. A tu jest taka nienawiść. Jeden drugiemu zazdrości. Czego, sama nie wiem. Jeden by pomógł, drugi zabrał, jakoś trzeba się z tym losem pogodzić

Reklama

– twierdzi.

Co los spuści, przyjąć trzeba, Niech się dzieje wola Nieba – pisał Aleksander Fredro, niemal rówieśnik pałacu Działyńskich. Dworek myśliwski stojący przy ul. Jastrowskiej (dawniej plac Zamkowy), przy rondzie Zamkowym, a jakże, nieopodal Jeziora Miejskiego miał powstać około 1800 roku. Od tego czasu mniej lub bardziej domorośli architekci na zmianę wypruwali mu wnętrze i wstawiali nowe zastawki. Przez to pałac utracił zabytkowy układ. Dziś jest w nim dziewiętnaście mieszkań. Jedno z nich, na parterze zajmuje Piotr Myszkowski.

Reklama

Sąsiadki przygadują, że w pałacu mieszkam, to już mam wszystko. To przenośnia taka

– twierdzi pokazując żeberkowe grzejniki, a nad nimi kilkuelementowe okna. Ze szpar pomiędzy drewnianymi ramami, a ceglaną ścianą sypie się zaprawa. Wstyd mu było tej wentylacji przed komunijnymi gośćmi, ale nie widzi sensu remontowania czegokolwiek.

Wersja jest taka, żeby nie inwestować, bo nie mamy tu meldunku. Trzeba stąd uciekać

– głowa rodziny biega za lokalami w mieście, odpowiada na ogłoszenia, szuka przyszłości. Czuje, że „gdy nie ma się teraźniejszości, trzeba zawczasu zadbać o przyszłość”***

Reklama

Przez ten zamek to depresji dostałem. Miasto mieszkań nie ma, byłem u pana Pulita i w komunalce u pana Bobka. Bardzo długi czas jest oczekiwania. Kto nie ma kasy np. na TBS, to wegetuje albo chodzi po tych stancjach, a to nie ma przyszłości. Wystarczy się trzy razy przeprowadzić i człowiek ma tyły

– uważa ochroniarz nocnych zmian w jednej z pilskich firm i dodaje:

Nie dziwię się, że prezydent Duda mówi: oj, będziemy budować mieszkania pisowskie, po to, by młodzież i ludzie w średnim wieku produkcyjnym zostawali w Polsce, kochali tę Polskę. Powinniśmy mieć zapewnione minimum socjal, czyli pracę, godziwe umowy i mieszkanie. A nie, rób sobie co chcesz, a jak nie, to jedź do Holandii. Tutaj jest ta konstytucja krzywa trochę.

Reklama

Zbigniew Żaglewski myśląc o nowym właścicielu pałacu ma na myśli kogoś, komu pieniądze wysypują się z kieszeni

Mówią mi: księżniczko

Pion trzymać trudno. Zwłaszcza, że pałac otacza zabytkowy park. Pełen zakamarków i cienia, w których można, z butelką w ręku, dziwić się światu. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku to częsty obrazek.

Pielęgniarki stąd wyszły i powstała odwykówka. Oj, ale było picie!

– opowiada Maria Rębiś. Elegancka, zdobiona biżuterią, dystyngowana. Wie co mówi i pamięć ma doskonałą. 

Reklama

Moje dzieci miały tyle pieniędzy z tych butelek, że głowa boli. Ale wtedy dużo tu zrobili, bo uporządkowali park siłami tych alkoholików

– twierdzi zapraszając do stołu w salonie. Meble na błysk, ściany gładkie jak lico niemowlęcia, w narożniku gablota z modelami starych aut zbieranymi przez męża. Państwo Rębiś w pałacu mieszkają 42 lata. Przed nimi był tu „Rolniczak”, potem Zakład Opieki Zdrowotnej (pani Maria dostała mieszkanie w zamian za bycie kierowniczką administracyjno – gospodarczą „domu pielęgniarek”) i „odwykówka”, wreszcie siedziba Nadleśnictwa Złotów. Rębisiowie i sąsiadka z góry, pani Krystyna, są „u Działyńskich” zameldowani. Jako jedyni. Może przez to zasiedzenie, a może przez maniery Tadeusz Korczak zwie panią Marię księżniczką. Taką, co to sama sobie pokoje wyszykowała.

Reklama

Nikt mi tutaj w mieszkaniu nic nie zrobił. Ja jeszcze, idiotka, jak już wiedziałam, że budynek będzie sprzedany, łazienkę sobie na miarę XXI wieku zrobiłam!

– kobieta pokazuje wyłożone ceramiką pomieszczenie. Lśni jakby i na XXII wiek było gotowe.

Tymczasowi

Wszyscy pałacowi, ale i mieszkańcy Złotowa zadają sobie pytanie, czy pałac Działyńskich przetrwa dla potomnych. Na pewno nie z nimi, bo im konserwator mieszkać tu pozwala warunkowo. Umowy mają co trzy miesiące przedłużane, a nad pałacem i parkiem od lat wisi wyrok – „na sprzedaż”. Tylko 6,6 mln zł! Jedyne 4,5 mln zł! I pomysł konserwatora na stworzenie centrum hotelowo–szkoleniowego dla najbogatszej klienteli lub dom wypoczynku dla osób dobrze sytuowanych, będących u schyłku kariery zawodowej.

Reklama

„Podobne projekty od wielu lat stosowane są z powodzeniem w takich krajach jak: Wielka Brytania, Francja, Szwajcaria oraz innych krajach południowej Europy”

– zachwala.

Pani Jadzia mieszka w pałacu od blisko roku. Dzięki temu jest blisko syna i swoich wnucząt

Dwoi się i troi także lokalne biuro nieruchomości. Rozgłasza, że ma na sprzedaż piękną działkę, cztery segmenty pałacu o powierzchni prawie 1600 m kw, które można powiększyć przez zaadaptowanie poddasza. Ba, konserwator zgodził się na podniesienie o jedno piętro bocznych skrzydeł zamku oraz zabudowanie placu zamkowego w części wielofunkcyjną salą o pow. ok 300 m².

Kusi? Tyle, że ostatni poważny remont pałac przeszedł w latach 90–tych. Założono nowe posadzki, tynki wewnętrzne, stolarkę okienną oraz odbudowano attykę w wieży (dobudowano ją około 1830 roku według projektu C. F. Schinkla). Po przejęciu zabytku przez osoby prywatne remontowane były lokale mieszkalne. Głównie przez lokatorów, choć spółka Agpol, która zarządza dziś obiektem, niektórych w tym wspierała.

Stan się nie pogarsza, bo ludzie mieszkają i przecieki, jakieś usterki się na bieżąco naprawia. Żeby ludzie nie mieszkali, to byłby on bardzo zdewastowany

– o pałacu, o który dba na co dzień, mówi Zbigniew Żaglewski, gospodarz.

To nie jest obiekt na mieszkania. Gdyby był, to może właściciel by to wyremontował i dobrą kasę brał za wynajem ekskluzywnych mieszkań. Tu powinien być hotel. Może dom dla ludzi starszych. Albo miasto jakby wzięło, to wtedy łatwiej jest uzyskać pieniądze z unii, ministerstwa, od konserwatora

– gospodarz przerywa koszenie trawy w zabytkowym, krajobrazowym parku. Park niegdyś zdobiły brązowe rzeźby trzech jeleni: jednego stojącego i dwóch leżących. Dziś nie ma po nich śladu. Ogród otoczony jest murem na podbudowie z kamieni z ruin zamku zburzonego podczas „potopu szwedzkiego”.

Spółka Agpol rozpaczliwie szuka nabywcy na pałac. Transakcję taką rozważał burmistrz Adam Pulit, ale miasta na ratowanie zabytku nie stać – remont wyceniany jest na 20 mln złotych.

Z ręki do ręki

A mówiłam do Wełniaka: panie burmistrzu, dlaczego wyście tego nie wzięli, nawet w dzierżawę? Mówił: nikt nie przewidział, że będą takie czasy, że UE dopłaci…

– Maria Rębiś wspomina rok 2002 i przejście pałacu z rąk państwowych w prywatne. Dworek zmienia właściciela w mgnieniu oka. Najpierw Polska oddaje go prywatnemu za utracone mienie zabużańskie, a on go spienięża.

Facet dostał to i na drugi dzień było to sprzedane. Co pan na to może powiedzieć?

–  pyta retorycznie „księżniczka”. Używa nawet słowa „ustawka” i kwoty – 600 tys. złotych. 

Nie dojdziemy do tego, bo jak byśmy dochodzili, to jeszcze nas zamkną

– przestrzega. I wspomina najgorszą pałacową zimę. W 2002 roku nowy właściciel jest jak yeti – wszyscy o nim mówią, lecz nikt go nie widzi. A lokatorzy, wówczas szóstka, nie widzą opału. W domach mają po 14 stopni, a pisma do prokuratury i wizyty w policji zdają się na nic.

Właściciela mało co bym nie pobiła!

– M. Rębiś wygląda na taką, co to w kaszę nie da sobie dmuchać.

W ogóle nie przyjeżdżał, a ja go szukałam. Nie mieliśmy opału, nic. Wszystko na pastwę losu. Tylko się pojawił, żeby mu pieniążki dać. O, nie! Pieniążki panu damy, jak nam pan umowy da! 27 listopada przyjechał ten właściciel, o 17:00 było zebranie mieszkańców

– kobieta pamięta to dokładnie, bo pięć godzin wcześniej zmarła jej mama.

A tydzień wcześniej karetka mnie zabierała, ze stresu

– mówi, jakby przewracała kalendarz z zaznaczonymi najważniejszymi datami w życiu.

Takie dostałam wymioty, zawroty głowy. Doktor mówi: ja wiem dlaczego pani tutaj jest

– widziałem panią w telewizji. Wtenczas była Astra, jeszcze mam film nagrany. Dopiero w grudniu dostaliśmy umowy i zaczęto się interesować tym zamkiem.

Dziś interesuje się nim wiele osób, od samorządowców, po zwykłych mieszkańców Złotowa. Nawet część lokatorów chciałaby mieć już ten serial ze sprzedażą za sobą.

Fajnie tu jest, elegancko, nie można narzekać

– Jadwiga Białecka chwali choćby niski czynsz. Niespełna 600 zł miesięcznie za ok. 70 m kw mieszkania to niewiele. Do tego wygodne ogrzewanie gazowe. Potwierdza to Piotr Myszkowski:

W lecie jest super, bo mały czynsz, zimą dochodzi gaz. Koszty do 1400 zł (czynsz ok. 500 zł i ogrzewanie

– 600–800 zł), ale ludzie korzystają z dodatków mieszkaniowych. Jest tu najtaniej w całym Złotowie.

A co z nimi będzie, gdy marzenie właściciela z Warszawy się ziści i pałac trafi w inne ręce?

Każdy się zabezpiecza, szuka wynajmu

– mówi pani Jadwiga nie wypuszczając wnuka z rąk.

Jak sprzedadzą, to dostanę mieszkanie. Miałam zapewnienie od jednego burmistrza, mam od drugiego. Pulit przecież tutaj mieszkał

– M. Rębiś jest pewna swego. Tyle że pałacu i wiążącego się z mieszkaniem w nim tytułu będzie jej szkoda. To jej dom od ponad czterdziestu lat. Tu wychowała dzieci, tu wróciła po kilkuletnim pobycie za granicą. Dba o niego jak o swoje, czego dowodem jest inny tytuł – samozwańczy rządca. A to kwiatki na klombie pośrodku dziedzińca posadzi, a to innym uwagę na bałagan zwróci.

No trzeba coś na tym zamku zrobić. Musi być czysto

– denerwuje się na sąsiadów.

Wyszłam przed budynek, pety leżą, kobieta w ciąży... Dostają 1000 zł na dziecko, pięćset plus, dodatek mieszkaniowy i po co im pracować? My się denerwujemy, a tutaj ludzie czekają aż pan przyjdzie i im pozamiata

– załamuje ręce jakby chciała powiedzieć, że pałac to jest tylko z nazwy. Choć może i księżniczki się w nim zdarzają. Widać taki to efekt życia w zawieszeniu.

* Trevor Noah „Nielegalny”
** H. Balzac „Stracone złudzenia”
 ***Elfriede  Jelinek „Amatorki”

[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Stara@ - niezalogowany 2018-06-18 00:51:24

    "skąd" to po pierwsze. Po drugie nie mam więcej nic do powiedzenia. Przestańcie wku***** ludzi do okoła to będzie dobrze. Peace and love.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    K.W - niezalogowany 2018-06-17 20:42:04

    Ktoś tam jest z patologi żeby się dowiedzieć kto dokładnie trzeba tam mieszkać.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Szyszka - niezalogowany 2018-06-17 11:05:34

    Zburzyć i zasadzić drzewa

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości